Zakupy w Tokyo

07.04.2009, wtorek.

Dzisiaj byly zakupy! W najwiekszym na swiecie centrum handlowym, Tobu. Centrum ma 15 pieter, ale jest beznadziejne! Nie ma ladnych ciuchow i wybor jest kiepski. Japonki lubia stonowane kolory, koronki i falbanki. Ich figury sa chlopiece, wiec ciuchy maja za zadanie powiekszanie tylka (falbanki od pasa w dol, kieszenie na tylku itd). Moja kobieca figura wyglada w tym beznadziejnie. Tutaj nawet manekiny sa „drobniutkie” i maja male biodra i plaskie piersi. Poza tym ciuchy sa generalnie w jednym rozmiarze – Japonki nie lubia dopasowanych ubran. Wiec nie kupilam nic.

Pozniej kabukicho – rejon „czerwonych swiatel”. Niestety, bylismy w ciagu dnia, wiec nie widzielismy zadnych prostytutek ani nic w tym stylu. Ale widzielismy dziwne miejsce, gdzie dziesiatki ludzi – w kazdym wieku, od nastolatkow po wiekowych staruszkow – siedzi w zadymionym, halasliwym pomieszczeniu, kazdy przy swoim automacie, i gra w gre, ktora polega na zbieraniu kulek do podstawionej tacki. Bardzo dziwaczne.

Wstapilismy tez do sklepu gdzie wszystko jest za 1 dolara.

Jedna z atrakcji w przewodniku Lonely Planet byl budynek Sony. Ale nie bylo tam wielu ciekawych rzeczy – jedynie sklep z artykulami Sony. Chociaz musze przyznac, ze zauroczylo mnie radio na korbke (tak tak, nie przesadzam) i glosnik na mp3 ktory lazi sobie po podlodze. I aparat, ktory wychwytuje twarze i automatycznie robi zdjecie gdy ktos sie usmiechnie. Testowalam przez 20 minut, za kazdym razem robilo zdjecie bez pudla.

Na zakonczenie moze dwa slowa o toaletach. Maja podgrzewane siedzenie, a z boku panel, ktorym mozna uruchomic mycie przodu albo mycie tylu. Poczatkowo jest to bardzo dziwne wrazenie, ale gdy juz sie z tym oswoimy to nawet calkiem przyjemne. W ogole toalety maja tutaj udziwnione do granic mozliwosci. W wiekszosci na scianie jest przyklojona instrukcja obslugi!!! W jednej zamiast kranu nad zlewem byl panel, z lewej mydlo, posrodku woda, a z prawej suszarka.

A w jednej restauracji mieli kosz na smieci na podczerwien – przystawia sie dlon, i kosz otwiera sie automatycznie. Niezle, huh?

Sake i ichiban

06.04.2009, poniedzialek.

Z rana, czyli okolo 12 (tak niestety sie wybieramy. Pewnie czesciowo z powodu roznicy czasu – 6 godzin – a czesciowo z lenistwa spimy do 9, potem fizjoterapia Oli, i zanim wyjdziemy z hotelu jest juz poludnie) wybralismy sie do parku Ueno ogladac sakura, czyli kwitnace wisnie. Wisnie kwitna od konca marca do polowy kwietnia mniej wiecej. W parku Ueno jest okolo 600 drzew wisniowych.

Podczas sakura Japonczycy urzadzaja sobie pikniki pod drzewami – rozkladaja ogromne koce, przynosza kuchenki gazowe, gotuja, jedza, pija, i generalnie swietnie spedzaja czas. W parku bylo mnostwo klownow i akrobatow, hotdogow, bananow w czekoladzie, nalesnikow z owocami i bita smietana, cala masa innego pozywienia i cala masa halasu. Ludzie z aparatami fotografuja kwiaty wisni pod kazdym mozliwym katem.

W parku znajduje sie mala swiatynia, do ktorej weszlismy. Przed wejsciem do swiatyni nalezy umyc rece i wyplukac usta – sluza do tego specjalne niecki z woda i czerpadla z drewna (zamieszcze zdjecie).

Dookola parku jest jezioro, po ktorym plywaja kaczki i lotosy. Park jest rowniez domem wielu bezdomnych Japonczykow (glownie mezczyzn, ktorzy stracili wszystko podczas wielkiego kryzysu).

