Ceny lotow przerazaja

Jestesmy wlasnie na etapie kupowania biletow do Polski. Cena po prostu zwalila mnie z nog.

Bilet z Qatar Airways do Londynu, i pozniej BA do Warszawy, dla jednej osoby doroslej, jednego dziecka i jednego niemowlaka kosztuje ponad 10 tysiecy!!!!

Nieco taniej mozna zalatwic to z KLM, bilet kosztuje okolo 8500, ale niestety, przez Amsterdam, a my musimy przez Londyn, gdyz w Londynie mamy rodzine Matt'a do odwiedzenia.

I co zrobic? Plakac i placic? Nie leciec, i zamiast wybrac sie na wakacje na Bahamy?

 


We're now trying to buy tickets to fly to Poland. The price made my jaw drop to the floor.

 

A ticket with Qatar Airways to London, and then to Warsaw with British Airways, for one adult, one child, and one infant, will cost over 10 thousand rials (1400 GB pounds)!!!

A bit cheaper is with KLM, 'only' 8500 rials, but unfortunately it's via Amsterdam, and we have to fly via London, as we have Matt's family to visit.

What to do? Cry and pay? Not go, and instead fly to Bahamas for holidays??

Niewola czy kontrola?

Jem sobie wlasnie niedosolony kuskus i mdle kotlety mielone (obiad przygotowany z mysla o najmlodszym Mazusie, ale ze mi sie nie chce dwa razy gotowac, to cala rodzina posila sie tym samym), oraz czytam artykuly na temat tzw. sponsorship (sponsorstwa) w Katarze.

Prawo w Katarze jest takie, ze kazdy, kto chce tutaj pracowac musi miec sponsora. Sponsor zaprasza do Kataru, wyrabia wize, zatrudnia. Bez zgody tego sponsora nie moze absolutnie nic. Sponsor musi zgodzic sie na zalozenie przez 'sponsorowanego' (czyli pracownika) telefonu, kupno auta, przylaczenie sie do klubu. Sponsor musi wiedziec wszystko. Bez zgody sponsora pracownik nie moze wyjechac z kraju. Ba, bez zgody sponsora pracownik nie moze zmienic pracy – jest uwiazany do swojego sponsora jak pies na smyczy.

Takie sponsorowanie to oczywiscie forma niewolnictwa. Bo sponsor moze wykorzystac pracownika na maksa, moze mu nie placic, moze go wylac na zbity pysk, moze mu placic mniej niz obiecal, a taki pracownik nie moze nic, bo oczywiscie pracy nie zmieni (brak zgody sponsora), wyjechac tez nie wyjedzie (brak wizy zezwalajacej na wyjazd).

Ale oczywiscie jak zawsze, punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia, a kazdy kij ma dwa konce.

Dzieki temu systemowi w Katarze jest tak malo przestepstw i wykroczen – kradzieze prawie sie nie zdarzaja, to samo z pobiciami… pracownik nie okradnie pracodawcy; nie zmieni pracy po dwoch miesiacach tylko dlatego, bo ktos inny mu obiecal wiecej forsy…

Ciekawa jestem, co Wy o tym sadzicie? Czy to dobry system, czy raczej kiepski?


I'm just eating unsalted couscous and blant beefburgers (dinner prepared for the youngest Mazus, but as I don't fancy cooking two dinners, the whole family has to eat these delicious thingies), and I'm reading about sponsorship in Qatar.

The law in Qatar says that anybody who wants to work here must have a sponsor. The sponsor invites to the country, does the visa, gives a job. Without sponsor's approval one can absolutely nothing. The sponsor has to agree for the employee to have a phone, buy a car, join a club… Without sponsor's approval the worker can't change a job, he's tied to his sponsor as a dog is tied to his leash.

This sponsorship thing is of course a form of slavery. Because the sponsor can use the worker as much as he wants, he can stop paying him, fire him, pay him less than promised, and the worker can't change the job (no approval from sponsor), and can't leave either (no exit visa).

But of course it all depends who is looking at the law, because the coin has always two sides.

Thanks to this system in Qatar there is very low crime – there is hardly any thef, or other vandalism. The worker can't rob the emploer; he can't quit his job after two months only because someone else has offered them more money;

I wonder what you think about it? Is it a good or not so good system?

