Grzecherezada

"Marze o chwili, kiedy ci pierdoleni Arabowie wyrzna sie wrescie i przestana zawracac swiatu dupe".

 

To cytat z  Grzecherezady Kariny Obary. Ale nie jest to ksiazka rasistowska. Jest to malutka powiastka o romansie Polki z Irakijczykiem, romans odbywa sie akurat wtedy, gdy wybucha wojna w Iraku.

Nie jest to typowe romansidlo, chociaz trudno byloby zaliczyc Grzecherezade do ksiazek najwyzszego lotu.  Czyta sie ja calkiem przyjemnie, ja akurat zwracalam uwage na roznice kulturowe Polki i Araba; na to, jak roznie oni postrzegaja zwiazki miedzyludzkie, to, co jest ok a co nie jest w porzadku, to, jak sie powinna/ nie powinna zachowywac kobieta…

Ciekawa lektura, ale nie wybitne dzielo. 

Sobowtor gwiazdy?

Nie pamietam, ale chyba nie umieszczalam swojego zdjecia na Mazusach. Zatem jesli ktos chce wiedziec, jak wygladam, niech sobie popatrzy na gwiazdy. 

Osobiscie tak srednio sie z tym zgadzam, ale gdzie ja tam sie mam rownac do komputera…. bo dziala to w ten sposob, iz laduje sie swoje zdjecie, program analizuje twarze, i wybiera gwiazdy, ktore najbardziej sa do nas podobne.

Mysle, ze na moje podobizny nie bez wplywu bylo to, ze na zdjeciu mialam usta pomalowane czerwona pomadka…. gdy zarzucilam inne zdjecie, bez pomadki, wygladalam jak….. Owen Wilson!  No coz. Wole myslec, ze jestem podobna do Ashley Judd! Lauren Graham pojawila mi sie w dwoch zdjeciach, zatem moze cos w tym jest???

 


I don't think I put my photo on Mazusy, so if someone wants to know how I look, should look at the celebrities.

 

I don't really agree with this, but how can I not agree with a computer…. because it works like this: you upload your photo, the software analyses the faces, and chooses the celebrities that you look like most.

I think the fact that I had red lips on the submitted photo didn't remain without any influence…. when I put a photo without lipstick, I looked like….. Owen Wilson!! Well… I think I prefer to look like Ashley Judd! Lauren Graham appeared twice (when I submitted different photos), so maybe there is some logic in it?

Sprzedalam

Kolejne swoje zdjecie, ale co wiecej! Znalazlam strone, na ktorej jest opublikowane! Nie wiem, czy to legalne, czy nie, ale link do tej strony z moim zdjeciem jest tutaj .


I sold another of my photos. What's more, I found the webpage on which it was published! I'm not sure if it's legal, hope it is, but here's the link to the page with my photo.

 

Popsulo sie

Popsul sie laptop, a teraz namietnie pracujemy nad tym, aby podlaczyc internet.

Oczywiscie, jak to w Katarze, wszystko jest "za dziesiec dni, in shallah" (czyli jak Allah pozwoli). Zatem bujamy sie z tym internetem, i wciaz go nie mamy.

Stad ta zwloka w Mazusach. Ale miejmy nadzieje, ze juz w przyszlym tygodniu internet bedzie. In shallah.

Wandale

A w Katarze upaly juz na calego. Temperatura przewaznie 40-43 stopnie w ciagu dnia.

W naszym ogrodku rosly sobie drzewa. Cztery. Zasadzilam je tuz po przyjezdzie, i tak sobie rosly. To byla jedyna rzecz, ktora dawala jakikolwiek cien w ogrodku, ktory inaczej bylby jak pustynia.

I wandale (czyli wlasciciel osiedla, ktory wydal decyzje, i ogrodnicy, ktorzy rozkaz wykonali) powycinali wszystkie drzewa na calym osiedlu. Bo podobno korzenie tych drzew za bardzo sie rozrastaja.

I teraz jest pustynia w ogrodku.

Oni tutaj nie potrafia zupelnie niczego uszanowac (oprocz swojego Allaha, oczywiscie). Niszcza budowle (bo sa stare, maja 5 lat, na przyklad; wybuduja nowe, o rownie beznadziejnej jakosci, ktore za piec lat znow trzeba bedzie burzyc), niszcza rzeczy charakterystyczne dla kraju, bo im sie znudzily (jak slynne Parachute roundabout, czyli rondo spanochronowe), wyrywaja drzewa i palmy – tyle razy widzialam dziesiatki wielkich, pieknych palm powyrywanych z korzeniami. Dlaczego? Nie mam pojecia.

