Zlodziej z wszami?

ZAPIEPRZYLAM! oswiadcza Ola.

Matko Boska! Po pierwsze, skad ona zna takie slowa? A po drugie, czyzby zaczela krasc? Co ona kradnie? Gdzie???

– Zapieprzylam sobie chleb….

I kolejne powiedzonko Oli, ktore podnioslo mi tymczasowo cisnienie.

– Mialam wszy.

– Jakie wszy??? Kiedy?

– No, na glowie, pamietasz?

Nie pamietalam. Przypomniala mi, ze jak wyjezdzalysmy z Kataru to wieczorem tuz przed wylotem spadla z hustawki, rozbila sobie glowe, pojechalysmy do szpitala, gdzie zalozyli jej ….. SZWY.

A Zuzia, wiele, wiele lat temu radosnie oswiadczyla Pani z przedszkola: Chlopcy maja siusiaki, a dziewczynki maja cipki!

Oj tam, oj tam!

Oj tam, oj tam!

Kiedys, dawno temu, byla na blogowisku niejaka Alka.Pisala bloga pt. Konkubina. “Konkubina” sie zamknela, ale Alka jak najbardziej pozostala. Byc moze niektorzy z Was ja pamietaja, wcale bym sie nie zdziwila, bo macie pamiec doskonala!

Poznalam ja przez bloga, i zaprzyjaznilysmy sie.

Znamy sie od siedmiu lat. Widzialysmy sie tylko dwa razy – raz ja odwiedzilam ja w jej domu. Z dwojka dzieci wybralam sie na weekend do nieznajomej z internetu, ktora mieszkala 300 km ode mnie. Zawsze mialam troche nawalone w glowie, ale oj tam, oj tam!

Teraz ona przyleciala do mnie do Anglii. Na lotnisko, ktore znajduje sie na koncu swiata, o godzinie, o ktorej nawet i diabel spi. Ale przeciez, oj tam, oj tam!

Pomimo, ze widzialysmy sie tylko dwa razy, ze nie dzwonimy do siebie i nie piszemy maili (nie tak czesto jak kiedys, w kazdym badz razie…) to jednak odbieram ja jako najlepsza przyjaciolke. I jestesmy sobie niezwykle bliskie.

Oj tam, oj tam.

To byly ciezkie dni, kiedy Alka tu byla. Jak do roboty w fabryce, co noc wybieralysmy sie do barow. Makijaz, ubranie, drink, obcasy, i fiu, do klubu. Z nadmiaru alkoholu szlam spac pijana i budzilam sie pijana. Oj tam, oj tam!

Po ciezkiej nocy wstawalysmy rano, i jazda, do Londynu, na dwie godziny zwiedzania, i piec godzin shoppingu po polsku zwanego o wiele ladniej zakupami. A po maratonie Zary, Mango, Primarku i Bershki, dawaj, makijaz, ubranie, drink, obcasy i fiu, do klubu. Ale przeciez oj tam, oj tam, warto bylo! Mialysmy tylko cztery dni, nie mozna marnowac czasu.

Teraz Alka pojechala do domu… zostala po niej cisza, krem do wlosow, nudny wieczor bez mutantow w lokalnych klubach, oraz oj tam, oj tam (powiedzonko, ktore weszlo do mojego slownika na zawsze).

I nadzieja, ze znow sie spotkamy latem.

Byc moze jutro napisze Wam jakas historie z naszych wypadow. Bylo ich sporo. Ale dzisiaj… czas isc spac.

Oj tam, oj tam.

Mile dobrego poczatki.

Kiedy w sierpniu 2004 roku (tak, tak, to juz tyle lat…) wyjezdzalam z Warszawy do Kataru wydawalo mi sie, ze to wielki krok, olbrzymi wyczyn.

W pewnym sensie byl. No i oczywiscie zmienil moje cale zycie na zawsze.

Ale nie mniejszym wyczynem byl wyjazd z Kataru w lipcu 2010.

Na swoj kolejny “dom” wybralam Anglie. Dlaczego? Z wielu powodow, o ktorych tutaj nie bede teraz pisala.

Oczywiscie wszystkim musialam zajmowac sie sama. Dzieki Bogu za internet! Jak ludzie zyli bez internetu, ja sie pytam? Jak mozna bylo kupowac bilety na samolot, wakacje, sprawdzic, co graja w kinie, posluchac radia z zagranicy… Zaplanowac przeprowadzke…? W internecie wyszukalam dom, znalazlam szkole dla dzieci, zapisalam dzieci do tejze szkoly i o dziwo – dostaly sie!

