Spotkania

Zima nie ustepuje, wciaz zimno jak nie wiem.

W czwartek odwiedzila mnie znajoma (Szwajcarka). Ma dwoch synkow. Ona jest swietna, naprawde ja lubie. Ale ci jej synowie!!!!! O matko, po godzinie to mnie glowa boli, a po dwoch to juz tak sie czulam, jakby byli u mnie caly dzien! Ja rozumiem, chlopcy. Ale ja przyzwyczajona nie jestem, i bardzo mnie ta ich zywiolowosc meczy.  Bardzo wspolczuje mojej kolezance, bo ona taka cierpliwa jest, ale nie wiem, czy ta cierpliwosc to jej tez nie meczy. Zwlaszcza, ze ma meza, ktorego czesto w domu nie ma.

W piatek wybralam sie ze znajomymi do kawiarni na lunch. Przyszla rowniez zona naszego ambasadora. Z dzidziusiem. W ogole byly dwa dzidziusie (swojego zostawilam w domu). Dziwne jakies te dzidziusie, bo oba spaly. Ja nie wiem, moj dzidzius spac nie chce, a w restauracji to juz w ogole. Byl tez jeden dwulatek, i jeden czterolatek. Nie spali.

A dzisiaj postanowilam sobie wybrac sie do restauracji na kawe, szisze, i pyszny sok z guawy. Sok z guawy jest ostatnio moim ulubionym napitkiem – smakuje jak lody, ale poniewaz to jest SOK, to jest zdrowy, prawda? Cukier w soku sie nie liczy.

W restauracji spotkalam sie z moja znajoma (Australijke) i jej meza. Znajoma ma trojke dzieci, ktore Zuzia uwielbia. Dzieci sa niezwykle dobrze wychowane, zawsze jak mnie widza, mowia: Hello Sylwia, How are you, Sylwia? Zapytalam Allison, jak Ty to robisz, ze te Twoje dzieci takie grzeczne? Allison na nie wrzeszczy.

Ja tez wrzeszcze, i nie dziala. Ani na dzieci, ani na meza. Taka jakas niereformowalna ta moja rodzina. 

Kraksa w Katarze, czyli nieszczesliwe pary

Az sie boje dzisiaj oddychac…

Pojechalam do szkoly po Zuzie. Jak zwykle parkowalam przed szkola, wjezdzajac tylem w miejsce parkingowe. Nagle slysze bum, i czuje szarpniecie.

Upsie! Chyba zle wymierzylam, bo jakims cudem ten facet, ktory juz tam stal, zaparkowany, podwinal mi sie. No normalnie znalazl sie, jakims cudem, na mojej drodze, i ja swoim tylkiem, to znaczy nie swoim ale auta tylkiem wyrznelam tego faceta w przod. Auta, znaczy sie.

Cholera. Jak tak mozna, stac zaparkowanym i podwijac sie ludziom, ktorzy probuja parkowac w miejscu obok!

Wylecialam z auta, patrze, jego auto prawie nietkniete. Oprocz malego zadrapania. Eeeee, mysle sobie, jak taki kurdupel nietkniety, to i pewnie moj Pajero caly bedzie.

Upsie po raz drugi! Moje wielkie Pajero ma wielkie wgniecenie w  dupie. I wielkie pekniecie. Cholera. 

Co robic? W Katarze jest takie prawo, ze jak jest wypadek, to auto sie zostawia tam, gdzie akurat stanelo (nawet jesli jest to posrodku ulicy czy ronda i totalnie blokuje ruch) i wzywa sie policje. Policje wzywa sie nawet jesli nic powaznego sie nie wydarzylo – bez specjalnego raportu spisanego przez policje nie naprawi sie auta.

Zatem co robic? Dzwonic na policje? Ale ja sie boje, bo ostatnio przeczytalam, ze policja wsadzila do pierdla kobiete, ktora po wypadku, zdaniem policji, 'odzywala sie do nich bez szacunku'. A ja mam gebe niewyparzona, to i moze mnie by zamkneli? A co wtedy by sie stalo z moimi dziecmi? I z moimi piersiami? Bo ja wciaz piersia karmie, wiec jak by mi Ola mleka regularnie nie sciagala, to moze by mi te piersi ekspodowaly? Albo moze musialabym sama sobie odsysac? Ale jak?

