Dostalam od Magdy, no i nie moglam sie powstrzymac, musialam tutaj zamiescic :)))))
A tak w skrocie z Kataru: Katar zyje Asian Games 2006, czyli Olimpiada. Napisze o tym wiecej juz niedlugo.
No i dzisiaj leje (to znaczy w katarskich standardach leje, po prostu kropi. Ale za to od rana).
Bo rosne!
Kilka dni temu Zuzia poszla do szkoly w kurteczce. Fakt, ze kurteczka zeszloroczna, no i z tej kurteczki nieco wyrosla. Ale ze bylo pozno, nie bylo czasu szukac niczego innego, poza tym rekawki 3/4 bywaja modne, zatem poszla do szkoly w tych rekawkach zbyt krotkich.
Dzieci w szkole sie pytaja:
– Zuzia, a dlaczego Ty masz kurteczke zbyt mala?
A Zuzia na to rezolutnie, jakby idiotom tlumaczyla:
– Bo przeciez ja rosne!
Few days ago Zuzia went to school in a jacket. I must admit that the jacket was from last year, and it was a bit too small for Zuzia. But it was late, we didn’t have time to look for anything else, besides three quarters sleeves are fashionable, so she went to school wearing this jacket.
Children asked her:
– Zuzia, why is your jacket too small?
And Zuzia answered brightly, as if she was talking to half brainers:
– Because I’m growing!
Hanna Krall
Lubie ta autorke. Lubie jej sposob pisania. Taki niby bez emocji, niby same fakty, a jednak nie taki znow bez emocji.
Ksiazka pt. Krol kier znow na wylocie nie jest wyjatkiem. Historia Zydowki, ktora przezyla wojne. Ktora za wszelka cene starala sie uratowac swojego meza, aby to on przezyl wojne. Ktora ufarbowala wlosy, aby nie wygladac na Zydowke, ktora przestala mowic, ubierac sie, stawiac torbe i modlic sie jak Zydowka. Wszystko to po to, aby uratowac meza.
Cieniutka ksiazeczka, napisana na pozor bez emocji, bez oceniania… A jednak porusza wiele emocji w czytelniku.
Ksiazka, ktora kazdy powinien przeczytac.
Kod Leonarda
Jak slyszalam do niedawna baby narzekajace: O moj Boze, jak ja czasu na nic nie mam, to myslalam: Sama sobie jestes winna, cielecino, bo sie zorganizowac nie potrafisz.
A teraz ja sama jestem taka cielecina, ktora na nic czasu nie ma.
I spac chodze o 20:30, 21…
Wczoraj zaczelam ogladac film, The Weather Man, i usnelam.
Ale chcialam napisac o filmie Kod Leonarda da Vinci, bo przeczytalam ksiazke, ktora mnie zauroczyla, a teraz w koncu obejrzalam film tez.
I niestety, musze stwierdzic, iz byla to totalna strata czasu. W ogole mi sie nie podobal.
Probowano wcisnac do filmu jak najwiecej watkow z ksiazki, w zwiazku z czym zrobil sie totalny misz masz, gdybym nie przeczytala najpierw, to z filmu nie mialabym pojecia o co tak w ogole chodzi – zero watku, zero fabuly…
Zadna z postaci jakos sie nie wybila, poniewaz sie przewijali tak szybko nie bylo czasu aby sie do zadnej z postaci ‘przywiazac’ czy chociazby wyrobic sobie na ich temat zdanie.
Postacie, w przeciwienstwie do ksiazki, byly bez zadnego charakteru. Po prostu sa mdle.
A szkoda, bo potencjal byl spory 😦
When I heard women complaining: Oh, I don’t have time for anything, I was thinking: You are the only one to be blamed, because you can’t organize yourself.
Now I’m the one who can’t organize herself.
And I go to bed at 8:30, 9 pm…
Yesterday I started watching a movie, The Weather man, and I fell asleep.
But I wanted to write about a movie Da Vinci Code, because I read the book and I loved it, so finally I decided to watch the movie too. And it was total waste of time. I didn’t like it at all.
They tried to squeeze into the movie as many things from the book as possible, and as a result the film was a mess, if I hadn’t read the book first I would have no idea what it’s all about.
None of the characters was outstanding, I couldn’t get attached to any of the characters because they were on and off the screen. Unlike in the book, they had no characteristic at all.