Troche jestem rozzalona. 

Singapur

Singapur zaczal sie od kilku momentow grozy. Z Tioman lodka poplynelismy do Mersing, a z Mersing mielismy pojechac autobusem do Singapuru.

Najpierw okazalo sie, ze nie ma juz dzisiaj autobusow do Singapuru. To znaczy sa, ale wszystkie bilety sa juz sprzedane. Co robic?

Wyjscia nie bylo, musielismy pojechac do Johor Bahru (miasto w Malezji, przy granicy z Singapurem), i dopiero tam zlapac autobus do Singapuru.

Ok, udalo sie.

W Singapurze nie mielismy zarezerwowanego hotelu, bo myslalam, ze tam tyle hoteli, wiec na pewno cos znajdziemy na miejscu.

Hotel, ktory wybralismy, byl w pelni zajety. Pani byla na tyle uprzejma, ze zadzwonila do innego hotelu, pytajac, czy maja miejsca. Nie mieli. W trzecim, czwartym, piatym i siodmym tez nie mieli. W osmym mieli miejsca za 600 dolarow (okolo 1300 zlotych) za noc.

Troche za drogo, ha ha ha.

W koncu znalazla nam hotel. Cudem. Pseudo angielski domek w stylu Tudorow, gdzie garbata staruszka pokazala nam pokoj, a pozniej cycata Chinka zainkasowala ze stoicka mina 400 zlotych za noc.

Singapur jest niezwykle drogi, wszystko tutaj jest drogie, poczawszy od hoteli, a na jedzeniu skonczywszy.

Jest tutaj bardzo parno, i goraco. Ubrania lepia sie do ciala.  W sklepach za to, ktorych tutaj jest cale multum, mroz.

Singapur to przede wszystkim sklepy, sklepy, sklepy, i jeszcze raz sklepy. Wszyscy znani i mniej znani projektanci. Co krok to sklep. Zwlaszcza na slynnej Orchard Road.

Nic dziwnego wiec, ze dziewczyny w Singapurze wygladaja pieknie. Nie sa ladne, ale ubrane sa wystrzalowo. Znajoma (Singapurzanka? Singapurka?) powiedziala mi, ze dziewczyny w S. wydaja wszystkie  pieniadze na to, aby ladnie wygladac. Czasami wrecz sie zapozyczaja. Szalenstwo…

W Singapurze, oprocz zakupow, wybralismy sie do Zoo (bardzo ladne, zwierzeta nie sa zamkniete w klatkach, tylko chodza sobie prawie ze na wolnosci. Udalo mi sie zobaczyc, jak dwa biale tygrysy uprawiaja seks), oraz na nocne safari (nocne safari zaczyna sie po zmierzchu, i podczas niego mozna ogladac zwierzeta 'w swietle ksiezyca'. Bylo tez przedstawienie – karmili hieny i inne nocne zwierzaki).

Zwiedzilismy rowniez Chinatown (Chinatown wszedzie jest podobne. Mnostwo Chinczykow, chinskich sklepow, chinskich latarni, zarcia, sklepow z chinskimi lekarstwami), gdzie jedlismy platki wieprzowiny smazone czy grillowane bezposrednio na ulicy (nie na asfalcie, oczywiscie, ale w budce stojacej na ulicy :)).

Obejrzelismy sobie rowniez jeden z nadrozszych hoteli na swiecie, Raffles. Calkiem ladny, ale czy warty tych pieniedzy? Nie wiem….

To nie sa oczywiscie jedyne singapurskie atrakcje. Jest ich nieco wiecej, ale mielismy jedynie dwa dni, wiec musielismy wybierac. 

W Singapurze wydalismy  cala mase pieniedzy. Ironicznie, gdy poszlismy obejrzec Fontanne Bogactwa w centrum handlowym Suncity (the Fountain of Welth), fontanna byla nieczynna – w remoncie.

Nasze bogactwo, po wakacjach w Singapurze i Malezji, tez wymaga gruntownego remontu.