Angielski system wymaga zapisywania do szkoly z rocznym wyprzedzeniem. Jest rejonizacja (dlatego tez domy w okolicach dobrych szkol kosztuja o kilkanascie tysiecy wiecej) ale mozna wybrac sobie trzy szkoly i miec nadzieje, ze dziecko dostanie sie do jednej z nich. Jesli nie ma miejsc w wybranej szkole dziecko idzie do najblizszej szkoly (od miejsca zamieszkania) w ktorej sa miejsca. Zazwyczaj jest to cos, co w moich ojczystych stronach nazywa sie “brandzlowa” – czyli okropne miejsce, generalnie.

Zeby zapisac dzieci do szkoly trzeba miec adres. Ja adresu nie mialam. Najpierw musialam wynajac dom. A nie chcialam placic przez kilka miesiecy. Wiec o szkole ubiegalam sie dopiero w czerwcu, gdy mialam juz adres w Anglii. Bylam w szoku, gdy przyjeli mi obie dziewczyny!

Wiekszosc katarskich rupieci sprzedalam lub oddalam. To, co chcialam zabrac do Anglii wyslalam na cargo. Potem zapakowalam koc, poduszke, trzy lyzki i trzy widelce, kilka ubran (same letnie, oczywiscie), dwojke dzieci i polecialam do Europy.

Wyladowalam w UK. Nie mialysmy nic. Musialam zasuwac na pieszo do sklepow, po szesc, siedem razy dziennie, i kupowac wszystko – talerze, odkurzacz, plyn do zmywania i szampon do wlosow… Czy Wy wiecie, ile wazy zestaw talerzy na szesc osob? Cholernie duzo, zwlaszcza, jak trzeba toto niesc w recach. A czy Wy wiecie jakie wielkie sa koldry, ktore dzwiga sie przez pol miasta? Mozna zahaczyc i o latarie, i o przystojniaka…

Nie mialysmy nic. Cargo przyjechalo dopiero po czterech miesiacach. Przez ten czas musialysmy sobie jakos radzic.

Wiecie, jak gotuje sie obiad w jednym garnku? Najpierw ziemniaki, a potem ziemniaki na talerz, i gotuje sie mieso. Gdy ma sie tylko trzy lyzki, to po obiedzie sie je myje, zeby bylo czym jogurt zjesc. A gdy nie ma krzesel, to sie je na podlodze, jak trzy psiaki. Spi sie na podlodze. Dobrze, ze wlascicielka domu zlitowala sie nad nami i pozyczyla nam kilka kolder i poduszek…

Sasiadka tez pomogla – pozyczyla widelce, krzesla… od razu oczywiscie zaoferowala pudelko herbaty i ciasteczka. Bo jak sie napijemy herbaty, to momentalnie wszystko wyda sie bardziej znosne.

– Ale one nawet nie maja czajnika – mowi wlascicielka.

– Oh, no tak – sasiadce mina zrzedla.

Nikt z rodziny “meza” pomocy nie zaoferowal… Odbieram to jako komplement, widocznie uwazaja, ze jestem bardzo silna osoba i sobie ze wszystkim sama poradze. I maja, oczywiscie, racje.

Powolutku wszystko sie ulozylo. Teraz juz jest ulozone jak plisowanki na spodnicy 🙂

Witam na moim blogu :)

No to witamy w Anglii!

Jak widzicie zmienila sie szata graficzna. Chcialam wrzucic zrzut ekranu ze starym wygladem (tym zoltym) dla potomnosci, niestety, pomyslalam o tym za pozno i juz nie mialam CSSu… jesli ktos wie czy mozna w necie znalezc wyglad mojego bloga “na zolto” to poprosze o informacje.

Zmienil sie rowniez tytul. Mazusy przeszly do lamusa, juz nie istnieja i istniec nie beda (no, chyba ze poznam pana, ktorego imie bedzie zaczynalo sie na M… ). Teraz mamy OLZUSY. I nie na Bliskim Wschodzie, ale u Fajwoklokow. Bo Anglicy, wedlug odwiecznego przesadu, o piatej po poludniu pijaja herbatke (a godzina piata to five o’clock, wymawiane wlasnie fajwoklok).

O naszych poczatkach napisze jutro, bo dzisiaj dwie godziny pracowalam nad nowym wygladem (nie swoim, bloga 🙂 ).

Witamy w domu!

Co robic?

Przyznam szczerze, ze nie mialam zamiaru pisac wiecej Mazusow. Ale teraz mam dylemat – co robic? Jak tutaj zawiesc Was wszysktich, Was, ktorzy po prawie roku wciaz tutaj zagladaja, komentuja, i maja nadzieje na wiecej?