Pozniej spacerkiem doszlismy do Ameyoko Arcade – lokalnego bazaru. Bardzo mi sie tam podobalo – sprzedawali mnostwo owocow morza – swieze ryby wszelakiej masci i rozmiarow, kraby, langusty, osmiornice (osobno glowy i osobno nogi!), suszone rybki i mnostwo rzeczy, ktorych nie potrafilam rozpoznac. Japonczycy w ogole przepadaja za rybami – np. w supermarkecie jest kilka alejek z rybami, a nie znalazlam ani jednej polki z wedlinami!

Oprocz ryb i innego jedzenia na rynku mozna znalezc chyba wszystko – ubrania (w tym kimona; widzialam np. pas obi za 720 dolarow! Kimono moze kosztowac od 20 do 1000 dolarow, w zaleznosci od materialu czy zdobien), buty, mydlo i powidlo.

Pozniej jedziemy do rejonu zwanego Asakusa, gdzie jest bardzo slynna swiatynia zwana Senso-ji. Swiatynia jest piekna, w alejce prowadzacej do wejscia mozna kupic mase pamiatek przeznaczonych dla turystow ;).

Za 1 dolara mozna kupic sobie wrozbe. Potrzasa sie puszka z paleczkami, po czym wyciaga sie jedna paleczke. Na paleczce jest znak japonski (to chyba liczba). Pozniej na jednej z wielu szufladek odnajduje sie dany znak, i wyciaga sie swoja wrozbe. Jesli wrozba jest zla, nalezy karteczke zlozyc i zawiazac na takich nitkach rozciagnietych specjalnie w tym celu.

Moja wrozba byla dobra. Matt’a byla zla. 😛

Nastepnie rejon zwany Shibuja. Ulubiony rejon Japonskich nastolatkow z tlenionymi wlosami i trendowymi ubraniami. Jest tutaj tez najbardziej tloczne przejscie dla pieszych – sklada sie z 6 zebr – nie tylko na wprost, ale rowniez na ukos (zdjecie bedzie). Miejsce pelne atmosfery i roznych restauracji.

Nam udalo sie znalezc swietne miejsce, zupelnie przypadkiem. Miejsce, w ktorym aby usiasc przy stole nalezy zdjac buty. Miejsce, gdzie kelner mowi nam przed wejsciem: 3 godziny. 3 godziny! Nie wiedzielismy, o co mu chodzi, dopiero pozniej sie okazalo, ze jesli jedza 3 osoby, to moga zostac maksymalnie 3 godziny 🙂

Podeszlismy do stolu (stoly oddzielone sa od siebie zaslonkami), zdjelismy buty, i przywdzialismy kapcie, ktore staly przed stolem. Kelner kazal nam je zdjac (okazalo sie, ze kapcie sa jesli chce sie isc do toalety, a nie do siedzenia przy stole 😉 ).

Kazdy stol jest zaopatrzony w przycisk, ktory wola kelnera, jesli czegos potrzebujemy. Zamowilismy sake i kimuchi (przekaska, ktora sie je z sake; podaja to rowniez do sushi – sa to liscie kapusty przyprawiane czyms czerwonym na ostro). Sake jest jak slaba wodka, albo moze bimber. Srednio mi smakowala, szczerze mowiac, ale sprobuje innej ponownie, a jakze!

Najpopularniejszym piwem wsrod Japonczykow jest ichiban shibori, ktore rozni sie tym od „normalnego” piwa ze pochodzi z pierwszego tloczenia (tak nam wyjasnila para Japonczykow, ktora miala stolik tuz obok nas, i z ktorymi wdalismy sie w dluga, bardzo pouczajaca dyskusje).

Ale nie tylko pilismy. Jedlismy tez, a jakze! Ziemniaki gotowane z miesem (nieco slodkawe, bardzo smaczne), ryba pieczona w soli (chyba najlepsza ryba, jaka jadlam w zyciu), ryz zapiekany z pasta miso…. Oczywiscie wszystko jedzone paleczkmi. Nawet Ola probowala uzywac paleczek, i musze przyznac, ze szlo jej calkiem niezle!