Teraz juz tylko dlugi, siedmiogodzinny lot do domu, i proba przestawienia sie na czas katarski. Z pieciogodzinna roznica czasu przez dwa tygodnie wstawalismy o 4 rano, rzescy jak skowronki, a spac chodzilismy o 20. (przynajmniej dzien nam sie wydluzyl, jak sie wstanie o 4 to nagle tyle godzin sie ma w zanadrzu…)

 

Nurkowanie, kokosy, i nietoperze

Na wyspie Tioman robilismy wiele rzeczy: nurkowanie, pilismy sok z kokosow, zwiedzilismy wioske, gdzie nietoperze wisza sobie na drzewie przy glownej ulicy….

[more]

 

 

Zrobilismy kurs nurkowania.. Bylo cudownie! Zupelnie inny swiat. Najpierw pokazali nam wideo z instrukcjami, co sie robi, jak sie robi, jezyk migowy pod woda… Pozniej byla rozmowa z instruktorem, ktory przypomnial nam najwazniejsze rzeczy – jak sygnalizowac, ze nie mamy powietrza, ze koniecznie trzeba wyrownywac cisnienie… Pozniej uczyli nas na plytkiej wodzie. Kazali nam ukleknac (w pelnym rynsztunku) i robic rozne cwiczenia, ktore kazdy nurek musi umiec.

Radzilam sobie najlepiej z calej naszej trojki (ja, Matt, i jeszcze jeden chlopak). Do czasu, gdy musialam napuscic wody do maski, a pozniej ta wode wydmuchnac (jedno z cwiczen; zawsze sie moze zdarzyc, ze maska spadnie; nalezy wtedy zalozyc ja ponownie, i pozbyc sie z niej wody). Spanikowalam. Nigdy nie umialam otwierac oczu pod woda, i gdy poczulam, ze woda oplywa moja twarz, najnormalniej w swiecie spanikowalam, i GLUPIA zaczelam oddychac nosem!!!! Pod woda. Pomimo, ze mialam ustnik od butli z tlenem w buzi!

Wyskoczylam na powierzchnie. Za mna instruktor. Powiedzial mi, ze musze sie uspokoic, bla bla bla.

Sprobowalam jeszcze raz. Znow bym sie wynurzyla, ale mnie przytrzymal. Jakos udalo mi sie uspokoic, i hej, SUKCES!

Po udanym kursie przy brzegu wyplynelismy na gleboka wode – do wyspy koralowej (jest na zdjeciu w poprzednim wpisie). Hop, z lodki do wody. Zeszlismy na dno, i oczom naszym pokazal sie zupelnie inny swiat!

Ogladaliscie Gdzie jest Nemo? No to tak wlasnie tam wygladalo. Dokladnie i zupelnie tak. Widzielismy pomaranczowe blazenki, z domkami w rafach koralowych; widzielismy olbrzymie zolwie, mame i dziecko, ktore ciekawie sie nam przygladaly; widzielismy rekiny – plynely sobie leb w leb, tuz obok nas, zupelnie nas ignorujac; widzielismy cala mase innych ryb, malych i duzych, kolorowych i burych;

a wszystko to obok nas, na wyciagniecie reki…. O MOJ BOZE! W pewnym momencie cala lawica roznych ryb podplynela do mnie, i ciekawie mi sie przygladala; az nasz instruktor patrzyl z niedowierzaniem; chlopakowi, ktory nurkowal z nami ciekawska rybka chciala dostac sie pod spodenki 🙂

A jedna ryba plynela z nami dobre 10 minut! Gdzie my, tam i ona, dokladnie pomiedzy mna a Matt'em!

Niestety, z braku aparatu odpornego na wode, zdjec nie ma. 😦

 

Pilismy sok ze swiezego kokosa. Ola nauczyla sie pic przez slomke 🙂

 

 

Zwiedzilismy wioske Tekek. Oto widoki z wioski. Dom na palach, stojacy sobie w wodzie….

 

 

Kolejne typowe domostwo; w srodku bardzo ubogo, na zewnatrz zreszta tez. Malajowie to biedni ludzie. Przed domem buty – buty trzeba zawsze zdjac, zanim wejdzie sie do domu. To oznaka szacunku dla gospodarzy.

Mnostwo motocykli i rowerow. Wszyscy tutaj jezdza motorkami, nawet najmlodsze dzieciaki ze szkoly sa przywozone na motorynkach; siedza sobie za mama lub tata. Albo jezdza rowerami, jak ten chlopiec na zdjeciu.

Kilka drzew, przy glownej drodze, usiane bylo nietoperzami! Az czarno od tych stworzen.

