Przeszlosc i terazniejszosc. Zebowa sprawa.

Z przeszlosci:

Zajrzalam na stare strony Mazusow. Na samym poczatku, tuz po przyjezdzie bolal mnie zab. Bolal tak bardzo, ze do tej pory pamietam wszystko doskonale. A oto co napisalam  12 września 2004:

"Zab i sklep z alkoholem
W srode bodajze (moze w czwartek? Tutaj wszystkie dni zlewaja mi sie w jeden) rozbolal mnie zab. Najpierw delikatnie, jak niesmialy kochanek, tylko od czasu do czasu dawal o sobie znac.
Potem, jak juz sie osmielil, z obrzymim impetem nacieral w kazdej minucie! Potem przeksztalcil sie w brutalnego natreta, ktory nie chcial mnie zostawic ani na sekunde.
Znacie ten bol, kiedy to nic nie moze pomoc? Kiedy to nie wiecie, co ze soba zrobic, kiedy chodzicie niemalze po scianach? Kiedy to chcielibyscie rozdrapac sobie dziaslo do krwi po to tylko, aby pozbyc sie zrodla bolu? To byl wlasnie taki bol.
Poszlam do dentystki. Hinduska, pod bialym kitlem ubrana w sari. Podobnie jej asystentka. Zrobila przeswietlenie, i stwierdzila, ze nic tam sie nie dzieje (podobny problem mialam w Polsce, i to samo mi powiedziala polska dentystka). Pewnie osemka sie probuje wydostac, i stad ten bol. Przepisala mi antybiotyki, i srodki przeciwbolowe.
Niestety, nic nie pomoglo… Po pieciu tabletkach przeciwbolowych wzietych w ciagu godziny wciaz bolalo….
Pierwszej nocy sie opilam, wiec spalam dobrze.
W dzien bylo ok, chociaz wiedzialam, ze on tam jest.
Drugiej nocy zaczal sie bal! Pic nie moglam, przez te antybiotyki. Wiec bolalo. Cala noc biedny Matt latal do kuchni i przynosil mi lod (bo jak przylozylam lod to bylo lepiej). Wkladam lod do buzi, przysypiam, jak sie lod roztopil, bum! Znow ten bol, wiec sie budze, wiecej lodu, i tak w kolo Macieju.
Kiedy zabraklo lodu, Matt przyniosl…. mrozone kartofle, ktore tez wkladalam do buzi. Po kartoflach mrozilam zeba wodka. W koncu okolo 3 udalo mi sie zasnac.
W sobote poszlam do dentystki. Leczenie kanalowe. I zrobil mi sie wydatek rzedu QR 600, do tego obowiazkowa koronka QR 700. Dentysci tu sa drozsi niz w Warszawie!".
 

Z terazniejszosci.

Rzeczony zab znow dawal o sobie znac. Poszlam do jednego dentysty, francuzika, ktory mi powiedzial to samo (jeden zab wrasta, a naprawa drugiego bedzie kosztowala okolo 5 tysiecy) a pozniej za wypowiedzenie tych slow zainkasowal 200 riali.

Postanowilam, ze mnie na niego nie stac.

Wrocilam wiec znow do moejej Hinduski (teraz juz nie nosi sari pod kitlem). Juz isc musialam, bo sie zab totalnie pokruszyl.

Miala mi zrobic plombe, i “przygotowac zab na koronke”.
Przygotowanie zebu na koronke polegalo na tym, ze wyciela mi kawaly dziasla dookola zeba. Jak mi powiedziala, ze zamierza ciac dziaslo, to mnie troche zemdlilo. Dala mi znieczulenie, pozniej wyciagnela wielki skalpel i dawaj, mscic sie nad moim dziaslem!
Pociela skalpelem, wyciagnela nozyce, i nozycami ciela, potem wielka pinceta wyciagala kawalki dziasla! O matko! Myslalam, ze bedzie mnie bolalo, wiec dala mi jakies leki przeciwbolowe!

