FANABERIE RODZINY KROLEWSKIEJ

Sytuacja opisana we wczorajszym wpisie powtorzyla sie dzis o 1:30 i o 6:30 rano. Zatem jestem niewyspana.

Mialam napisac o ksiazce, ktora wlasnie skonczylam czytac, ale jest o Bogu, i mi jakos tak te dwa wpisy nie sasiaduja, wiec napisze wpierw o czyms innym.

Jak donosi prasa, czlonkowie katarskiej rodziny krolewskiej Al-Thani opoznili lot BA z Milanu do Londynu o 3 godziny.

Jeden z szejkow Al-Thani podrozowal z 3 swoimi zonami, kuzynem, kucharzem,  i sluzacym. Jedna z zon usadowiono obok nieznanego jej mezczyzny (innego pasazera samolotu). Krolewska rodzinka odmowila, nie mogla kategorycznie zgodzic sie na takie bluznierstwo.

Zaden z pasazerow nie chcial sie przesiasc (bo podrozowali ze swoimi rodzinami).

Wkurzony Thani polecial do pilota. Pilot mu niewiele pomogl. Ba, kazal im sie wynosic z samolotu.

Al-Thanis polecieli w koncu liniami Alitalia. Co nie zmeinia faktu, ze przez ich fanaberie (podyktowane skad inad religia) wielu pasazerow nie zdazylo na dalsze loty. 

NIE DLA WRAZLIWYCH

UWAGA!!! WPIS NIE DLA LUDZI O SLABYCH NERWACH!!! CO WRAZLIWSI PROSZENI SA O DAROWANIE SOBIE DALSZEGO CZYTANIA. 

5:30. Dziecko placze. Obawiam sie najgorszego.

Mialam racje. Jest kupa. Z niewyrazna, zaspana mina wloke sie do lodowki. Wyciagam sloik z kalem (moja mama miala swietny pomysl. Wsadzila ten sloik do papierowej, brazowej torebki. Przynajmniej zawartosci nie widac na pierwszy rzut oka). Biore torebke z lyzkami (dwie lyzki, specjalnie oddelegowane do zgarniania kupy).

Wracam do pokoju. Klade dzeicko na wersalke.

Dziecko sie wywija. Daje dziecku lyzke do zabawy. Uswiadamiam  sobie, do czego lyzka sluzy. Zabieram czym predzej. Daje szczoteczke do wlosow, ktora akurat mi sie podwinela.

Odwijam  pieluche. Kupa jak zwykle, rzadka, rozmaslona dokumentnie po obu policzkach i po pieluszce.

Odkrecam sloik, aby byl gotowy na przyjecie nowej dawki kalu.

Biore lyzke. Lyzka zgarniam brazowa maz z tylka mojego dziecka.

Sila woli powstrzymuje odruchy wymiotne. Kiepsko mi idzie.

Gdy zalozylam juz pieluche, dziecko wedruje do lozka, przede mna dalsza robota.

Pieczolowicie wygarniam wspomniana lyzka kupsko z pieluchy, probuje wsadzic do sloika, nie chce sie odkleic. Uzywam drugiej lyzki do zgarniecia….

Powstrzymuje odruchy wymiotne. Coraz slabiej mi to idzie.

Sloik wedruje do lodowki. Lyzki myje prysznicem.

Caly pokoj owiewa wyrazny zapach kupy.

Nie ma mowy, abym usnela.

Proces powtarza sie kilka razy na dzien. Tak po kazdym jedzeniu, czasami dwa razy. Litrowy sloik juz w polowie pelny. FUJ!

Kupa do lodowki

W srode odwiedzilysmy nasz ukochany szpital ponownie. Tym razem spotkalysmy sie z lekarzem od mukowiscydozy.

Wykryto u Oli trzy bakterie: pseudomonas (to ta od mukowiscydozy), candida (grzyb), i gronkowiec.