A tutaj restauracja, gdzie mozna zjesc napredce lunch czy obiad. Albo mozna napic sie soku z owocow.

Tioman – raj na ziemi

Po dzungli byla wyspa Tioman. Tioman jest jedna z 10 najpiekniejszych wysp na swiecie (Times). Pojechalismy, i sie zakochalismy. Kazdy, absolutnie kazdy powinien chociaz raz w zyciu tam pojechac. Dlaczego? Zobaczcie sami na zdjeciach.

[more]

Z KL wybralismy sie autobusem do miasteczka Mersing. Podroz byla dluga – od 23 do 5 rano. Wyladowalismy w tym Mersing o 5 rano, a najblizsza lodz na wyspe Tioman odplywala o 9 rano.

Zatem kilka godzin czekania w zajszczanej poczekalni. Ale za to nad brzegiem morza.

Lodz plynela poltorej godziny. Morze bylo cudownie lazurowo-niebiesko-morskie.

Doplynelismy do wioski Tekek. Tekek to glowna wioska na wyspie Tioman. Na wyspie nie ma drog, ani niczego takiego. Jest tylko jedna glowna droga, ktora laczy Tekek z jakas inna wioska (nie pamietam nazwy), i to by bylo na tyle.

Czekal na nas autobus, ktory zawiozl nas do naszeog osrodka. Po drodze widzialam cala mase sklepow bezclowych (bo Tioman to strefa bezclowa, stad latwo dostac sie do Singapuru). Ale co to byly za sklepy! Przed jednym na przyklad siedziala baba, robila na drutach, i sprzedawala przekaski.

Nasz osrodek, Bejraya, to jedyny miedzynarodowy hotel na calej wyspie. Goscie mieszkaja w domkach. Nasz domek byl z widokiem na morze, tuz przy samej plazy.

Caly osrodek przecudownie zatopiony w zieleni. W osrodku wiele atrakcji, min. SPA, jazda na osiolku, swietne pole golfowe, trzy baseny i kilka restauracji.

W SPA mozna sie poddac np. ayuwerdic massage (ajuwerdura???). Co tez uczynilam.

Wiele pisala nie bede, bo zdjecia najlepiej oddadza urok wyspy Tioman. ale wiem na pewno, ze bardzo chcialabym tam wrocic.

Ktoz nie chcialby wrocic do raju? 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W tle Wyspa Koralowa. Tam plynie sie nurkowac.

 

 

Na gorze jest jeden z barow, gdzie mozna saczyc drinka wsluchujac sie w szum morza, i podziwiajac cudowne wschody i zachody slonca.
 
 
 
 
 

 

Noca w dzungli

Noca w dzungli jest przerazajaco. Mozna zobaczyc mnostwo insektow, pajakow, i jadowitych stworzen, ktore sobie spia.

[more]

Niestety, nam sie nie udalo ich zobaczyc. Z dwoch powodow. 1. Padalo, i spacer noca po dzungli zostal odwolany; 2. Zuzia byla absolutnie przerazona zyjatkami dzungli w dzien, zatem noc nie wchodzila w rachube; 3, i przede wszystkim: balam sie o Ole, ze ja cos uzre, cos sie przyczepi…

No i nie poszlismy na spacer noca. Ale za to drugiego dnia poszlismy na tzw. canopy walkway, czyli spacer ponad dzungla, sznurkowym mostem, na wysokosci  40 metrow. Bardzo, bardzo mi sie podobalo. Matt'owi nieco mniej, gdyz mial na plecach Ole, a Matt z reguly boi sie wysokosci, wiec z Ola na plecach bal sie nawet bardziej. 🙂

 

Po spacerze mostem nasz przewodnik zabral nas na spacer po dzungli. Jak to okreslil, wezmie nas na latwa trase, bo mamy dzieci.

Trasa "latwa" okazala sie morderczym, prawie godzinnym spacerem pod stroma gore, po wystepach, korzeniach, sliskim blocie….

Biedny Matt, niosl na plecach Ole, zasapal sie, zapocil…

Nogi mu sie po tym 'latwym' spacerze trzesly caly dzien, ha ha ha. Az strach pomyslec, jaki byl 'trudny' szlak.

Zuzia dzielny piechur,  doszla sama do konca. Nawet ja bylam zmeczona, a Zuzia dzielnie, z malym tylko narzekaniem, i doszla….