O dziwo, nie bolalo, a dzisiaj zalozyla mi koronke, pierwsza w zyciu. Wiecie, ze toto wyglada jak prawdziwy zab?

Ale, ale, prawie zapomnialam o najwazniejszym. Ceny znaczaco poszly w gore. Teraz koronka kosztuje 1000 riali (w 2004 roku kosztowala jak widac powyzej 700). A za calosc zaplacilam 2000 riali. O matko i corko, nie bedzie butow przez kilka miesiecy 😉

Czy niebo istnieje

Nie moge sie doczekac kiedy wreszcie pojde do nieba

Fannie Flag

 

 

Ksiazka lekka latwa i przyjemna. Staruszka Elner umiera i idzie do nieba, gdzie rozmawia z Bogiem (pod postacia swojej sasiadki Dorothy i jej meza Raymonda). Ksiazke czyta sie lekko i jest zabawna, jednak dla mnie najwazniejsze bylo to, ze postanowilam nabrac nowej filozofii zyciowej….
Otoz Elner jest bardzo pozytywna, lubi ludzi, wybacza im wszystko… mimo, ze troche “walnieta” to jednak chyba przyjemnie sie z taka osoba przebywa…
Wiec postanowilam sobie, ze dlaczegozby nie? Ze fajnie bedzie byc taka pozytywna osoba, ktora czerpie z zycia garsciami, kazdy dzien przezywa, jakby to byl ostatni dzien jej zycia, pomaga ludziom…
Zobaczymy, na ile mi sie to uda 😀

Gra aniola

Gra aniola

Carlos Ruiz Zafón
Gra aniola jest powiescia napisana przez tego samego autora, ktory napisal Cien wiatru. Obie te powiesci laczy Cmentarz Zapomnianych Ksiazek, oraz niebezpieczenstwo, ktore niosa pewne ksiazki.

Jednak na tym podobienstwa sie koncza. Nie wiem, czy to kwestia tlumaczenia, czy kwestia samego piora autora, ale o ile Cien wiatru bardzo mi sie podobal, o tyle Gra aniola juz nie tak bardzo. Brakowalo w tej ksiazce atmosfery, a raczej wyczuwalam, ze atmosfera mrocznosci i tajemniczosci byla tworzona na sile, z miernym skutkiem.

Sama fabula byla dosyc interesujaca, ale nie ma sie czym zachwycac.

Pomimo wszystkich wad polecilabym jednak ta lekture wszystkim, ktorzy lubia tajemnicze ksiazki – pod warunkiem, ze nie beda oczekiwali dziela, ktore na zawsze zapadnie w pamiec.

 

 

 

Chlopiec w pasiastej pizamce

The Boy in the Striped Pajamas

John Boyne

Ksiazke pochlonelam w ciagu jednego dnia. Historia opowiedziana z punktu widzenia malego chlopca, Bruna. Jego tata jest “wysokim urzednikiem” ktory pracuje dla Hitlera. Przeprowadzaja sie do “Out With” (ksiazke czytalam w oryginale, ciekawa jestem, jak to zostalo przetlumaczone na jezyk polski, jesli ktos wie, niech napisze, prosze).

Maly chlopiec dziwi sie, co robia ci wszyscy ludzie za ogrodzeniem, dlaczego oni sa zawsze smutni, dlaczego nosza pasiaste pizamki, i dlaczego oni sie odgradzaja od domu Bruna?

Pewnego dnia Bruno wybiera sie na “wielka przygode”. Maszerujac wzdluz ogrodzenia z drutu kolczastego w pewnym momencie widzi chlopca. Malego chlopca, w wieku Bruna. O wiele chudszego, smutnego, i oczywiscie w pasiastej pizamie.

Chlopcy powoli zaprzyjazniaja sie z soba. Czasami Bruno przynosi swojemu koledze cos do jedzenia, ale czasami zjada wszystko sam, po drodze.