Akurat przed szkola byly moje dwie kolezanki. Kazda wyciagnela komorke, i dzwonila do swojego meza. Aby zapytac, co robic w tej sytuacji. Wzywac policje, czy nie?

Ten facet, ktorego puknelam, Filipinczyk, tez wyciagnal komorke, i gdzies dzwonil.

Poczulam sie samotna, poza tym nie chcialam za bardzo odstawac od towarzystwa, wiec tez wyciagnelam komorke i zadzwonilam do meza. Maz akurat mial Bardzo Wazne Spotkanie, ale poswiecil mi chwile. Kazal policji nie wzywac, pewnie obawial sie ze moja niewyparzona geba bede za wiele klapac.

Taki ladny, typowy dla Kataru widoczek… myslalam sobie, stojac tak i obserwujac co sie dzieje – jakos tutaj przy kazdym wypadku kazdy stoi i gada przez komorke. No i prosze,  teraz sama mialam (nie)przyjemnosc w takim widoczku uczestniczyc.

Stanelo na tym, ze jednak wezwiemy policje. A ze przed szkola zawsze jest policja (w celach ochrony), to poprosilismy tego policjanta sprzed szkoly o pomoc.

Policjant  kazal nam wsiadac do swojego auta (ale rudera, swoja droga. Takim autem to zadnego przestepcy by nie dogonili. Ale pewnie nie musza tutaj ganiac przestepcow, wiec i auto lepsze nie jest potrzebne). Filipinczyk dzentelmenem byl, otworzyl mi drzwi, potem je zamknal. Chcial pasy zapiac, pomimo, ze to tylko jakies 500 metrow bylo do naszego wypadku. Ale policjant machnal reka niefrasobliwie, po co pasy!

Dojechalismy, wnet pojawil sie drugi woz policyjny. Do tego czasu zebrala sie wokol nas calkiem spora grupka:

1. dwoch policjantow, a ze zaden z nich po angielsku ani w zab (rozumieli jedno slowo: accident, czyli wypadek), to znalazlo sie..

2. kilka zyczliwych dusz, ktore po wysluchaniu tego, co policjant powiedzial po arabsku tlumaczyli mi to. Na arabski, bo sami po angielsku nie rozumieli. A ze ja nie rozumialam po arabsku, to..

3. kilka kolejnych zyczliwych dusz tlumaczylo mi to, co tlumaczyly poprzednie zyczliwe dusze, tym razem na angielski.

4. Do tego moje dwie kolezanki, gotowe pomoc mi o ile tej pomocy bede potrzebowala.

Po dlugich i burzliwych debatach (Arabowie debatuja niezwykle glosno i dlugo – kazda rzecz musi byc przedyskutowana gruntownie z kazdej strony) stanelo na tym, ze ja z  Filipinczykiem pojedziemy na posterunek policji dzisiaj o 3. Po kolejnych 10 minutach miala to byc godzina 4. A po kolejnych 5 okazalo sie, ze w ogole jutro mozemy pojechac, najlepiej rano, bo wtedy beda policjanci na posterunku. A co to za posterunek, gdzie po poludniu nie ma policjantow?

W kazdym badz razie wymienilam sie numerami telefonow  z tym Filipinczykiem, i sie umowimy na jutro. Na posterunek.

Dobrze, ze ten Filipinczyk taki byl grzeczny i spokojny, w ogole sie nie burzyl, ze w niego wjechalam. Ale szkoda, ze nie bardziej przystojny, w koncu zawsze to milo zdobyc numer telefonu przystojniaka. Bez wzgledu na okolicznosci.

Wrocilam do domu, i zalalam dziecko jogurtem.

A potem jeszcze na dokladke zepsulam laptop. Nie mam pojecia, co sie stalo z tym laptopem, ale jakos tak dzialac nie chcial.

A teraz sie boje oddychac, bo a noz widelec znow sie cos stanie?

