Az sie boje dzisiaj oddychac…
Pojechalam do szkoly po Zuzie. Jak zwykle parkowalam przed szkola, wjezdzajac tylem w miejsce parkingowe. Nagle slysze bum, i czuje szarpniecie.
Upsie! Chyba zle wymierzylam, bo jakims cudem ten facet, ktory juz tam stal, zaparkowany, podwinal mi sie. No normalnie znalazl sie, jakims cudem, na mojej drodze, i ja swoim tylkiem, to znaczy nie swoim ale auta tylkiem wyrznelam tego faceta w przod. Auta, znaczy sie.
Cholera. Jak tak mozna, stac zaparkowanym i podwijac sie ludziom, ktorzy probuja parkowac w miejscu obok!
Wylecialam z auta, patrze, jego auto prawie nietkniete. Oprocz malego zadrapania. Eeeee, mysle sobie, jak taki kurdupel nietkniety, to i pewnie moj Pajero caly bedzie.
Upsie po raz drugi! Moje wielkie Pajero ma wielkie wgniecenie w dupie. I wielkie pekniecie. Cholera.
Co robic? W Katarze jest takie prawo, ze jak jest wypadek, to auto sie zostawia tam, gdzie akurat stanelo (nawet jesli jest to posrodku ulicy czy ronda i totalnie blokuje ruch) i wzywa sie policje. Policje wzywa sie nawet jesli nic powaznego sie nie wydarzylo – bez specjalnego raportu spisanego przez policje nie naprawi sie auta.
Zatem co robic? Dzwonic na policje? Ale ja sie boje, bo ostatnio przeczytalam, ze policja wsadzila do pierdla kobiete, ktora po wypadku, zdaniem policji, 'odzywala sie do nich bez szacunku'. A ja mam gebe niewyparzona, to i moze mnie by zamkneli? A co wtedy by sie stalo z moimi dziecmi? I z moimi piersiami? Bo ja wciaz piersia karmie, wiec jak by mi Ola mleka regularnie nie sciagala, to moze by mi te piersi ekspodowaly? Albo moze musialabym sama sobie odsysac? Ale jak?
Akurat przed szkola byly moje dwie kolezanki. Kazda wyciagnela komorke, i dzwonila do swojego meza. Aby zapytac, co robic w tej sytuacji. Wzywac policje, czy nie?
Ten facet, ktorego puknelam, Filipinczyk, tez wyciagnal komorke, i gdzies dzwonil.
Poczulam sie samotna, poza tym nie chcialam za bardzo odstawac od towarzystwa, wiec tez wyciagnelam komorke i zadzwonilam do meza. Maz akurat mial Bardzo Wazne Spotkanie, ale poswiecil mi chwile. Kazal policji nie wzywac, pewnie obawial sie ze moja niewyparzona geba bede za wiele klapac.
Taki ladny, typowy dla Kataru widoczek… myslalam sobie, stojac tak i obserwujac co sie dzieje – jakos tutaj przy kazdym wypadku kazdy stoi i gada przez komorke. No i prosze, teraz sama mialam (nie)przyjemnosc w takim widoczku uczestniczyc.
Stanelo na tym, ze jednak wezwiemy policje. A ze przed szkola zawsze jest policja (w celach ochrony), to poprosilismy tego policjanta sprzed szkoly o pomoc.
Policjant kazal nam wsiadac do swojego auta (ale rudera, swoja droga. Takim autem to zadnego przestepcy by nie dogonili. Ale pewnie nie musza tutaj ganiac przestepcow, wiec i auto lepsze nie jest potrzebne). Filipinczyk dzentelmenem byl, otworzyl mi drzwi, potem je zamknal. Chcial pasy zapiac, pomimo, ze to tylko jakies 500 metrow bylo do naszego wypadku. Ale policjant machnal reka niefrasobliwie, po co pasy!
Dojechalismy, wnet pojawil sie drugi woz policyjny. Do tego czasu zebrala sie wokol nas calkiem spora grupka:
1. dwoch policjantow, a ze zaden z nich po angielsku ani w zab (rozumieli jedno slowo: accident, czyli wypadek), to znalazlo sie..
2. kilka zyczliwych dusz, ktore po wysluchaniu tego, co policjant powiedzial po arabsku tlumaczyli mi to. Na arabski, bo sami po angielsku nie rozumieli. A ze ja nie rozumialam po arabsku, to..
3. kilka kolejnych zyczliwych dusz tlumaczylo mi to, co tlumaczyly poprzednie zyczliwe dusze, tym razem na angielski.
4. Do tego moje dwie kolezanki, gotowe pomoc mi o ile tej pomocy bede potrzebowala.
Po dlugich i burzliwych debatach (Arabowie debatuja niezwykle glosno i dlugo – kazda rzecz musi byc przedyskutowana gruntownie z kazdej strony) stanelo na tym, ze ja z Filipinczykiem pojedziemy na posterunek policji dzisiaj o 3. Po kolejnych 10 minutach miala to byc godzina 4. A po kolejnych 5 okazalo sie, ze w ogole jutro mozemy pojechac, najlepiej rano, bo wtedy beda policjanci na posterunku. A co to za posterunek, gdzie po poludniu nie ma policjantow?
W kazdym badz razie wymienilam sie numerami telefonow z tym Filipinczykiem, i sie umowimy na jutro. Na posterunek.
Dobrze, ze ten Filipinczyk taki byl grzeczny i spokojny, w ogole sie nie burzyl, ze w niego wjechalam. Ale szkoda, ze nie bardziej przystojny, w koncu zawsze to milo zdobyc numer telefonu przystojniaka. Bez wzgledu na okolicznosci.
Wrocilam do domu, i zalalam dziecko jogurtem.
A potem jeszcze na dokladke zepsulam laptop. Nie mam pojecia, co sie stalo z tym laptopem, ale jakos tak dzialac nie chcial.
A teraz sie boje oddychac, bo a noz widelec znow sie cos stanie?
Boje sie rowniez Ole podnosic, bo z moim dzisiejszym szesciem to…. ach, lepiej zamilkne.