A tak wygladal Matt po przebyciu LATWEGO SZLAKU: 

 

 

 

 

 

Kolejnym naszym doswiadczeniem byla wyprawa do Lata Berkoh – najpierw lodzia po rzece, a pozniej krotki spacer, i juz przed naszymi oczami rozciagaly sie takie cudne widoki jak ten:

 

 

Podczas tej wyprawy kazdy z nas zaliczyl pijawke. Najpierw Matt. Nawet nie poczul, ze ja mial, dopiero zobaczyl, ze mu noga krwawi. Pozniej ja. Poczulam male swedzenie, ale myslalam, ze to komar. Gdy sprawdzilam po kilku minutach, zobaczylam pijawke. Pijawek nie nalezy odrywac, gdyz wstrzykuja one pewne substancje, ktore zapobiegaja krzepnieciu krwi. Zatem jesli oderwiemy pijawke, bedziemy krwawic przez pol godziny, lub dluzej. Najlepiej dac sie jej najesc, po 40 minutach sama odpadnie.

Ale moja pijawka dopiero sie doczepila, zatem przewodnik ja oderwal (nie zdazyla sie nawstrzykiwac jeszcze). I rzeczywiscie, nie krwawilam. Ale Zuzia zaczela plakac bardzo. Powiedziala, ze sie boi pijawek, i ze nigdzie juz nie pojdzie. Wytlumaczylam jej, ze tylko dwie pijawki byly na calym swiecie, tata mial jedna, mama druga, i wiecej juz nie ma pijawek.

W tej chwili Zuzia, pokazujac paluszkiem na naszego przewodnika, cichutko wyszeptala: mama, ten pan ma pijawke na stopie.

O kurcze! Rzeczywiscie mial. Ale trzezwo i rezolutnie powiedzialam: ach, to nie pijawka, to komar, prawda? Przewodnik zalapal i potwierdzil.

Jakby tego bylo malo, w lodzi okazalo sie, ze i Zuzia ma pijawke na nozce! Ups. Przewodnik pijawke oderwal, a Zuzia w placz! I wyje, i wyje, i placze: A mowilas, ze tylko dwie pijawki byly!!!!!!!!!!!

Udalo mi sie wybrnac, bo powiedzialam, ze pewnie te dwie pijawki to byla mama i tata, i oni mieli dzidziusia, o ktorym ja nie mialam pojecia, i ten dzidzius sie do Zuzi przyczepil, ale teraz to juz na pewno nie ma zadnych innych pijawek…

Zuzia do dzisiaj nie lubi dzungli 🙂

Ponizej kilka zdjec innych zyjatek z dzungli: stonoga,

 

 

tzw. army ants, ktore wszystko robia razem. Zobaczcie, jaki piekny szereg utworzyly tutaj:

gigantyczne mrowy. Ta akurat jest zdechla, ale niosa ja mrowki normalnego rozmiaru. Zobaczcie, jaka olbrzymia jest ta zdechla (porownajcie z zywymi normalnymi mrowkami):

 

 

I jeszcze na zakonczenie dwa zdjecia z dzungli: wioska Kuala Tahan (to chyba byl sklep z pamiatkami):

Oraz nasz domek na zewnatrz. Ciekawy o tyle, ze jest to typowy dom malajski. Budowany na palach, drewniany, i oczywiscie w otoczeniu zieleni.

 

 

 

I to by bylo na tyle z dzungli. Jeszcze tylko podroz powrotna lodzia (3 godziny), potem autokar do Kuala Lumpur, i zegnaj, przygodo, witaj, wyspo Tioman!

Do dzungli z niemowlakiem???

A i owszem, dlaczego nie. Ola zniosla dzungle chyba najlepiej z nas wszystkich. Za to Zuzia poczatkowo byla bardzo podekscytowana, ze zobaczy najprawdziwsza dzungle. Do czasu. Gdy juz zobaczyla, to sie przerazila. Pod koniec naszej wyprawy bala sie juz wszystkiego – mrowek, much, a nawet powietrza i swiatla….
Ale zacznijmy od poczatku.

[more]

Podroz z Kuala Lumpur do Taman Negara (czyli parku narodowego, czyli dzungli w Malezji) zajela nam kilka godzin. Wygodnym autobusem, trzeba przyznac.