 

Powodz w Doha

 

Wczoraj pekla rura na jednym z rond w Doha (The Mall Roundabout*). Oczywiscie spowodowalo to korki nieziemskie – ulice dookola ronda wygladaly jak jeden, wielki parking. A ze my mieszkamy w poblizu ronda, to nawet aby wyjechac z naszego osiedla, za brame, zajelo mi 10 minut!

 

*Ale skoro juz o rondach mowa, to mysle, ze  warto wspomniec o tym kilka slow.

Otoz jak przyjechalam do Kataru, to absolutnie wszedzie byly ronda. Swiatla byly rzadkoscia. Jednak ulice stawaly sie coraz bardziej zakorkowane. Teraz jest coraz wiecej swiatel, np. na C-ring road sa wylacznie swiatla, nie ma ani jednego ronda.

Same ronda tez maja swietne nazwy. Oficjalnych (o ile takowe istnieja) nikt nie zna. A nadaje sie nazwy nieoficjalne, i tych kazdy uzywa, np.

stinky roundabout- czyli rondo smierdzace; 

crazy lights rdbout – rondo szalonych swiatel (bo niedawno zalozyli tam swiatla, i te swiatla sa szalone – albo czerwone jest bardzo dlugo,  albo zmienia sie co minute…)

parachute rdbout – rondo spadochronowe – juz nie istnieje, nazywalo sie tak z powodu pomnika-spadochronu, ale zburzyli  pomnik i rondo tez przestalo istniec.

TV (McDonald's, Burger King) rdbout – bo jest stacja tv (McDonalds, Burger King) obok.

 


Yesterday a pipe cracked on one of the roundabouts (The Mall RDBout). Of course that caused huge traffic jams – streets in the neighbourhood came to standstill. And as we live near the Mall Rdbout, even to get out of our compound it took me 10 minutes!

 

Talking about roundabouts, it's worth saying few words about them.

When I arrived to Qatar, the roundabouts were absolutely everywhere. Traffic lights were rare. However, the traffic was becoming more and more impossible, so they started putting lights on the roundabouts. Now there are more and more traffic lights. E.g. on C-ring road there are only lights, no rdbouts.

The roundabouts have very interesting names. Nobody knows official names (if they even exist, I have no idea). But there are common names, such as:

stinky roundabout

crazy lights rdbout – they put lights not long ago there, and the lights indeed ARE crazy – red is for too long, or changes very quickly…

parachute rdbout – there was a monument of parachute there. But they knocked the monument down, and so the rdbout doesn't exist anymore;

TV (McDonald's, Burger King) rdboutbecause tv station (McDonalds, Burger King) is nearby.

Wysokie czynsze

Doha, jesli chodzi koszt zakwaterowania, zostawila daleko w tyle takie miasta jak Bruksela czy Berlin, Chicago, i Toronto.

Przecietny czynsz za trzypokojowe mieszkanie wynosi 2.246 dolarow, czyli okolo 8200 riali. W ciagu ostatnich 10 lat (to wersja oficjalna, ale mnie wydaje sie ze raczej mowimy o 5, 6 latach) czynsz wzrosl o 130 procent! Wiele willi (domkow) trzypokojowych kosztuje powyzej 11 tysiecy – mowimy tutaj caly czas o kwoatach miesiecznych. A nierzadko zdarza sie, ze wille (zwlaszcza te w okolicach West Bay) kosztuja 20, 25, a nawet i 30 tysiecy na miesiac!

Inflacja w Katarze w 2006 roku wyniosla 11.83 procent (w 2002 inflacja wyniosla 0.2%!!!!!).

Wydaje mi sie, iz glownie duzy naplyw cudzoziemcow z zachodu (Anglia, U.S) ma wplyw na takie nieziemskie ceny. Ciekawe, kiedy to sie skonczy? Byly przypuszczenia, ze wille stanieja po Asian Games, okazalo sie, ze nie tylko nie stanialy, ale wrecz caly czas drozeja!

Chyba to sie kwalifikuje na kategorie "Ksiega absurdow"?

O pieprzeniu

I jeszcze dwie lektury.

 

Joseph Heller, autor Paragrafu 22, zawarl obraz amerykanskiej klasy sredniej w  latach siedemdziesiatych w ksiazce pt. Cos sie stalo.

Bob Slocum, glowny bohater, opowiada oswoim zyciu. Opowiada duzo, wylewnie, i nie owijajac w bawelne.