Boje sie rowniez Ole podnosic, bo z moim dzisiejszym szesciem to…. ach, lepiej zamilkne. 

Pani mecenas ucieka

W Anglii przeczytalam The Undomestic Goddes (w Polsce przetlumaczone na Pani Mecenas Ucieka) autorstwa Sophie Kinsella.

Taka lekka lektura,  przyjemna. I malo realistyczna.

Pani prawnik, ktora odnosi niesamowite sukcesy, ma zostac mianowana na partnera w swojej firmie. Firmie, ktorej oddala zycie – spedza w niej cale dnie, czesto i noce, nie wylaczajac weekendow. Pani prawnik nie potrafi zrobic niczego w domu – majtki oddaje do pralni, je na miescie, i ma sprzataczke.

Pewnego dnia pani prawnik popelnia kardynalny blad, ktory przekresla jej szanse na partnerstwo w firmie. Spanikowala, i uciekla.

Dziwnym splotem okolicznosci, pani prawnik dostala posade…. gosposi domowej.

No i oczywiscie rozne smieszne rzeczy sie wydarzaly. A najbardziej nierealistyczne jest zakonczenie, ale go nie zdradze, oczywiscie.

Milej lektury zycze.

     

Inwestycja

Dzwoni komorka Matta:

Matt: Tak? Tak.. Tak…. W jaki sposob? Tak?? Ok.

Ja: Kto to byl?

Matt: Jakis facet. Mowi, ze ma program do wychowywania dzieci. Umowilem sie z nim na jutro.

Jutro, czyli wczoraj wieczorem.

Facet przychodzi.

Zaczyna nam opowiadac, jak wazny jest rozwoj dzieci, jak wazna jest rola rodzicow…

– Pewnie ogladaja duzo TV wasze dzieci? Pyta z nadzieja.

– Nie -odpowiadamy, zgodnie z prawda.

– Hmm, to moze graja duzo w komputer? – dodaje, nieco zbity z tropu.

– Nie.

– No tak. No tak. To bardzo dobrze – dodaje, nagle natchniety nowa mysla. 

Wyciaga gruba ksiazke, i zaczyna nam prezentacje. A wlasciwie czytanie z tej grubej ksiazki. O tym, jak to dzieci musza rozwijac wiedze, umiejetnosci, maniery, itp itd. O tym, jak to polaczenia nerwowe w mozgu umieraja bardzo szybko, jaksie ich nie stymuluje.

A ja z przerazeniem mysle, ze juz jest 21, i jak on ma zamiar cala ta ksiazke nam przeczytac, to spac juz w ogole dzisiaj nie pojde. I jeszcze sobie mysle, ze wciaz nie wiem, jaki to on program nam proponuje.

W koncu przeszedl do  sedna – oferowal zestaw 68 chyba ksiazek, ilus tam CD, ksiazki dla rodzica, i cala mase innych rzeczy – do czytania, ogladania, i nauki. Za kwote, bagatela, 7830 riali (tyle samo zlotych, mniej wiecej). Szczeki nam troche opadly, ja dodalam:

– Taaa, to niemala inwestycja w dziecko (majac na mysli, ze moje dzieci, chociaz warte wszystkiego co najlepsze, to na pewno w zyciu nie dostana ksiazek za osiem tysiecy).

– Oczywiscie! uradowal sie pan. Oczywiscie! Nasze dzieci zasluguja na to, co najlepsze, bo rodzice chca dac dzieciom to, co najlepsze.

He he he, i wez mu teraz powiedz, ze jestem zla matka, bo nie zainwestuje 8 tysiecy w ksiazki dla Zuzi i Oli 🙂

Matt, po wyjsciu pana juz, skomentowal to tak:

– No, juz teraz Zuzia ma tyle zajec (np. codzienne odrabianie lekcji ze szkoly czy czytanie polskich ksiazek) ze ledwo sie wyrabiacie (ze ja i Zuzia, sie znaczy), a jakbysmy jeszcze kupili ten zestaw, to Zuzia by mogla tylko powiedziec:

        – Mama, ja nic innego nie robie, tylko jem, sram, i sie ucze!