Z bakteriami na razie nie beda nic robic. Dopoki bakterie nie wywoluja zadnych objawow, niech sobie tam siedza. Jesli sie okaze, ze jest to, czego nie moze byc (m.), to wtedy moze….

Dodatkowo: Ola miala (gdy bylysmy na oddziale) pobrana kupe do badania. Wyniki beda dopiero we wrzesniu, bo to bardzo drogie badanie, wiec czekaja na okolo 60 probek. Teraz kupa zamrozona czeka.

Pan doktor zalecil dwa badania. Od razu tego samego dnia Ola miala pobrana krew na badanie genetyczne DNA w kierunku muko. Wyniki beda we wrzesniu-pazdzierniku. Tak dlugo sie czeka.

Drugie badanie to badanie kalu.

– Przez trzy dni musi pani zbierac kupe dziecka.

Nie ma sprawy, mysle, zaden problem.

– Prosze wziac sloik…..

– To ja mam te wszystkie kupy do jednego sloiczka wkladac? przerywam, majac w wyobrazni tradycyjne badanie  kalu, gdzie wklada sie troche kupy do probowki.

– Tak, tak, do jednego. Wiec  prosze wziac ten litrowy sloik, zwazyc go dokladnie, zwazyc pokrywke, nie wiem, dlaczego, ale tak wymagaja.

– LITROWY??? przerywam ponownie, niezwykle zdziwiona. To ja mam wszystkie te kupy do sloika walic? I cale???

– No wszystkie, i cale.

– Ale tak cale, cale, cokolwiek nawali, to ja mam to do sloika? I tak wszystko razem?

Okazalo sie, ze tak. Ale watpliwosci wciaz mnie nurtuja:

– A przeciez te kupy sie wymieszaja? No i nie zepsuje sie ta kupa? pytam z glupia frant.

– Tluszcz jest tluszcz, sie nie zepsuje – odpowiada rezolutnie lekarz (bo to badanie na to, czy Ola trawi czy nie; jesli bedzie duzo tego tluszczu w kupie, to trzeba bedzie jej podawac enzym trzustkowy, aby mogla trawic jedzenie).

– No i musi Pani to w lodowce trzymac – dodaje, z przewrotnym usmieszkiem.

No tak, u nas dzieci sporo, zajrzy sobie taki maluch do lodowki, pomysli, ze to marmolada albo maslo orzechowe…. fuj!

Kupe musze zbierac piatek, sobota i niedziela, a w poniedzialek ja rano do Warszawy zawiezc. Juz sobie wyobrazam jak wymiotuje nad tym sloikiem dorzucajac kolejna porcje 'towaru' w niedziele wieczorem! Ten zapach!

Wybielanie zebow – wiecej informacji

Dziekuje za komentarze do poprzedniego wpisu, i dziekuje za komplementy.

Odpowiadam na pytania:

KOSZTUJE w zaleznosci od miejsca, w Warszawie okolo 1200 zlotych, w malych miasteczkach (jak w moim) na pewno mniej.

CZY SZKODLIWY? Podobno nie. Podobno nie niszczy ani szkliwa, ani zebow. A czy tak jest naprawde? Kto to wie… pozostaje nam uwierzyc producentom i lekarzom.

ILE SIE UTRZYMA – oficjalnie do 2 lat. Jednak oczywiscie to zalezy od tego, ile ktos pije kawy,wina itd; poza tym przyzwyczajamy sie do tego, co widzimy, i moze np. po pol roku juz nam sie bedzie wydawalo, ze mamy zolte zeby z powrotem (chociaz tak byc wcale nie musi). Ja mysle ze rok to spokojnie.

HERBATA I WINO – przez pierwsze dwie doby utrzymuje sie tzw. biala diete, czyli nie mozna absolutnie zadnych kolorowych pokarmow. Zeby sie w ciagu tych 48 godzin nawilzaja, chlonac wilgoc z pozywienia i sliny. Im roznicy nie sprawia, czy wchlona mleko czy czerwone wino; tylko kolor moze sie zmienic 🙂

Pozniej nie trzeba sie ograniczac. To znaczy dzialaja ogolne zasady – jak sie pije duzo herbaty, kawy, i wina czerwonego, to nie ma mocnych, zeby zzolkna, po wybielaniu czy bez wybielania.