And it’s a pity, because it could have been a good movie 😦
Grill libanski
A dzis bedziemy mieli u nas grilla libanskiego. To znaczy bedzie u nas, ale za gotowanie odpowiedzialni beda Sabina i Mourad (jej libanski maz). Mniam mniam, dam znac jak bylo.
Udanego weekendu.
And today we’re going to have a Lebanese BBQ. I mean it will take place in our villa, but the cooking will be Sabina and Mourad’s job. Yummy! I’ll let you know how it went.
Have a nice weekend.
Libansko ormianskie klimaty
Z Sabina to bylo tak.
Poznalam ja juz dawno. Poznalam wirtualnie, bo osobiscie jakos sie nie udawalo – albo ona pracowala, albo ja prace pisalam, albo ja wyjechalam, albo jej nie bylo…
Ale ostatnio ja spotkalam. Sabina jest Polka, jej maz jest Libanczykiem, ale z Ormianskimi korzeniami.
Pojechalam do niej pewnego dnia. Zuzia, jak to Zuzia, od razu zazyczyla sobie kanapeczke (wiadomo, dzieci ‘w gosciach’ sa najbardziej glodne).
Sabina nie tylko dala Zuzi dwie parowy i lasanie, ale rowniez przygotowala fieste dla nas.
Warto o tym napisac, bo na stole pojawily sie przysmaki rodem z Libanu. Ba, wiekszosc z nich przygotowana przez libanska tesciowa Sabiny!
With Sabina it was like this.
I met her long time ago. I mean I met her virtually, because personally we didn’t get the chance – either she worked, or I was writing my master thesis, or I left, or she was gone…
But recently I met her. She’s Polish, her husband is Lebanese but with Ormian roots.
One day I went to visit Sabina. Zuzia, being Zuzia, straight away asked for a sandwich. Of course, for children food always tastes better when you are visiting someone. Sabina not only gave Zuzia two hot dogs and lasagne, but she also prepared lots of food for us.
It’s worth writing about it here becasue she put on the table some delicatesen directly from Lebanon. Moreover, they were prepared by her Lebanese mother in law!
Definately my favourite was basterma, (first photo), that is very thin slices of raw beef, prepared in a special way (whatever! you live only once, if Ola cries a little bit nothing bad will happen). But I can’t describe how it tastes, as it’s not similar to anything I know. Delicious!
I also tried stuffed grape leaves, and makdous, that is aubergine stuffed with peppers. Maybe doesn’t sound appealing, but tastes great. (second photo).
There were also sweeties, of course! Arabian cookies, home made, called maamoul.
There’re three types (perhaps there are more, I don’t know). The most popular here are (I think) the ones with dates in it. There are also maamoul with walnuts and pistachios. Wonderful! (Zuzia of course put lots of these in her bag, smart pants!). Cookies are on the third photo.
And I shouldn’t forget about apricot jam, prepared by Sabina’s Lebanese mother in law. Very good it was! In Lebanon apricots are growing in the back garden. So do the dates, oranges, tomatoes and raspberries, but – attention! they grow on trees!
Problem z edytorem
Czy tylko ja mam problem z edytorem tekstu? Nagle z nienacka zginely mi wszystkie opcje, nie moge nic tylko pisac, nawet kursywy nie moge uzywac.
Czy cos sie dzieje na blox, czy to tylko u mnie z jakiegos powodu? A jak u mnie, to co z tym zrobic?
Sukces
Firma MICE International (link: http://www.miceonline.net/ ) kupila jedno z moich zdjec!! Hip hip hura! 🙂
A company MICE International (link: http://www.miceonline.net/ ) bought one of my photos!! Hip Hip Hurray!
Milionerka za trzy stowy
Dostalam prezent od meza. Ale jaki!!! Masaz w najlepszym hotelu w Doha, w Four Seasons. Wizyte w Spa z masazem.
– Ale co sie robi w spa? Pytam Matt'a. Nigdy nie bylam w zadnym spa.
– Nie wiem, odpowiada maz. Wez ksiazke, zrelaksujesz sie bez dzieci, poczytasz sobie, napijesz sie kawy…

Biore ksiazke, ide sie relaksowac. To, co mnie spotkalo przeszlo wszelkie oczekiwania.
Caly dzien byl nie lada doswiadczeniem. Hotel jest przepiekny, bardzo, bardzo luksusowy. Wchodzimy do spa. Lobby zapiera dech w piersiach. Dowiaduje sie, ze moim prezentem jest godzinny Sodashi Signature Earth Body Massage, czyli masaz ciala Sodashi, cokolwiek to znaczy, ktory dostal nagrode za najlepszy masaz, czy cos w tym stylu.