 

Grzejniki wyszly

Zewszad dochodza mnie glosy, iz grzejniki w Katarze wyszly!

Jest tak zimno, ze ludzie kupuja grzejniki. Ale podobno wszedzie tych grzejnikow brak – dostac taki grzejnik graniczy z cudem. Kolezanka opowiadala mi, ze miala szczescie – akurat w Carrefour byly, facet je rozpakowywal na polki. Daleko z tym rozpakowywaniem nie zaszedl, bo co wylozyl na polke natychmiast znikalo w chciwych dloniach zmarznietych mieszkancow Doha.

Inna kolezanka powiedziala mi, iz w czwartek ma byc tylko 2 stopnie!!!!!!! Takiej zimy chyba najstarsi Katarczycy nie pamietaja 🙂

A ja dzisiaj na scianie naszego ogrodu widzialam  PAPUGE! Najprawdziwsza na swiecie, zielona z czerwonym dziobem! Ale mysle, ze komus uciekla, bo dzikich papug to tutaj nie maja chyba….

Czas sie zatrzymal na suku Waqif

Wczoraj wybralismy sie na suk Waqif, w poszukiwaniu wiertel – moj maz kupil sobie w koncu wiertarke.

Suk ten to tzw. stary nowy suk – odbudowany calkiem niedawno (pisalam o tym na Mazusach, nawet zdjecia w trakcie przebudowy zamiescilam ), ale stylizowany na stary, tradycyjny rynek arabski.

Bardzo mile mnie zaskoczyl, musze przyznac. Oczywiscie w sklepikach mnostwo towarow – poczawszy od feerii barw materialow, ubran, szali jedwabnych, poprzez olbrzymie gary metalowe i inne sprzety gospodarstwa domowego, przyprawy, ziola, i inne specyfiki naturalnej medycyny, az do sprzetu dla wielbladow – siodel, uprzezy, i tym podobnych cudeniek. Byly nawet prawdziwe lodzie, z drewna strugane.

Od nadmiaru towarow moglo sie zakrecic w glowie, zwlaszcza, ze suk jest miejscem bardzo gwarnym, gdzie kupcy zachwalaja na cale gardlo swoje towary, zachecajac kazdego przechodnia do zakupow – wyciagaja dlonie z szalami, sukniami, i krzycza:

– Paszmina, paszmina! Obejrzyj, zajrzyj! Nie? To moze abbayya?

Poczulam sie nagle jak w starym arabskim miasteczku, w ktorym czas sie zatrzymal. Oprocz sklepikow mnostwo tutaj zakladow krawieckich, gdzie krawcy (ni w zab nie rozumiejacy po angielsku), otoczeni masa bel z materialami (glownie bialymi, jako ze tradycyjny ubior mezczyzny w Katarze to galabija, ktora jest biala) pochyleni nad swoimi maszynami szyja koszule, galabije, i spodnie.

Na kazdym rogu tzw. coffee shop, czyli kawiarnia, z drewnianymi lawami, wyscielanymi tradycyjnymi, czerwonymi poduchami arabskimi. Na lawach siedza Arabowie, oczywiscie ubrani w tradycyjne szaty, i powolutku, nie spieszac sie nigdzie, popijaja herbate z malenkich szklaneczek oraz pala szisze, obserwujac leniwie przechodniow.

Znalezlismy rowniez sokoly. Prawdziwe, i zywe. Siedzialy sobie w rzedach, na grzedach, przywiazane, oczywiscie. Na glowach mialy czapeczki, ktore zaslanialy im oczy. Mielismy szczescie, akurat byl czas karmienia. Kazdy dostal wielki kawal surowego, krwistego miecha. Mieso znikalo w oka mgnieniu, przetrzymywane szponami i rozrywane ostrym dziobem. Dowiedzielismy sie, iz sokoly sa karmione dwa razy dziennie.

I ze kosztuja okolo 1500 dolarow za sztuke. Oczywiscie ceny sie roznia – niektore sokoly kosztuja nawet 10 tysiecy riali. Cena zalezy od wielkosci ptaka, upierzenia, koloru…

Katar slynie z sokolow. Ale o tym napisze nastepnym razem.