Co robic? Pisac o Anglii nie ma co, bo kazdy wie, jak jest. Pija herbate z mlekiem i mowia How are you.

Pisac o zyciu osobistym… juz teraz wiem, ze blog czyta sporo osob, ktore nie sa mi zyczliwe i z ktorymi nie chcialabym miec nic wspolnego. A zwlaszcza nie moje przezycia…

Wiec musze sie zastanowic co robic. Jesli macie jakieg sugestie – wpiszcie w komentarzach… A ja ide myslec.

Co sie dzieje….

Moi Kochani!!!

Jesli ktokolwiek z Was jeszcze tutaj zaglada.

Jesli ktokolwiek z Was jeszcze o nas pamieta.

Jesli ktokolwiek z Was jest jeszcze ciekawy.

Po pierwsze. Tesknie za Wami, za Waszymi komentarzami, za Waszymi cieplymi slowami, za Waszym wsparciem.

Po drugie, co sie u nas dzieje? Mieszkam z dziewczynkami w Anglii. Bardzo sie nam tutaj podoba. Zuzia i Ola zaaklimatyzowaly sie swietnie, maja duzo nowych kolezanek, czasami tesknia za Katarem, zwlaszcza Zuzia, teskni za przyjaciolkami, ale generalnie obie zgodnie twierdza, ze wola byc tutaj. Ja rowniez. Jestem szczesliwa. Nie czasami, jak w Katarze, ale generalnie codziennie.

Przede mna dluga droga do oficjalnego zakonczenia “Mazusow”, ale juz zaczelam ta droge… i chociaz praktycznie Ma-od Mazusow w naszym zyciu juz nie ma, mysle, ze jeszcze z rok minie, zanim Ma sie oficjalnie zakonczy. Ale trzymajmy kciuki pojdzie gladko, bez awantur i cywilizowanie.

Wielkie, wielkie usciski dla wiernych Czytelnikow. Dla tych zaprzyjaznionych tez i buziaki. xxxx

Na dobry koniec.


2004 vs 2010

24 lipca 2004 roku napisalam tak:

Trzy tygodnie temu powiedziano nam, ze jedziemy do Kataru, na Srodkowym Wschodzie. Powiedziano nam rowniez, ze jedziemy juz teraz. Zatem Matt, moj maz, wyjezdza juz w ta niedziele. My (tzn. ja i nasza corka, Zuzia) zostajemy w Warszawie do polowy sierpnia.”

Szesc lat pozniej, i wszystko sie zmienilo. Nie ma meza, jest dodatkowe dziecko (ja to widze w ten sposob: zamienilam meza na Ole. Calkiem niezla zamiana, uwazam). Katar rowniez sie zmienil bardzo. Stal sie bardziej cywilizowany. Mniej absurdalny.

Te szesc lat dalo mi wiele doswiadczen i bardzo mnie zmienilo. Czy zaluje? Trudno powiedziec. Chyba nie.

Byly Mazusy w Katarze, teraz nie ma juz ani Mazusow, ani Kataru. To znaczy Katar zostaje, ale bez nas.

Tym samym nadszedl kres tego bloga.

Mysle, ze spelnil on swoja poczatkowa funkcje – informowal bliskich i znajomych krolika o tym, co sie u nas dzieje.

Ale nie tylko. Zupelnie nieoczekiwanie stal sie zrodlem informacji dla tych, ktorzy przyjechali/rozwazali przylot do Kataru (pamietam ja nie mialam pojecia, czego tutaj oczekiwac. Ubrania kupowalam przed wylotem z Polski, bo nie wiedzialam, czy tutaj mozna kupic). Pozwolil mi tez poznac swietnych ludzi. Dostarczal inspiracji i przyjemnosci z lektury (wiem, bo mi powiedziano).

Chcialabym bardzo podziekowac tym z Was, ktorzy byli ze mna od samego poczatku. I tym, ktorzy dolaczyli po drodze i juz zostali. Oraz tym, ktorzy zajrzeli tylko na chwile. Za to, ze chcialo sie Wam czytac to, co pisze. Za Wasze cieple komentarze. Za podtrzymywanie mnie na duchu, gdy tego potrzebowalam.

DZIEKUJE. Glitter Graphics | http://www.graphicsgrotto.com

Blog sie skonczyl, “but life still goes on” (Freddie Mercury). Zatem byc moze znow sie kiedys gdzies spotkamy… bo pewnie bede dalej pisala. Byc moze nie na tym blogu, byc moze na nowym. A moze i tego zaczne niejako od poczatku? Nie wiem….

Ide sie pakowac. W koncu juz za kilka dni bede ogladala Katar po raz ostatni w zyciu.