Przed masazem moge sobie korzystac ze wszystkich cudnosci, ktore ofiaruje spa (korzystanie z cudnosci jest wliczone w cene masazu).
A oferuje sporo: sauna, steam room (parowka?), pokoj do krioterapii, pokoj do koloroterapii, jaccuzzi, bicze wodne, plywanie pod prad (gdzie mozna sobie regulowac sile pradu), gorace lozka (temperatura lozka wynosi 41 stopni, i podobno jest to swietne dla bolacych plecow), masaz stop (chodzi sie po takich kamieniach).
Pelen relaks. A wystroj wnetrz, o Boze! Podobno w zgodzie z piecioma elementami: drewnem, ogniem, ziemia, metalem i woda.
Jak juz sie zrelaksowalam (po lewej stronie jaccuzzi), to poszlam na masaz.
A masaz, oczywiscie, byl super! Mial poprawic cyrkulacje limfy, dajac mi tym samym rownowage ciala, duszy i umyslu (nie wiem, czy Matt chcial mi cos zasugerowac zamawiajac taki wlasnie masaz? :))
Wstajac z tego lozka mialam nogi miekkie w kolanach. Po masazu zaprowadzono mnie do specjalnego pokoju, gdzie przy spokojnej, przyciszonej muzyce mialam sie relaksowac na niezwykle wygodnym szezlongu.
Potem napilam sie swietnego soku z guawy (slodki, prawie jak lody).
A po tych wszystkich luksusach (jaka szkoda, ze tak krotko, bo dziecko za cysiem sie stesknilo) poszlismy na drinka w barze. Bar usytuowany na plazy, siedzielismy sobie przy stoliku, przed nami zatoka, piasek, palmy…
Masaz kosztowal trzysta riali. Wydaje sie duzo. Ale przezycie, ktore mnie spotkalo bylo tego warte. Przez trzy godziny poczulam sie jak milionerka.
Zdjecia pochodza ze strony hotelu Four Seasons w Doha. Wiecej zdjec ze spa mozna sobie obejrzec tutaj .
I got a present from my husband. But what a present!! Body massage in the best hotel in Doha, Four Seasons. Spa visit with a massage.
– But what do you do in spa? I asked Matt. I've never been to a spa.
– I don't know, my husband replies. Take a book, you'll relax without children, read, drink a coffee..
I take my book, go to relax. I didn't expect what I got.
All day was a great experience. Hotel is beautiful, very, very luxurious. We enter the spa. Lobby is wonderful. I find out that my present is Sodashi Signature Earth Body Massage, whatever it means. Apparently it got some kind of a price or something.
Before the massage I could use all the facilities in the spa. And facilities are great: sauna, steam room, cold room, colourtherapy, jaccuzzi, water jets, currant swimming pool, hot beds (temperature of beds is 41 degrees and that is supposed to be good for back aches), foot aromatherapy (you're walking on stones in water).
Relax, relax, relax. And the interiors are Oh My God! Apparently the decor uses the Five Elements: wood, fire, earth, metal and water.
When I was fully relaxed, I went for the massage.
And massage, of course, was great. It's supposed to improve limphatic circulation, balancing therefore mind, soul and body. I don't know, was Matt suggesting something by booking THIS massage? 🙂
When I got up after the massage my legs shaky. After the treatment I was walked into a special relaxation room, where I was to relax even more, with soft, quiet music.
Then I had some guava juice (sweet, almost like ice cream).
Then, after all these luxuries (pity so short, baby was missing my breast) we went for a dring at the bar. The bar was located at the beach, we were sitting at the table, in front of us the bay, sand, palms…
The massage cost three hundred reals. Seems like a lot. But the experience I had was well worth it. For three hours I felt like a millionaire.
The photos come from the Four Seasons hotel in Doha. More photos of the spa can be seen here.
Co zrobili z palmami??
Przy wpisie o Muzeum Sztuki Islamskiej Exetka zapytala mnie, calkiem slusznie: A co zrobili z palmami?
Otoz, no wlasnie, CO ONI ZROBILI Z PALMAMI????
Tak powinno byc:

Piekne, zielone palmy….
A JEST TAK:

A tak na powaznie, kto wie, dlaczego oni tak te palmy wiaza (bo wiaza, nie tylko przed muzeum, inne palmy tez wiaza)? Czy to po to, aby utrzymac ksztalt korony? Aby liscie po lecie byly zielone? Aby palma nie zdechla? Kto wie?