Samotne rozowe sledzie

Wczoraj zaczelam ogladac Samotnosc w sieci. Myslalam, ze bedzie gorzej, ale najlepiej to i tak nie bylo. Ja nie wiem, ja  sie chyba starzeje, bo wole amerykanska sieczke od pseudoartystycznych filmow. Tak mi sie momentami nudzilo, ale nudzilo! Zrobilam dziecku zupe, nakarmilam dziecko, a i tak nie mialam wrazenia, ze cos mnie omija. A wiele scen to bylo tak po prostu niepotrzebnych, tak niepotrzebnych, ze az bolesnie sie je ogladalo.

A dzisiaj Zuzia ma dwie kolezanki u siebie w pokoju na tzw. playdate, czyli popoludniu dzieciakow spedzanych na wspolnej zabawie. Rano akurat powiesilam jej nowe, rozowe zaslonki, ktore sama uszylam (Zuzia jest teraz w fazie rozowej, wszystko musi byc rozowe, zatem powoli przerabiam jej kolorowy pokoik na rozowy. Zaslonki stanowia krok numer jeden). I tak slysze jak Zuzia bezczelnie sie kolezankom chwali: – A ja to mam WSZYSTKO rozowe!

Popoludniowa kawe postanowilam poprzedzic czyms konkretnym, bo zglodnialam. Zajrzalam do lodowki, i jedyna rzecza, ktora mnie akurat krecila, byly sledzie  w oleju, z Polski przytachane. Pudelko ze sledziami peklo w podrozy, wszystko plamiac na tlusto. Jakies lotne te sledzie wyjatkowo, bo wyjmujac je z lodowki znow uciec chcialy, i tak sobie chlup, prosto na mnie. Teraz smierdze sledziowo. Lepiej, aby kolezanki Zuzi nie mialy do mnie zadnego interesu, bo potem Zuzia bedzie uchodzila w sasiedztwie za 'ta dziewczynke, ktorej mama smierdzi' 🙂

Zimny Katar i kroki milowe

Katar powital nas, hmmm, mrozem. Ok, moze nie temperaturami ujemnymi, ale 9 stopni w Katarze to zima juz tega. Takiej nie bylo juz od dawna! Zatem zimno jak nie wiem. Wchodzimy do domu, mroz! Wieczorami to siedzimy w grubych swetrach, a ja to sie dodatkowo owijam grubym kocem, bo ja lubie cieplutko. Albo wodke pijemy, bo rozgrzewajace wlasciwosci tego napitku sa szeroko znane.

Zatem zimno. Poza tym (pewnie w zwiazku z trzygodzinna roznica czasu pomiedzy Katarem a Ladkiem Zdroj, zwanym tez w niektorych kregach Londynem) dziecku naszemu mlodszemu totalnie sie pokolowalo w glowce, i dziecko nasze spi rano do 10. Ha, powiecie, to super, bo sie mozecie w koncu wyspac!! Akurat! Tez tak myslalam. Dopoki sie nie okazalo, ze dziecko nasze o 20 nie jest w najmniejszym stopniu spiace. O 21 tez nie. Ani o 22. Dopiero o 23, gdy my juz padalismy na twarz, a Ola dopiero zaczynala leciutko ziewac, udalo sie nam ja zmusic do zasniecia!

Wczoraj Ola usiadla sama po raz pierwszy. Ot, tak, znienacka (z nienacka?), jak gdyby nigdy nic, usiadla sobie. Matt ja zostawil na podlodze (pozycja na wznak). Ja pisze cos w komputerze. Za chwile patrze, a Ola siedzi sobie, zadowolona! Z lezenia na plecach odwrocila sie na brzuch, potem na czworaka, i potem tylek majtnela na jedna strone, i juz, siedzi sobie!

Pozniej, opierajac sie na nodze Matt'a cwiczyla siad, powstan, siad, powstan. Alez byla z siebie zadowolona gdy jej sie udalo usiasc! A gdy jej sie znudzilo, sprawdzala, ile wlosow uda jej sie wyrwac z uda  taty, zanim ten sie zbuntuje.