 A, Beyond poleca specjalna paste wybielajaca, swojej wlasnej produkcji, oczywiscie. Czy dziala? Dam znac po miesiacu 🙂

 

Bielsze zeby

Oj, dawno mnie tutaj nie bylo, dawno… Ale to dlatego, ze zycie toczy sie powolutku, nic sie nie dzieje, teraz, gdy juz nie jezdzimy po lekarzach (na razie)….

Ale wczoraj wybralam sie na wybielanie zebow. Moje zeby nie byly znow takie bardzo zolte, jak mi sie wydawalo, ale tak sobie poczytalam o tej metodzie Beyond i postanowilam, ze pojde i zrobie. Tym bardziej ze w moim rodzinnym miescie kosztuje to polowe tego, co w Warszawie.

Zabieg mial trwac, wedlug reklam, pol godziny. Trwal 2.5. Najpierw dentysta oglada zeby (pod katem ubytkow, zebow martwych, i tak dalej). Pozniej naklada taki specjalny zel na dziasla, ktory ma je chronic przed zelem wybielajacym. Zel utwardza lampa. Wtedy czuje sie takie lekkie cieplo, moze wrecz parzenie…

Pozniej naklada zel wybielajacy. Taka specjalna strzykawka. Zakladamy obydwoje okulary (takie specjalne, zolte, ktore chronia oczy przed promieniowaniem lampy). Dentysta doklada lampe do moich zebow, tak bardzo bliziutko, i wlacza ja. Na 15 minut. I tak sobie czekamy.

Czas sie bardzo dluzy, ale na szczescie moj dentysta umilal mi czas pogawedka. Monologiem, z koniecznosci. Ja probowalam mhmac i yhyac. Dobry byl w czytaniu myhmow 🙂 ma wprawe.

Pozniej sciaga ssawka ten zel, i naklada nowa porcje. Znow lampa na pietnascie minut. I tak trzy razy w sumie.

Buzia bolala mnie jak diabli, bo przeciez trzymac ja otwarta przez 2 godziny to wyczyn niemaly. Wargi piekly, bo lampa je wysuszala.

Zeby mnie nie bolaly podczas wybielania. Podobno niektorych bola. Mnie nie bolaly. Teraz za to czuje caly czas taki dyskomfort!

No i  caly dzien chodze wkurzona i snieta, bo nie moglam sie kawki napic. Przez dwa dni musze trzymac tzw. biala diete, czyli zadnego jedzenia kolorowego.

Czy bylo warto? Ocencie sami. Mnie sie wydaje, ze chyba tak. Jak spojrzalam w lustro po raz pierwszy, to az mnie zszokowalo. TAKICH rezultatow sie nie spodziewalam.

 

Zeby przed i po wybielaniu beyond

Zdjecia robilam sama w domu, nie sa w zaden sposob retuszowane ani nic w tym stylu.

 

Odwyk

 

 

Odwyk napisany przez Terri Paddock opisuje przezycia dziewczyny zamknietej w osrodku odwykowym Come Clean.

Osoby znajdujace sie w osrodku maja calkowity zakaz poruszania sie bez 'obstawy', zakaz rozmawiania z innymi, maja zakaz opowiadania o tym, co sie w osrodku wyprawia… Nic dziwnego, gdyz traktowanie osob, znajdujacych sie w osrodku przechodzi wszelkie pojecie – sa one bite, ponizane, zarowno fizycznie jak i psychicznie, glodzone, odmawia sie im prawa do prywatnosci, sa rowniez zmuszane do swiadczenia uslug seksualnych osobom prowadzacym osrodek…

Ksiazka jest oparta na faktach – osrodek zupelnie taki jak Come clean istnial w Stanach Zjednoczonych.

Naprawde czytalam ja jednym tchem, goraco polecam!