Tokio, dzien pierwszy

05.04.2009

Dzisiaj rano odebralismy nasze JR pass (taki bilet tygodniowy na pociagi w Japonii). Oszczedza bardzo, bardzo duzo pieniedzy, pomimo, ze kosztowaly nas okolo 2500 zlotych) – oczywiscie zajelo to troche czasu, tysiac pieczatek, wszystko musialo byc akurat.

Wsiedlismy w pociag do Tokio. Zaskoczylo mnie to, ze kazdy pracownik kolei, wchodzac do przedzialu, klanial sie w pas. Takim tradycyjnym japonskim pozdrowieniem. I konduktor, i pani sprzedajaca kanapki. Jak wchodzili i jak wychodzili.

Dojechalismy do Tokio po trzech godzinach, i od razu rzucily mi sie w oczy roznice jesli chodzi o mode. Japonki w Osace ubieraja sie totalnie okropnie. Wyglada to tak, jakby zarzucily na siebie pierwsze lepsze rzeczy, ktore akurat wpadly im w rece danego dnia. Na cebulke, im wiecej tym lepiej. Kolory zupelnie do siebie nie pasujace. A buty? O matko! Czarne rajtuzy i biale buty. Czarne rajtuzy i buty z rozowej koronki. Za duze o jeden numer minimum. Tragedia!

Japonki w Tokio ubieraja sie bardziej ze smakiem. Elegancko. W stonowane kolory, glownie beze, uwielbiaja koronki i falbanki. Maja ladne buty.

Bez problemu dotarlismy do hotelu, i postanowilismy wybrac sie na spacer. Po drodze zobaczylismy ladny budynek.

Zainteresowalismy sie, co to takiego. Okazalo sie, ze jest to budynek tradycyjnego japonskiego teatru, Kabuki-za (link do strony teatru: http://www.shochiku.co.jp/play/kabukiza/theater/). I ze za godzine bedziemy mogli wejsc do teatru i obejrzec jeden akt ze sztuki. Oczywiscie poczekalismy i sztuke obejrzelismy. Kabuki znaczy „piesn, taniec, technika”.

Wypozyczylismy magnetofonik, ktory opowiadal nam, o czym byla sztuka – i cale szczescie, bo inaczej nie mialabym pojecia! Aktorzy, ubrani w tradycyjne kimona, z twarzami pomalowanymi na bialo i fryzurami „na japonczyka” (wiecie, o co chodzi, prawda? Nie mozna bylo robic zdjec, wiec nie mam zadnych) zawodzili po japonsku i mowili w zabawny sposob (zabawnym tonem).

Doswiadczenie ciekawe, zupelnie inne od naszego teatru. Zdziwilo mnie, ze publicznosc smiala sie w momentach, w ktorych ja nie widzialam absolutnie nic smiesznego. Widocznie smieszy ich zupelnie cos innego niz nas. A byc moze to byla gra slow, ktora nie byla przetlumaczona przez angielskiego komentatora… Zuzia usnela (chora jest, ma usprawiedliwienie), Ola usnela (mala jest, ma usprawiedliwienie), Matthew prawie usnal (??? Jestem pewna, ze rowniez ma wytlumaczenie 😉 ).

No i widzielismy Japonki, ubrane w tradycyjne kimona, ktore przyszly podziwiac sztuke. Podejrzewam, iz jest to ich stroj „wyjsciowy”. I podejrzewam rowniez, ze mlode pokolenie juz nie nosi kimona, bo jak do tej pory widzialam tylko starsze Japonki w tym tradycyjnym stroju.

Po przedstawieniu poszlismy dalej ulicami Ginza. Ginza jest rajem dla zakupoholikow! Sklepy, sklepy, sklepy. Restauracje, sklepy, sklepy. Szkoda, ze bylo pozno, i ze Zuzia chora (ma goraczke, chyba sie doprawila w Osace gdy padal deszcz). Ale jutro sie wybiore, w koncu musze zobaczyc sklepy w Japonii, prawda?