Pisze o tym, jak sie boi wszystkich, a wszyscy boja sie jego; o tym, jak nie lubi swojej zony, i sie za nia wstydzi, zwlaszcza jak sobie popije i flirtuje (nieumiejetnie), o tym, ze nie rozwiodlby sie ze swoja zona, bo to za duzo wysilku by go kosztowalo; o tym, ze chociaz wstydzi sie, ze zona ma czerwone pregi jak sie robierze, to nie chcialby, aby ludzie z pracy o tym wiedzieli, bo zona musi byc reprezentacyjna; zona Boba generalnie jest atrakcyjna, z wyjatkiem tych preg; no i tego, ze nieumiejetnie flirtuje, zwlaszcza, jak sobie wypije na przyjeciach;

Bob opowiada o swoim niedorozwinietym synu, ktorego nazywa idiota, zona sie obrusza, ale przeciez syn jest idiota, wiec Bob tylko nazywa rzeczy po imieniu. Bob chcialby sie go pozbyc, oddac go do jakiegos przytulku czy cos, zona tez by chciala, ale zadne z nich nie odwazy sie o tym porozmawiac.

Bob opowiada o swoich kochankach, i dziewczynach, z ktorymi flirtuje, i o tym, co o nich mysli. O tym, jak chcialby sobie potrzymac ich cycuszki, ale nie za dlugo, bo cycki go nudza; o tym, jak chcialby przeleciec kogos tam, ale chyba sie nie zdecyduje, bo go to nudzi. I tak dalej.

Zdecydowanie warta przeczytania, chociaz pod koniec (477 stron) troche juz dosyc mialam tego pieprzenia, dymania, jebania, cyckow, dup… I tak dalej.

 

2. Winston Groom, Taka sliczna dziewczyna.

I taka nudna ksiazka…..

Akcja dzieje sie w Los Angeles (dlaczego wiekszosc ksiazek, ktorych akcja dzieje sie w LA jest nudna?). Delia, ktora przeleciala chyba polowa facetow w Stanach Zjednoczonych, jest szantazowana. I jeden z jej bylych kochankow postanawia rozwiklac tajemnice szantazu. Ale Delia nie chce mu zbytnio pomoc. Nie chce powiadamiac policji, nie chce angazowac detektywow, nie chce pokazac listow ani wyjawiac szczegolow tych listow….

Delia jedynie zrobila liste swoich bylych kochankow (niektorych), bo wyglada na to, ze szantazuje ja byly gach.

Ani jezyk, ktorym ksiazka jest napisana, jakos wybitny nie jest,  ani akcja wartka, ani nie trzyma w napieciu… Kto jest szantazysta domyslilam sie od razu. Nudy na pudy, generalnie. Szkoda czasu.

Hornby i Sezon na slowka

I jeszcze kilka zaleglych lektur, ktore przeczytalam w ciagu ostatnich kilku miesiecy. Kolejnosc troche przypadkowa.

1. Myla Goldberg; Sezon na slowka. Siegnelam po ta ksiazke, iz mam hopla na punkcie jezykow w ogole. Zatem Sezon na slowka brzmialo bardzo obiecujaco. Nie rozczaorwalam sie, czytalam ksiazke z zapartym tchem, chociaz ciezko byloby sie tutaj dopatrzec wartkiej akcji.

Obraz rodziny, glownych bohaterow, jest niezwykle interesujacy: Zydzi; ojciec, ktory jest zbytnio ambitny i narzuca dzieciom swoj punkt widzenia, slyszenia, i sposob dzialania; matka, ktora jest kleptomanka, schizofreniczka, i ma manie na punkcie czystosci; syn, ktory zostaje wyznawca Hare Kriszna, co oczywiscie jest okropna zniewaga dla ojca-Zyda; i corka, niezwykle utalentowana w literowaniu tytulowych slowek; bierze udzial w konkursach.

Bardzo smutna powiesc o tym, jak dzieci potrzebuja akceptacji; o tym, jak trudno jest zbudowac udana rodzine; o poszukiwaniach.

Naprawde polecam.

 

 

 

 

2. Nick Hornby; High Fidelity. Rob zerwal z Laura. Zrobil liste osob, ktore go zranily najbardziej. Laura nie jest na tej liscie. Bo Laura go przeciez nie zranila, prawda? Otoz nie prawda. Wkrotce Rob przekonuje sie, ze Laura jest takim bardzo wielkim, dokuczliwym, i bolacym cierniem w jego tylku. Albo moze sercu?