Znow Warszawa

Chyba sie staje monotonna z tymi wpisami!

Dzis jedziemy do Warszawy, bo jutro rano o 8 testy potowe na muko. W czwartek dietetyk (dla Oli, nie dla mnie! :)) oraz mam kilka innych spotkan (z moim szefem, miedzy innymi), a w piatek znow do szpitala na zdjecie szwow.

Odezwe sie, oczywiscie, po powrocie.

Zdjecia dzielnej dziewczynki

Oto Ola tuz po operacji:

Jak widac, chociaz biedna i zmarnowana, to jednak dosyc zywa, lewa raczka dziarsko macha.

 

 

A zdjecie obok zostalo zrobione w piatek, dwa dni po operacji.

Zasuwa po szpitalnym korytarzu, zaglada do pokoi innych pacjentow, nie ma juz kroplowki ani innych takich 'atrakcji'.

Dziekujemy wszystkim za te kciuki, i za cieple mysli. Na pewno pomogly!

Po operacji

PONIEDZIALEK, WIECZOR.

Jade do Warszawy. Zatrzymuje sie w hotelu Fundacji dla rodzicow dzieci onkologicznych. Ola pieknie usypia w lozeczku. Nie wie biedna, co ja czeka za dwa dni.

WTOREK, 7 RANO

Jade do szpitala. Wyciagam karte, czekam w poradni,  ide na oddzial po skierowanie, ze skierowaniem ide na izbe przyjec. Standardowa procedura, dane, ksiazeczka ubezpieczeniowa (nie mam akutalnej, zostaje wpisana na czarna liste; mam 7 dni na jej przedstawienie; jesli nie, szpital wystawi mi fakture), rozowa bransoletka na lapke Oli z imieniem, nazwiskiem, i data urodzenia. Taszcze torby na gore, i zostaje ulokowana na sali na odcinku II, z chlopcem, ktory ma rozszczep podniebienia i wargi.

Po poludniu zabieraja Ole do zabiegowego, wkluwaja jej wenflon (15 minut wycia Oli; pozniej doliczylam sie 6 dziurek na raczkach i nozkach, probowaly jej sie wkluc 6 razy zanim im sie udalo; wieczorem zauwazylam siniaka na policzku Oli, widocznie trzymaly ja za buzie, gdy sie wyrywala).

Pozniej przychodzi do nas lekarz, ktory rozmawia ze mna o mukowiscydozie. Wydaje sie byc bardzo zmartwiony, bo Ola ma kilka objawow tej choroby: wrodzona niedroznosc jelit; wieczny katar i kaszel; nie przybiera na wadze, wykryli u niej bakterie pseudomonas….

Ola bedzie miala ponownie powtorzony test potowy. Zrobia jej rowniez wymaz z gardla (podczas operacji, gdy bedzie intubowana), test na tluszcz w kale, jesli bedzie trzeba to badanie genetyczne krwi. Dowiaduje sie, ze mukowiscydoze bardzo latwo jest potwierdzic, ale niezwykle ciezko wykluczyc – jest wiele jej mutacji.

Od godziny 17 Ola nie moze juz nic jesc. Pic moze do polnocy.

SRODA.

Boje sie, ze przeloza operacje. Kilka operacji zaplanowanych na wtorek nie odbylo sie, lekarze sie po prostu nie wyrobili.

Dowiaduje sie, ze operacja Oli bedzie ostatnia – bo jest to operacja tzw. brudna. Boje sie tym bardziej, ze ja przeloza.

Z samego rana Ola dostaje kroplowke, byc moze dlatego nie jest glodna, nie placze z glodu.

Kolo 12 dostaje jakis lek na uspokojenie. Uspokoic to ona sie nie uspokoila, ale zachowuje sie jakby byla nacpana: maslane oczy, gdy probuje wstawac to sie przewraca, rzuca sie do tylu i bardzo ja to raduje, smieje sie w glos; gapi sie na zabki wymalowane na scianie, i gada do nich, dyskutuje, argumentuje….