Pierwsze trzy dni w Japonii

02.04.2009, czwartek

Wyladowalismy w Japonii. Osaka. Na lotnisku – kwarantanna. Jesli pochodzi sie z okreslonych panstw (jedyne, ktore pamietam to Somalia) nalezy sie zglosic do okienka z napisem „Kwarantanna”. Zanim sie przejdzie do odprawy siedza celnicy w maskach i z odkazaczem w spraju.

Odprawa przeszla bezproblemowo. Pobieraja odciski palcow, robia zdjecie twarzy, i juz, mozna sie znalezc na japonskiej ziemi.
Teraz pociag lotnisko-Osaka. Patrzymy na te maszyny do biletow, a tam wszystko po japonsku! I badz tu czlowieku madry! Probujemy tak, i siak, i nijak nam nie idzie zakup tego biletu.

Zapytac Japonczyka – nasuwa sie oczywiste rozwiazanie. Tylko jest maly problem – Japonczycy nie mowia po angielsku. Rozumieja calkiem sporo, ale nie mowia prawie w ogole!!!
W koncu pomogl nam pewien Niemiec studiujacy w Japonii. Okazalo sie, ze jesli wiesz jak, to jest to calkiem proste i wrecz oczywiste!

W pociagu sa ogrzewane siedzenia, co bardzo nam sie podobalo, bo nieco zmarzlismy.

Dojechalismy do Osaki, do naszego hotelu, ktory jest bezposrednio przy stacji. Check in bardzo sprawny – niemalze bez wymiany zadnych slow.

Hotel ma piekne lobby, cena tez jest calkiem „piekna”, ale pokoje sa bardzo skromne. Nieco stare, bardzo male… ale nie narzekam, nie przyjechalam w luksusach sie plawic.
Zjedlismy obiad, i poszlismy spac, wyczerpani podroza.

 

03.04.2009
Dzisiaj sa urodziny Zuzi. Wiec jako prezent zabralismy ja do Univedsal Studios. Wiem, ze nie jezdzi sie do Japonii by ogladac sztuczna Ameryke, ale to sa jej urodziny i chcialam, aby sie dobrze bawila.
Wydalismy kupe kasy, bardzo duzo (hot dog kosztuje 5 dolarow!!), ale Zuzia stwierdzila, ze to byly jej „najlepsze urodziny w calym zyciu”. Nalezy jej sie, zwlaszcza teraz.

Wychodzac z Universal Studios okazalo sie, ze nie mamy juz pieniedzy, nawet na pociag. Bankomat jeden i drugi nie dziala. Co robic??? Zebrac? Lapac autostop? Naprawde mielismy problem. W koncu udalo sie nam znalezc automat, ktory wyplacil nam pieniadze.

Wieczorem bylismy totalnie padnieci, wiec poszlismy zjesc obiad w hotelowej restauracji. O matko i corko, toz to byly ceny! Za butelke wina wielkosci puszki coca-coli zaplacilismy 20 dolarow (ja myslalam, ze to butelka normalnych rozmiarow, a nie jakies takie mini mini!)!

Padlismy. Roznica czasu pomiedzy Katarem a Japonia to 6 godzin, wiec troche nam sie zegar naturalny skopal. Spimy do 11 i budzimy sie zmeczeni ☺

 

04.04.2009.
Urodziny miesiaca.
Dzisiaj mielismy w planach wielkie zwiedzanie Osaki, ale wstalismy o 11.
W hotelu probowalismy sie dowiedziec o bilety na pociag, jakis calodobowy bilet, czy cos w tym rodzaju. Zajelo nam to godzine (pamietajcie, oni nie mowia po angielsku, a w dodatku niewiele wiedza na tematy turystyczne), i w koncu kupilismy 3 calodniowe bilety z ksiazeczka kuponow, uprawniajacych nas do znizek/darmowych wstepow na rozne atrakcje w Osace. Kazdy po 20 dolarow (pisze w dolarach, poniewaz 20.000 jen to okolo 20 dolarow, wiekszosc z Was wie, ile kosztuje dolar, pewnie niewielu wie, ile kosztuje jen. Ale placi sie tutaj jenami).