Dojechalismy do 'przedsionka dzungli', czyli takiego miejsca, gdzie kazdy musi sie zarejestrowac zanim zapusci sie w glab lasu. Musielismy tam poczekac (2 godziny) na lodz, ktora miala nas zawiezc wewnatrz dzungli, do wioski Kuala Tahan, gdzie znajduja sie domki. Czekanie umilali nam trzej panowie, ktorzy pracowali w 'poczekalni' – w wolnych chwilach wyciagali gitary, i brzdakali sobie, podspiewujac przy tym.

Same lodzie byly cudne. Zbite z kilku desek, z doczepionym daszkiem. Matt (inzynier, bylo nie bylo) do dzis sie nie moze nadziwic, jakim cudem te lodzie utrzymywaly sie na powierzchni!

Podroz lodzia z 'poczekalni' do Kuala Tahan zajela nam 3 godziny. Ale co to byla za podroz! Zamknijcie oczy, i wyobrazcie sobie, poczujcie wszystkimi zmyslami: cudne widoki, zielono, gaszcz, las, liany, upal, zapach dzungli (dzungla pachnie roznie; czasami jak jasmin, czasami jak zbutwiale liscie, czasami jak slonce, a czasami jak ogorki kiszone. Naprawde!). Do tego wszystkiego zwierzeta (nie jestem pewna, co to bylo, ale jakies gazele czy inne lanie, i chyba bawoly jakies?), ktore przyszly do wodopoju. Niektore zwierzeta koily pragnienie, inne, niewzruszone dzikim wyciem silnika lodzi, leniwie chlodzily sie w burych odmetach wody, a jeszcze inne przechodzily sobie srodkiem rzeki z jednego brzegu na drugi. Byly tez malpy, wesolo brykajace na brzegu.

Widzielismy rowniez ciemnoskora matke, ukryta w cieniu drzew. Stala na brzegu, na plecach w chuscie jedno dziecko, w ramionach drugie, dwojka maluchow uczepiona spodnicy matki, i kilka dzieciakow stojacych w wodzie i ze zdumieniem obserwujacych nasza lodz. Byla to rodzina z lokalnego plemienia. Mieszkaja w dzungli.

Szczescie nam sprzyjalo. Gdy dojechalismy do wioski Kuala Tahan, zdazylismy zacumowac w 'plywajacej restauracji' (tutaj mielismy przesiasc sie do innej lodzi, ktora miala nas zawiezc do naszego osrodka. Nasz osrodek byl jeszcze glebiej w dzungli), i w tej chwili wybuchla porzadna burza. W jednej chwili zrobilo sie ciemno, szaro, i lunelo! Grzmialo, blyskalo sie, i lalo jak z cebra. Naprawde, takiej ulewy nigdy nie widzialam. Przez deszcz nic nie bylo widac na kilka metrow.

Wlascicielka restauracji, Aborygenka, wyciagnela kawalek drewna, zaplila je, i zaczela kadzic dymem na wszystkie strony swiata.

Powiedziala, ze Aborygeni pala to drewno gdy chca przepedzic deszcz. Malo byla skuteczna, bo wciaz padalo.

Gdy dojechalismy do naszego osrodka, poszlismy od razu do domku. Chociaz wzielismy sobie najlepszy dostepny domek, luksusow, oczywiscie, nie bylo. Ale hej, nie przyjechalismy do piecio gwiazdkowego hotelu w wielkim miescie, tylko do dzungli, nie? Zatem spalismy w domku z karaluchami, mrowkami, jaszczurkami, i oczywiscie wszechobecnymi komarami, od ktorych bylo az ciemno pod sufitem.

 

 

 

 

 

Mattowi zajelo dobre pol godziny rozszyfrowanie, jak dziala prysznic (udalo sie w koncu, po tym, jak moj maz zostal caly zmoczony, calkiem przypadkiem).

 

Gdy sie nieco rozpakowalismy, poszlismy na kolacje. I O MOJ BOZE! Widok z tarasu jadalnego wynagrodzil wszystkie insekty w domku, wszystkie ugryzienia, wszystkie niewygody i wilgotnosc powietrza.

Widok byl po prostu PRZECUDOWNY!

Przed nami sciana zieleni, a na dole plynela sobie rzeka, wartka po deszczu, leniwa gdy nie padalo….

A nad drzewami unosily sie geste opary bialej mgly…..

Bylam totalnie zauroczona. Totalnie. Zreszta, zobaczcie sami.

 

 

 

 

 

 

 

CDN.