Z wizyta do Arabii Saudyjskiej?

Na pierwszej stronie Gazety jest link do artykulu, cos w stylu “w co sie ubrac na wakacje do kraju arabskiego”.

Oczywiscie chcialam zajrzec, niejako zawodowo.

Ku mojemu zdumieniu zobaczylam tak dobrze znany mi obrazek:

Qtel zablokowal strone. Byc moze nie zycza sobie aby ludzie mieszkajacy tutaj wiedzieli, co Europa mysli o krajach arabskich.

Jednakze po szesciu latach w kraju cenzura plynacym wiem, jak zagladac tam, gdzie chce.

Zajrzalam, i ukazal sie artykul nieco glupi, bo pan radzi, aby do Arabii saudyjskiej kobiety zakladaly to czy tamto, i ze nie-Muzulmanki nie musza zakrywac glowy. Z tego, co mi wiadomo, w Arabii KAZDA kobiete musi miec abbaye (czarna ‘sukienke’) i glowe tez musi zakrywac… ale moze ja nie wiem, w Saudi nie bylam, bo Saudi raczej wiz turystycznych nie wydaje.

Jeszcze o nim uslyszycie

O czym? O Katarze.

Kupili Harrodsa, a wg. Gazety wciaz kupuja. Prestizowe lokalizacje i kultowe budynki. Inwestuja. I dobrze, bo gaz im sie niedlugo skonczy, i nie zostana na lodzie.

Tylko troche sie boje, bo co za duzo, to niezdrowo, a w koncu Anglia jest znana z tego, ze zbyt liberalnie, moim zdaniem, podchodzi do otwierania granic, nadawania obywatelstwa, zapraszania….

Link do artykulu.

Nic nie jest proste w Katarze

Przylatujac do Kataru mialam problemy (tutaj jest link dla nowych czytelnikow, ktorzy nie widza, jak to z moim przylotem do Kataru bylo).

Niedlugo bede wyjezdzala, szkola sie konczy 1 lipca. I co? I gucio, znow sa problemy.

A bylo to tak….

Paszport mialam. Wyrobiony tuz przed slubem z nieslawnym mezem. Na nazwisko panienskie, powiedzmy Kowalska. Wiec tuz po slubie nie zmienilam paszportu, po co, przeciez mialam nowy.

Duzo podrozowalam, paszport sie zapelnil pieczatkami. Stron zaczelo brakowac. Czas wyrobic nowy paszport. O ironio, jak to w zyciu ironicznie bywa, nowy paszport bedzie na nazwisko po mezu, ha ha ha, powiedzmy Nowak.

Pojechalam do ambasady, zaplacilam jak za zboze, po miesiacu dostalam nowy paszport, Sylwia Nowak.

Dobrze, teraz trzeba tylko wize przeniesc od Sylwii Kowalskiej do Sylwii Nowak (bo stary paszport zostal anulowany).

Jest akt slubu, na ktorym jak byk stoi, ze S.K. stala sie S.N. Powinno wystarczyc, ale gdziez tam, nie zapominajmy, gdzie jestesmy.

Wersja 1: musze dac ogloszenie do gazety, ze nikt nie ma nic przeciwko mojej zmianie nazwiska (a co to kogos obchodzi, ze ja nazwisko zmienilam wiele lat temu, w Polsce).

Po godzinie wersja 1 idzie do kosza. W zycie wchodzi:

Wersja 2: musze otrzymac zaswiadczenie z polskiej ambasady, ze nie maja nic przeciwko mojej zmianie nazwiska. (a przeciez to, ze mi wydali paszport na nazwisko Nowak o niczym nie swiadczy, moze zrobili to nieswiadomie, albo co….).

Wersja druga tez poszla do kosza, w zycie weszla wersja trzecia:

Wersja 3: musze otrzymac oswiadczenie od policji w Polsce. Jakie oswiadczenie? Tego nikt mi wyjasnic nie moze. Moze o niekaralnosci? Moze o slubie? A moze o tym, ze randki z policjantem nigdy nie mialam? Tego nie wie nikt. Zaswiadczenie musi byc i juz. Otrzymanie zaswiadcznia to ile? Miesiac? Trzy tygodnie?

No i przeniesienie wizy nie zajmie 3 dni, jak to mialo poczatkowo byc, tylko zajmie ponad miesiac.

A tutaj lato sie zaczyna, a przeciez kazdy wie, ze latem w Katarze nie zalatwi sie NIC. Bo latem Katar umiera….


Wersja z dnia dzisiejszego: potrzebuje zaswiadczenia z ambasady (ktora takiego zaswiadczenia nie wydaje) i oswiadczenie z policji.

Â