 

 

Druga ksiazka Nick'a Hornby'ego, ktora ostatnio zaliczylam, jest 

3. A long way down (polski tytul:  Dluga droga w dol; ja czytalam po angielsku).

Tym razem bohaterem jest Martin Sharp, znany prezenter telewizyjny. On, oraz:

Maureen, samotna matka w srednim wieku, ktorej syn jest jak warzywo;

Jess, osiemnastolatka z zupelnie skopana psychika;

JJ, amerykanski rockman.

Co ich laczy? Otoz wszyscy postanowili w Sylwestra popelnic samobojstwo skaczac z wysokiego budynku.

I tak sie zaczyna akcja Dlugiej drogi w dol.

 

Ja generalnie jestem wielka fanka ksiazek Nick'a Hornby'ego. Nie dla akcji w ksiazkach. Ale dlatego, bo uwielbiam jego sposob pisania, wyslawiania sie, uwielbiam jego spostrzezenia odnosnie zycia….

Czytajac rozmyslania glownych bohaterow, bardzo czesto sobie mysle: no tak, przeciez to jest takie oczywiste, dlaczego nigdy na to nie wpadlam? Dlaczego nikt tego wczesniej nie napisal?

Hornby jest rowniez autorem ksiazki pt. Byl sobie chlopiec, na podstawie ktorej nakrecono film z Hugh Grantem.

Grzecherezada

"Marze o chwili, kiedy ci pierdoleni Arabowie wyrzna sie wrescie i przestana zawracac swiatu dupe".

 

To cytat z  Grzecherezady Kariny Obary. Ale nie jest to ksiazka rasistowska. Jest to malutka powiastka o romansie Polki z Irakijczykiem, romans odbywa sie akurat wtedy, gdy wybucha wojna w Iraku.

Nie jest to typowe romansidlo, chociaz trudno byloby zaliczyc Grzecherezade do ksiazek najwyzszego lotu.  Czyta sie ja calkiem przyjemnie, ja akurat zwracalam uwage na roznice kulturowe Polki i Araba; na to, jak roznie oni postrzegaja zwiazki miedzyludzkie, to, co jest ok a co nie jest w porzadku, to, jak sie powinna/ nie powinna zachowywac kobieta…

Ciekawa lektura, ale nie wybitne dzielo. 

Sobowtor gwiazdy?

Nie pamietam, ale chyba nie umieszczalam swojego zdjecia na Mazusach. Zatem jesli ktos chce wiedziec, jak wygladam, niech sobie popatrzy na gwiazdy. 

Osobiscie tak srednio sie z tym zgadzam, ale gdzie ja tam sie mam rownac do komputera…. bo dziala to w ten sposob, iz laduje sie swoje zdjecie, program analizuje twarze, i wybiera gwiazdy, ktore najbardziej sa do nas podobne.

Mysle, ze na moje podobizny nie bez wplywu bylo to, ze na zdjeciu mialam usta pomalowane czerwona pomadka…. gdy zarzucilam inne zdjecie, bez pomadki, wygladalam jak….. Owen Wilson!  No coz. Wole myslec, ze jestem podobna do Ashley Judd! Lauren Graham pojawila mi sie w dwoch zdjeciach, zatem moze cos w tym jest???

 


I don't think I put my photo on Mazusy, so if someone wants to know how I look, should look at the celebrities.

 

I don't really agree with this, but how can I not agree with a computer…. because it works like this: you upload your photo, the software analyses the faces, and chooses the celebrities that you look like most.

I think the fact that I had red lips on the submitted photo didn't remain without any influence…. when I put a photo without lipstick, I looked like….. Owen Wilson!! Well… I think I prefer to look like Ashley Judd! Lauren Graham appeared twice (when I submitted different photos), so maybe there is some logic in it?

Sprzedalam

Kolejne swoje zdjecie, ale co wiecej! Znalazlam strone, na ktorej jest opublikowane! Nie wiem, czy to legalne, czy nie, ale link do tej strony z moim zdjeciem jest tutaj .


I sold another of my photos. What's more, I found the webpage on which it was published! I'm not sure if it's legal, hope it is, but here's the link to the page with my photo.