Nie napisze, co sie dzieje w historii. Ale ta ksiazke zdecydowanie powinien przeczytac kazdy. Jest napisana prostym jezykiem, i zmusza do nowego spojrzenia na wiele spraw. Pokazuje, jak skomplikowany swiat doroslych wyglada w oczach dziecka.

Nie ogladalam jeszcze filmu, ale obejrze. A kazdego wyganiam w tej chwili do ksiegarni lub biblioteki. Lektura obowiazkowa.


Kyoto


12 kwiecien 2009, niedziela

Jestesmy w Kyoto. I tutaj chcialabym zauwazyc, ze dzieci jednak moga byc przydatne. W pokoju mozna sie zameldowac o 15. My bylismy tuz po 13. W recepcji powiedziano nam, ze pokoj przygotuja za pol godziny. W tym momencie Oli sie cos nie spodobalo, wiec zaczela wyc. A Ola jak wyje, to wyje, i nic jej nie powstrzyma. A slychac ja na trzy kilometry dookola.

Wiec Ola sobie wyje, przerazona recepcjonistka uwija sie jak pszczolka aby tylko przyspieszyc pokoj. I wiecie co? Pokoj byl gotowy w piec minut 🙂

Ponizej: Stacja Kyoto. Olbrzymia, i piekna

Po poludniu wybralismy sie do ogrodu botanicznego, gdzie jest mnostwo pieknych roslin, drzew wisniowych, i moje ulubione bonsai.

A pozniej poszukiwalismy bankomatu, bo tutaj tylko niektore bankomaty akceptuja zagraniczne karty. A my w kieszeni mielismy tylko 6 dolarow 😮

 

Nastepnych kilka dni, czyli ostatnie dni wakacji opisze w telegraficznym skrocie, poniewaz nie robilam notatek i juz zaczynam zapominac.

Zatem poszlismy do pewnej swiatyni, gdzie widzielismy mnichow, ktorzy chodzili od swiatyni do swiatyni i sie modlili. Wygladali dziwnie, ale mieli karteczke z napisem “No photos”, wiec zdjecia niestety nie zrobilam 😦

 

W tejze swiatyni jest fontanna z uzdrawiajaca woda, wiec czekalismy oczywiscie w kolejce, aby Ola sie tej wody napila. Na pewno nie zaszkodzi 🙂

 

Niesamowity byl spacer w brzuchu Buddy – wchodzi sie do pomieszczenia, gdzie jest totalnie ciemo, ale tak ciemno, ze nie widac nawet swojej wlasnej reki przystawionej tuz do oczu. Idzie sie dotykajac liny przyczepionej gdzies tam z boku. Taka ciemnosc robi cos dziwnego z glowa, naprawde mozna zwariowac, nie wyobrazam sobie co przezywaja ludzie, ktorzy sa trzymani miesiacami w calkowitych ciemnosciach!!

Idziemy tak, idziemy, w pewnym momencie widac swiatelko, kreci sie ono, i robi coraz wieksze… wygladalo jak nerealna projekcja, naprawde. Nalezalo toto pokrecic, myslac przy tym marzenie. Podobno ma sie spelnic. Zobaczymy.

 

Pozniej lazilismy malutkimi uliczkami, pelnymi niskich domkow, kawiarenek, sklepow z pamiatkami. Doszlismy do parku, gdzie jest najslynniejsza japonska wisnia – tzw. placzaca wisnia.

 

Odwiedzilismy rynek Nishiki, gdzie sprzedaja wszelakie rodzaje najrozniejszej zywnosci japonskiej – nie wiem nawet jak sie je wiekszosc tych rzeczy!

 

Przeszlismy sie uliczka, gdzie gejsze (takie prawdziwe, nie przebierane) znikaja za malutkimi drzwiami malutkich domkow – maja tam spotkanie z klientami.