Godzina 13:40 przychodzi pielegniarka; zabieramy Ole do drzwi sali operacyjnej. Ola z zadowoleniem idzie w ramiona anestezjologa. Drzwi sie zamykaja.

Prawie godzina nerwowego czekania. Godzina 14: 35 – pielegniarka przychodzi i mowi, ze Ola na nas czeka na oddziale pooperacyjnym. Idziemy.

Ola jest w lozeczku. Wstaje. Placze, ale jej placz brzmi jak skrzek (pewnie kombinacja narkotykow i tuby, ktora jej wepchneli do gardla na czas operacji). Wyciaga do mnie rece. WSTAJE!

Nie moze wstawac. Trzeba ja trzymac, aby lezala. Anestezjolog tlumaczy mi, iz podali jej leki wybudzajace. W zwiazku z tym Ola nie wie, co sie z nia dzieje, nie rozumie tego, bedzie sie zachowywala bardzo nienaturalnie, co jest calkiem naturalne; pozniej nie bedzie z tego nic pamietala.

Glaszcze ja po policzku. Uspakaja sie. W koncu usypia.

O godzinie 20 musimy opuscic szpital.

CZWARTEK.

Godzina 6:30-jestesmy z powrotem na oddziale. Ola stoi i placze. Gdy biore ja na rece od razu sie uspakaja.  Pani doktor pozwala jej dawac pic – wode, herbatki, rumianek.

Operacja przebiegla bez zadnych komplikacji, wycieli jej przy okazji wyrostek. Ola ma zalozonych 7 szwow (to juz druga blizna na jej brzuszku).

Pytam, czy dzis bede mogla przejsc z nia na odcinek II, tam, gdzie rodzice moga spac z dziecmi. Dowiaduje sie, ze jesli wypije 200 ml plynow, i nic sie nie bedzie dzialo (wymioty), to tak.

Podaje jej rumianek. jak na zlosc Ola nie chce nic pic. Ani ze szklanki, ani przez slomke, ani z butelki…

Daje jej herbate szpitalna. SUKCES! Pije jak nawiedzona!

Idziemy na odcinek II.

Pozny wieczor. Ola wymiotuje. Mysle, ze to dlatego, iz zbyt szybko podano jej dozylnie aminokwasy, wiec nie mowie nic lekarzom. Boje sie, ze mnie cofna na pooperacyjny. Jesli zwymiotuje ponownie, wtedy im powiem.

Na szczescie nie wymiotuje.

Pieknie przesypia cala noc.

PIATEK.

Mozna jej dawac jesc! Zupe z miesem, kaszke na mleku, zjadla nawet budyn. I nic, zero wymiotow! Apetyt jej sie poprawil, jak do tej pory jadala malutko, jak wrobelek, tak teraz ciagle jej malo i malo! Probuje nie dawac jej zbyt duzo, trzeba ja jeszcze troche oszczedzac.

Biega po calym oddziale. Wszyscy sie dziwia, ze ona juz jest PO operacji, a nie PRZED. Bo zachowuje sie i wyglada jakby byla przed.

Dowiaduje sie rowniez, ze jutro wychodzimy. HURRRRAAAAAAAA!

SOBOTA.

Dostajemy wypis i jedziemy do domu.

Ciesze sie, bo wydaje mi sie ze caly ten pobyt w szpitalu nie byl zbyt traumatyczny (psychicznie) dla Oli,  a tego sie najbardziej obawialam.

Oli apetyt sie poprawil, je teraz dwa razy tyle co przed operacja. Ciekawe, dlaczego?

W przyszlym tygodniu musimy pojechac do Instytutu w srode na test potowy (muko), a w piatek na zdjecie szwow.

Chcialabym bardzo, bardzo podziekowac doktor Ewie Sawickiej, ktora przeprowadzila obie operacje. Uratowala ona zycie Oli. Jest ona chyba najlepszym specjalista w calej Polsce jesli chodzi o sprawy jelitowe. I nie jest to tylko moja opinia.