No to witaj przygodo! Najpierw sie okazalo, ze kupony nie sa wazne na pociagi, tylko na metro. Roznica niby niewielka, ale pociagi dojezdzaja pod same atrakcje, a od metra trzeba zasuwac z kopyta.
Zdecydowalam, ze zwiedzanie Japonii wymaga duzego samozaparcia i entuzjazmu, osoby niezdeterminowane poddadza sie bardzo szybko.

Pojechalismy do zamku Osaka-jo, jednej z glownych atrakcji Osaki. Zamek jak zamek, nic specjalnego, tyle tylko, ze ma bogata historie, o ktorej tutaj nie bede pisala, bo sobie mozna znalezc w internecie. Zdjecie zamieszcze po powrocie do Kataru.
Zamek zostal przeksztalcony na muzeum, i mozna sobie podziwiac panorame Osaki z osmego pietra.

Czy wspomnialam, ze bylo bardzo zimno i lal deszcz? Nie? No wiec tak bylo.  Bylismy przemoczeni do samych majtek, i zmarznieci na kosc (dodam, ze my sie odzwyczailismy od zimnych temperatur 😉 ). Skarpetki mokre, ubrania mokre….

Po zamku pojechalismy do Akwarium, gdzie mozna podziwiac rozne takie morskie stwory. Akwarium jest bardzo interesujace, zwlaszcza dla dziewczynek.

Pozniej w drodze na stacje metra weszlismy do lokalnej restauracji, prowadzonej przez japonskie malzenstwo, nie mowiace ani slowa po angielsku. Jedzenie bylo takie sobie – nie wiem, dlaczego wszyscy tak sie zachwycaja japonska kuchnia – pani byla bardza smetna i humorzasta, nie usmiechnela sie ani razu, no, ale przynajmniej sie ogrzalismy.

Na naszych biletach za 20 dolarow od lebka stracilismy kupe kasy – Zuzia wchodzila wszedzie za darmo, w akwarium oszczedzilismy 1 dolara, i tylko zamek byl wliczony w cene biletu (5 dolarow). No coz, modry Polak po szkodzie.
Jutro jedziemy do Tokyo. Sayonara.

Konichiwa!

Jaki tam zart prima aprilisowy!

Pisze do Was z Osaki. Za nami juz dwa i pol dnia, podczas ktorych wydalismy juz 830 dolarow! (bez hoteli). Japonia rzeczywiscie jest droga jak cholera, i albo sie ograniczymy z wydatkami maksymalnie, albo bedziemy wracac za dwa dni!

Bylismy w Universal Studios (to prezent na urodziny Zuzi, siodme, sto lat, Zuzia!), a dzisiaj w akwarium (piekne) oraz w zamku Osaka-jo. Wiecej napisze juz z Kataru, bo nie mam ladowarki do laptopa, i sie musze ograniczac.

A jutro jedziemy do Tokyo.

Sayonara!

Japonia

Znow sie musze z Wami pozegnac na dwa tygodnie.

Sakura, sake, sushi, sumo…. Jade podziwiac kwiaty wisni w kraju odleglym o wiele godzin lotu, jade delektowac sie sake, przy moim ukochanym sushi… i mam nadzieje, ze zrobie zdjecie zawodnikowi sumo…

Pociemu kielbasa

Ola.

Znalazla szpilke.

– Mama, co to?

– Szpilka, nie ruszaj.

– Pociemu? (co oznacza: dlaczego)

– Bo sie uklujesz.

– Pociemu?

–  Bo jest ostra.

– Pociemu?

– Bo taka ja zrobili.

– Pociemu?

– BO! odparlam, nieco juz znudzona.

– Acha! powiedzialo moje dziecko ze zrozumieniem, i ukontentowane odeszlo do swoich spraw.

 

Zuzia.

Spotkalam sie ze znajomym z Polski. Przywiozl ptasie mleczko (dzieki! 🙂 ) i pyta Zuzie:

– A nastepnym razem co Ci przywiezc?

A Zuzia bez zastanowienia:

– KIELBASE!

 

 

Wymagania wizowe

Do zakladek po prawej lewej (oczywiscie 🙂 ) stronie dodalam fajny widget – wpisujac narodowosc i kraj, do ktorego sie jedzie dowiemy sie, czy potrzebna jest nam wiza. Jako baze dalam Polska i Katar, ale mozna sobie zmienic.