 

Zaszlismy w uliczke, gdzie dom publiczny stoi obok domu publicznego, ceny sa wypisane duzymi cyframi, a przed drzwiami stoi “naganiacz”, ktory zacheca panow do skorzystania z uslug. Oczywiscie Matta nie prosil, ha haha, bo Matt z dwojka dzieci i baba szedl 🙂

 

 

Widzielismy las bambusowy, w ktorym krecono film “Przyczajony tygrys, ukryty smok”.W tym samym miejscu jest dom slynnego aktora japonskiego (niestety, nie pamietam nazwiska), ktory za 10 dolarow mozna sobie obejrzec

 

 

Bylismy na przedstawieniu Miyako Odori, nieco podobne do teatru Kabuki-za z Tokyo, ale jednak ciekawsze. W jednym akcie pokazuja cztery pory roku. Jest to przedstawienie bardzo popularne, bilety rezerwuje sie z kilkumiesiecznym wyprzedzeniem. Jest wystawiane wiosna.

W zwiazku z tym przedstawieniem poplenilam dwa przestepstwa. Najpierw zrobilam zdjecie (ponizej). Zdjecia sa absolutnie zakazane pod grozba konfiskacji sprzetu. Ja jednak podjelam ryzyko i zdjecie zrobilam. Dostalam za to opieprz w wydaniu japonskim.

Pozniej z jednego budynku ukradlam plakat z tego przedstawienia, teraz wisi mi na scianie. Tuz obok yukata, czyli tradycyjnej sukni domowej, cos w rodzaju podomki, zakupionej na ryneczku.

 

Kyoto generalnie jest bardzo piekne, pelne cudownych ogordow, uroczych swiatyn, mozna tutaj spotkac gejsze, kobiety ubrane w kimona, oraz zapedzone businesswomen.

Jeden dzien poswiecilismy na Nare, ktora byla pierwsza stolica Japonii. Nie zwiedzilismy zbyt wiele, bo padalo, i juz nie chcialam, aby dziewczyny sie przeziebily, ale bylismy w swiatyni, gdzie jest slup z dziura, dziura podobno jest wielkosci dziurki w nosie Buddy, i kazdemu, kto sie przez nia przecisnie, bedzie sie powodzilo. Niejeden juz utknal w tej dziurze, jest naprawde niewielka. Mi sie udalo (Zuzi i Oli oczywiscie tez 🙂 ).

 

Hiroshima

10 kwiecien, piatek

 

 

 Pociag do Hiroshima. W Hiroshima widzielismy Peace memorial museum – muzeum, gdzie pokazuja i wyjasniaja, jak doszo do tragedii 6 sierpnia 1945 (spuszczono pierwsza na swiecie bombe atomowa). Dlaczego Hiroshima, dlaczego bomba atomowa, jak miasto wygladalo przed, jak tuz po, jak ludzie probowali pozniej wrocic do normalnego zycia.. Wszystko bardzo wstrzasajace.
Zwiedzilismy rowniez peace memorial park – park obok muzeum z pomnikami i z budynkiem (a raczej jego szczatkami), nad ktorym wybuchla bomba.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pozniej spacer po centrum miasta z wieloma malutkimi sklepikami. Kupilam skarpetki, a jakze. Japonki maja fiola na punkcie rajstop, getrow, skarpetek, podkolanowek i zakolanowek – nosza je zawsze i do wszystiego. Najrozniejsze wzory, kolory, i fasony (z piecioma palcami, z jednym palcem, bez palcow, cieknie i grube). Bardzo popularne sa rowniez stopki, ale nie takie, jakie u nas, tylko ozdobne, z koronkami, i rowniez maja rozne fasony – bez palcow, na pasek z tylu (jak buty), niektore to tylko cienki paseczek przez srodek stopy. Szalenstwo.