I olbrzymie podziekowania naleza sie doktor Klaudii Żak. Jest wspanialym lekarzem, caly czas byla dla nas olbrzymim wsparciem. Zawsze cierpliwa, zawsze miala czas na wysluchanie i wytlumaczenie. To ona zajela sie Ola tak dokladnie, do samej podszewki – zaaranzowala testy potowe i inne badania na muko, spotkania z innymi specjalistami (min. neonatologiem). Takich lekarzy nie spotyka sie czesto.

Kierunek z powrotem

No chyba nie mysleliscie, ze sie obedzie tak bez przygod, co? No przeciez nie Mazusom!

Walize udalo sie zapakowac, a jakze, razem z innymi, mniejszymi torbami, i wozkiem.

Do Warszawy dojechalysmy bezpiecznie. Mialam litosc dla matki, bo matka dostaje bolu glowy jak przekraczam 120km/h. Wiec jechalam 110, i bylo dobrze.

Zaparkowalysmy pod blokiem, w ktorym mialysmy mieszkac. I zamknela moja mama autko. Ale jak zamknela! Typowo komediowo, czyli z kluczykami w aucie! Po natychmiastowym, aczkolwiek krotkim napadzie paniki, wziela sie do dzialania.

Przydybala jakiegos przechodnia, i go probuje przekonac, aby postaral sie otworzyc Matiza za pomoca wsuwki albo innego narzedzia podobnego typu. No mowie Wam, scenka jak z Mamy Cie!

Przechodzen pomoc nie mogl, zatem matula poleciala czarowac ochroniarza w bloku. Bylo dwoch. Jeden gdzies polecial, drugi radzil matuli: trzeba zlodzieja poprosic.

– Jakbym znala, to bym poprosila, ale zadnego nie znam – rezolutnie matka odparla.

– No to okno trzeba wybic! wpadl na genialny pomysl ochroniarz.

Na szczescie ten drugi byl bardziej myslacy – sprowadzil jednego z lokatorow, ktory okazal sie byc mechanikiem samochodowym i znal sie na zamkach.

Przylecial z dlugim, zakrzywionym drutem, pogrzebal, pogrzebal, i auto otworzyl w ciagu 2 minut. Na szczescie!

Jednak przygod to nie koniec. Na odbior mieszkania umowilysmy sie na 14. Chlopak podnajmujacy i owszem, przyszedl, ale wlasciciela nie bylo.  Bedzie o 15. To czekamy do 15. Wlasciciela ani sladu. Dzieci obsmarkane, glodne, i posikane (jedno) lataja dookola bloku. Starsze co chwila sie pyta: Kiedy wejdziemy do domku? Mlodsze zre kamienie z trawnika.

Godzina 16, wlasciciela nie ma. Nakarmilam dziecko zimna zupa ze sloiczka (skrzywilo sie, ale zjadlo, bo glod niedobry) i postanowilam, ze pojdziemy na zakupy – mleko, bulki, papier toaletowy i inne niezbedne w nowym mieszkaniu rzeczy.

I wybralysmy sie do pobliskiego centrum handlowego na zakupy. Ale gdy o 17:30 wciaz sie wlasciciel nie ujawnil, postanowilam, ze mam w nosie takich wynajmujacych, wracam do domu.

We wtorek pojade do Warszawy i zamieszkam w hotelu Fundacji, ktora jest wprawdzie dla dzieci z rakiem, ale i mi rowniez pozwola sie przenocowac, jedynie bede musiala zaplacic wiecej niz rodzice z dziecmi z rakiem.

Mieszkajac w Fundacji zaoszczedze nieco forsy (mniejsze luksusy, oczywiscie, ale co tam!), wiec na poczet przyszlych oszczednosci kupilam sobie piekne buciki.

No i wrocilysmy do domu.

A teraz sie smiejemy, ze do Warszawy musimy jezdzic aby kupic mleko i bulki 😉