Oczywiscie do Kataru wiza dla Polakow jest "required" czyli wymagana.

Jaki swiat bylby piekny, gdyby…

Wczoraj ponownie wybralam sie do hotelu W. Otworzyli tam bar, ktory poprzednio byl zamkniety.

Bar jest super! Ma miejsca w srodku i na zewnatrz. Jest  basen, przy ktorym w przyszlosci beda sie odbywaly imprezy z DJ-em.  Miejsca na zewnatrz to sa takie boksy, w stylu arabskim – wygodne siedzisko, mnostwo poduch, z trzech stron sciany azurowe, a z czwartej strony… zaslonka! Czyli totalna prywatnosc! Cos niespotykanego w Katarze!

Ale ja nie o tym. Moja znajoma zapomniala zabrac z hotelu telefon. Zostawila na stoliku. Zdala sobie  sprawe ze zguby rano. Zadzwonila, odebral ochroniarz, powiedzial, ze telefon bezpiecznie na nia czeka w hotelu! Powiedzcie mi, ile osob w Polsce, znalazlszy dobry telefon, oddaloby go? Chyba niewiele…

A tutaj tak jest. Wiekszosc osob jesli cos znajdzie, to odda. Jesli telefon bedzie lezal na stole, a wlasciciel pojdzie do toalety, jest bardzo male prawdopodobienstwo, ze ktos ten telefon ukradnie.

Kiedys bylismy w parku. Podszedl do nas ojciec z synem, Kataryjczyk. Znalezli banknot 50 riali. Pyta sie, czy to nasze 50 riali. Mowimy, ze nie. A oni chodzili po calym parku pytajac ludzi, czy to nie sa ich pieniadze!!

Ktos mi powiedzial, ze jesli Muzulmanin cos znajdzie, to musi dolozyc wszelkich staran, aby znalezc wlasciciela. I dopiero jesli nie znajdzie wlasciciela przez trzy dni, znalezisko staje sie jego.

Czyz swiat nie bylby piekniejszy, gdyby wszyscy sie tak zachowywali….

Spotkanie z mama mukolinka

Spotkalam sie dzisiaj z pewna kobieta, ktora ma dziecko z mukowiscydoza. Obydwoje rodzice sa z Libanu – co jest o tyle dziwne, ze w calym Libanie jest okolo 60 przypadkow muko (mukowiscydoza jest przypadloscia glownie Europejczykow i Amerykanow).

Bardzo milo mi sie z nia rozmawialo, porownalysmy metody leczenia w Libanie, Polsce, Katarze… nie roznia sie az tak bardzo. Inhalacje, oklepywanie, antybiotyki, dieta wysokokaloryczna i wysokotluszczowa…

Z tego, co mowila, to opieka nad mukolami w panstwowym szpitalu tutejszym (Hamad hospital) jest bardzo dobra, i maja nawet Kreon (ktory ja przywoze z Polski w ilosciach hurtowych – zapas na pol roku minimum, zwazywszy, ze Ola zjada 13 tabletek dziennie, to jest prawie 2500 tabletek!!!!).

Ale np. Ola ma inhalacje z mieszanki soli 0.9% i z 10%. Tutaj roztwor 10% jest tylko do uzytku w szpitalu, i do domu nie dadza.

Rozmawialysmy o tym, jak to jest, gdy dziecko idzie do szkoly – wyrastaja calkiem nowe problemy – inhalacja rano zajmuje minimum godzine (= pobudka o 5 rano), poza tym lekarstwa przy kazdym posilku w szkole (= wezmie, nie wezmie? Zapomni?).. poza tym dziecko nie ma apetytu, wiec w domu mamusia zmusi do jedzenia, a w szkole nie ma kto… (=dziecko nie je przez caly dzien).

Porozmawialysmy sobie bardzo serdecznie. Ktoz inny zrozumie matke chorego dziecka lepiej, niz druga matka chorego dziecka?

I poczulam sie troche jak heroina – na co dzien nie widze tego ogromu pracy; dzisiaj uswiadomilam sobie, ze bedac samotna matka dwojki dzieci (jednego przewlekle chorego) odwalam kawal dobrej roboty! Wiec chcialabym sobie publicznie pogratulowac 🙂