Po zakupach byl czas na obiad, znalezlismy lokalna restauracje, gdzie je sie siedzac na podlodze, i gdzie jedzenie bylo bardzo smaczne. Pamietajac wino morelowe, ktore tak bardzo mi smakowalo, zamowilam wino sliwkowe. Alez to byla pomylka! Smakowalo jak zlej jakosci bimberek. Fuj. Smak ten zabila przepyszna „zupa z piekla rodem” (taka nazwa w menu) – zupa z rybami i innymi owocami morza.

 

 

W sobote pojechalismy na pobliska wyspe Miyamija. Znajduje sie na niej plywajaca torii (czyli brama do swiatyni, pomalowana na jaskrawo pomaranczowy kolor, broniaca wszelkiemu zlu wstepu do swiatyni ) – jeden z najbardziej fotografowanych widokow w Japonii. Mielismy szczescie, bo byl przyplyw (gdy jest odplyw, torii nie jest plywajaca, tylko w blocie tonaca).

 

 

Tutaj znajduje sie rowniez przepiekna pieciopietrowa pagoda.

 

 

Miyamija jest uwazana za Japonczykow za swieta wyspe. Jest tam cudowna roslinnosc i wiele unikalnych zwierzat.
Na wyspie laza sobie rowniez daniele, niezwykle oswojone i lagodne. Wzdluz uliczki prowadzacej do swiatyni znajduja sie sklepy z pamiatkami, jedeniem, i z ciastkami robionymi bezposrednio za lada (za szyba stoi cala maszyneria i mozna ogladac proces robienia ciastek).

 

 

Po powrocie do Hiroshimy zjedlismy sobie w miejscu niezwyklym – przy wejsciu stoi maszyna z guzikami, przy kazdym guziku zdjecie z potrawa. Wrzuca sie pieniadze do maszyny, wybiera sie guzik z potraw, na ktora mamy ochote, i juz. Nie, jedzenie nie wyskakuje na dole (tak jak to sie odbywa z kawa), przynosi je kelner (ktory ma dania przygotowane, tylko je odgrzewa i na talerze naklada). Nie byly to jakies super kulinarne specjaly, ale jedzenie, ktore tanio wypelnia brzuchy.

W pociag do Osaki, i to tutaj wlasnie pomylily mi sie hotele. Chcialam hotel kolo stacji, bo rano jechalismy do Kyoto. Wiec zarezerwowalam Hotel Shin-Osaka. Okazalo sie, ze znajduje sie on o jeden przystanek od stacji, a ten na stacji nazywa sie uwaga! Uwaga! Shin-Osaka Hotel. Jakze subtelna roznica, prawda?

Doswiadczenia Takayama

 

 

09 kwiecien, czwartek

W czwartek wybralismy sie na rynek poranny, czyli miejsce, gdzie sprzedawane sa pamiatki i jedzenie. Po rynkach tajskich czy chociazby polskich, rynek japonski jakos bardzo mnie nie zaskoczyl (maly byl), ale podobalo mi sie bardzo probowanie roznych japonskich dan. To znaczy sprzedawano roznorakie ciasteczka, wafle, pikle, dodatki, ktore Japonczycy jedza z ryzem, imbir we wszelakich postaciach, pedy bambusow, „sezamki” (podobno lokalny specjal; nic sie nie odezwalam, ze w Polsce tez mamy sezamki, ha ha ha). I wszystkie te cudenka mozna bylo probowac ☺ byly tez do sprzedazy liscie magnolii z pasta miso (te, na ktorych piecze sie mieso, jedlismy to wczoraj).

 

 

Pozniej wynajelismy rowery, i wybralismy sie na wycieczke po okolicach Takayama. Jest to teren gorzysty, wiec latwo nie bylo. Zuzia wkurzona i zmeczona do granic mozliwosci; Ola przysypiajaca na swoim siodelku. I tylko rodzice w miare entuzjastyczni 😉 ale bylo swietnie. Widzielismy stare miasto, ze starymi domami; sklepy z pamiatkami; przedmiescia, gdzie traktorami sie orze….
Wieczorem poszlismy do restauracji poleconej przez nasz ryokan. Chcielismy miejsce, gdzie jest niedrogo (rujnuje nas ta Japonia) ale smacznie. Gdzies, gdzie ona sama by poszla, ta recepcjonistka.

