Po trzech miesiącach podklejania Kropelką oderwanego żelazka od prostownicy do włosów postanowiłam, że już czas na nowy zakup.
Jak do wszystkiego, porządnie się do tego przygotowałam. Naczytałam się recenzji, posprawdzałam ceny, opinie. Jasno i bez dyskusji wynikało, że niejakie GHD jest mercedesem wśród prostownic. Że najlepiej prostuje, najdłużej służy, włosy są najbardziej jedwabiste po użyciu właśnie GHD.
Poszperałam w internecie i znalazłam super okazję. Za 85 funtów (przesyłka gratis) stałam się właścicielką legendarnej prostownicy, której podobno używają wielkie gwiazdy (chociaż nie wiem, czy mam w to wierzyć, bo czy gwiazdy same sobie w domu prostują włosy? Od tego chyba mają fryzjerów?). W prezencie dostałam też kosmetyczkę i matę odporną na gorąco. To na wypadek, gdybym prostownicę, jeszcze gorącą, zapragnęła zapakować do torebki – można ją wtedy w tą matę zawinąć – i zabrać ze sobą. Na przykład na randkę. Bo w sumie to takie normalne, że w czasie randki człowiek leci do toalety włosy sobie podprostować.
Z radości się prawie posikałam jak poczta przyniosła mi to cudo. Od razu wzięłam się do prostowania.
Ale się okazało, że prostownica jakaś taka mała (wszystko tutaj jest małe, nawet cholerne prostownice!), żelazka krótkie i niezbyt szerokie, nie ma regulacji ciepła, a włosy jak były sianowate, tak są sianowate, o jedwabiu mogę tylko pomarzyć, albo założyć jedwabną bluzkę, jak mi się chce jedwabiu. No a spirale, które niby miała robić ta prostownica, rozpadają się zanim zdążę wypowiedzieć GHD.
Nie wszystko złoto, co się świeci, moi drodzy, i czasami mercedes niekoniecznie jest dla nas. Ja chyba wolałabym fiata, za połowę tej ceny.
Ola