 

 

Restauracja byla niesamowita. Tanio, a jakie doswiadczenie! Na stole wglebienie, we wglebieniu popiol i wegle rozzarzone. Zamowilam wieprzowine z warzywami, ktora sama sobie moglam przyprawic i upiec na palenisku w stole. Zuzia zamowila wegorza – podobno wegorz jest ekskluzywnym daniem w Japonii, ale przyrzadzanym niesamowicie smacznie. I przyznaje, byl BAAAARDZO dobry. Posypuje sie go specjalna przyprawa – nie wiem, co to bylo, ale pachnialo troche cytrynowo, zupelnie tak samo jak srodek na komary, ktorego uzywalam w Malezji. I znieczulalo jezyk – dziwne uczucie.

 

 

Zamowilam rowiez lokalne wino z moreli. Pychota! Byla dokladka. ☺

 

 

A na zakonczenie mila niespodzianka – obsluga restauracji pyta mnie, skad jestem. Z Polski. A oni na to (po polsku): „do widzenia! Dziekuje!”

 

 

Takayama

8 kwiecien, sroda

Rano pociag do Takayama (przez Nagoya). Takayama to takie stare misateczko, albo przynajmniej wygladajace na stare, tradycyjne. Mnostwo japonskich domkow, swiatyn, kapliczek.

I jest to pierwsze miejsce, gdzie tak naprawde widac turystow. Pierwsze miejsce, gdzie biale twarze przewazaja. Srednio mi sie to podoba, no ale przeciez w koncu sama jestem taka biala twarza, wiec nie narzekam. Takayama jest bardzo turystyczna – wszedzie placi sie za wejscie, nawet za wejscie do lasu placi sie 10 dolarow!

Nasz hotel to tradycyjny ryokan, czyli japonski dom goscinny. Nas pokoj to polaczenie stylu zachodniego i wschodniego – kanapy i stol z jednej strony, z drugiej strony spanie na matach na podlodze.

Wchodzac do ryokanu zdejmuje sie buty. Przy wejsciu sa kapcie, ktore nalezy przywdziac. Sa osobne kapcie do korytarza, osobne do pokoju, ba, osobne do toalety! Mam wrazenie, ze nic innego nie robie, tylko kapcie zmieniam ☺

Jest bardzo zimno w pokoju, na szczescie jest piecyk. Jest tez pralka na monety, wiec od razu wrzucilam pranie, bo juz koncza mi sie ubrania dla dziewczyn.

Wieczorem poszlismy na kolacje do japonskiej restauracji, i probowalismy roznych tradycyjnych dan. Oczywiscie wszystko jest podawane w malutkich porcjach, na malutkich miseczkach. I kosztuje krocie.

Najbardziej w pamiec zapadly mi male osmiorniczki marynowane w jakims sosie, gdy sie je rozgryzlo wszystko ze srodka wylewalo sie po jezyku. Rowniez niezbyt smaczne byly krewetki, jakies takie surowe, ale niezupelnie, o bardzo dziwnej konsystencji.

Dania popisowe byly dwa: mieso (dwa cieniutkie plasterki – to cala porcja!), kapusta, makaron, i pasta miso, wszystko ulozone na lisciu jakiejs rosliny i gotowane na stole.

Drugie danie bardzo podobne – mieso z warzywami, zapiekane nad specjalnym palnikiem na stole. Nalezy odczekac 3 minuty, wymieszac, brac kawalki potrawy i maczac w surowym, roztrzepanym jajku (co mialo zapewnic potrawie delikatny smak). I wiecie co? Bylo to bardzo smaczne!

p.s. jutro napisze wiecej o potrawach, dzisiaj juz mi sie nie chce. tzn. jesli jutro bede miala internet, bo nie wiem. Jutro jedziemy do Hiroshimy.