Igrzyska azjatyckie

Jak juz pisalam, caly Katar zyje Igrzyskami. Igrzyska odbywaja sie co cztery lata, to taki azjatycki odpowiednik naszej Olimpiady.

Impreza w tym roku odbywa sie w Doha, przygotowania trwaly juz od bardzo, bardzo dawna, bedzie sie odbywala od 1 do 15 grudnia.

Wszedzie wisza plakaty reklamujace Asian Games, budynki sa obwieszone wizerunkami roznych sportow, na ulicy pojawily sie autobusy, ktore beda dowozily ludzi na stadiony. Generalnie czuje sie ta atmosfere.

Oczywiscie nie wszystko jest takie super i fajne – np. porobily sie niesamowite korki, wiekszosc drog jest rozkopanych (bo byly swietne plany, aby te drogi poszerzac, odnawiac, niestety, jak to w Katarze, brak organizacji spowodowal, ze masa drog jest po prostu pozamykana!), a o taksowce mozna zapomniec – chcac zamowic taksowke uslyszy sie, iz pierwsza dostepna bedzie dopiero po Igrzyskach!!!

Maskotka Igrzysk jest Orry the Oryx. I wszedzie mozna kupic mnostwo pamiatek zwiazanych z tym wydarzeniem.

W wielu miejscach w Doha znajduja sie stadiony, na ktorych beda odbywaly sie roznorakie sporty – poczawszych od takich powszechnie znanych (jak np. koszykowka, podnoszenie ciezarow, boks, pilka nozna, karate i wiele, wiele innych) az po takie, o ktorych przecietny Europejczyk najprawdopodobniej nigdy nie slyszal, a na punkcie ktorych Azjaci szaleja (sepaktakraw czy wushu).

Eurosport i Eurosport 2 beda nadawaly relacje z zawodow, natomiast tutaj jest oficjalna strona Igrzysk Azjatyckich.

W nastepnym wpisie bedzie o CEREMONII OTWARCIA.

Portret rodzinny

Dostalam od Magdy, no i nie moglam sie powstrzymac, musialam tutaj zamiescic :)))))
A tak w skrocie z Kataru: Katar zyje Asian Games 2006, czyli Olimpiada. Napisze o tym wiecej juz niedlugo.
No i dzisiaj leje (to znaczy w katarskich standardach leje, po prostu kropi. Ale za to od rana).

Bo rosne!

Kilka dni temu Zuzia poszla do szkoly w kurteczce. Fakt, ze kurteczka zeszloroczna, no i z tej kurteczki nieco wyrosla. Ale ze bylo pozno, nie bylo czasu szukac niczego innego, poza tym rekawki 3/4 bywaja modne, zatem poszla do szkoly w tych rekawkach zbyt krotkich.

Dzieci w szkole sie pytaja:
– Zuzia, a dlaczego Ty masz kurteczke zbyt mala?
A Zuzia na to rezolutnie, jakby idiotom tlumaczyla:
– Bo przeciez ja rosne!


Few days ago Zuzia went to school in a jacket. I must admit that the jacket was from last year, and it was a bit too small for Zuzia. But it was late, we didn’t have time to look for anything else, besides three quarters sleeves are fashionable, so she went to school wearing this jacket.

Children asked her:
– Zuzia, why is your jacket too small?
And Zuzia answered brightly, as if she was talking to half brainers:
– Because I’m growing!

Hanna Krall

Lubie ta autorke. Lubie jej sposob pisania. Taki niby bez emocji, niby same fakty, a jednak nie taki znow bez emocji.
Ksiazka pt. Krol kier znow na wylocie nie jest wyjatkiem. Historia Zydowki, ktora przezyla wojne. Ktora za wszelka cene starala sie uratowac swojego meza, aby to on przezyl wojne. Ktora ufarbowala wlosy, aby nie wygladac na Zydowke, ktora przestala mowic, ubierac sie, stawiac torbe i modlic sie jak Zydowka. Wszystko to po to, aby uratowac meza.
Cieniutka ksiazeczka, napisana na pozor bez emocji, bez oceniania… A jednak porusza wiele emocji w czytelniku.
Ksiazka, ktora kazdy powinien przeczytac.


Kod Leonarda

Jak slyszalam do niedawna baby narzekajace: O moj Boze, jak ja czasu na nic nie mam, to myslalam: Sama sobie jestes winna, cielecino, bo sie zorganizowac nie potrafisz.
A teraz ja sama jestem taka cielecina, ktora na nic czasu nie ma.
I spac chodze o 20:30, 21…
Wczoraj zaczelam ogladac film, The Weather Man, i usnelam.

Ale chcialam napisac o filmie Kod Leonarda da Vinci, bo przeczytalam ksiazke, ktora mnie zauroczyla, a teraz w koncu obejrzalam film tez.
I niestety, musze stwierdzic, iz byla to totalna strata czasu. W ogole mi sie nie podobal.
Probowano wcisnac do filmu jak najwiecej watkow z ksiazki, w zwiazku z czym zrobil sie totalny misz masz, gdybym nie przeczytala najpierw, to z filmu nie mialabym pojecia o co tak w ogole chodzi – zero watku, zero fabuly…
Zadna z postaci jakos sie nie wybila, poniewaz sie przewijali tak szybko nie bylo czasu aby sie do zadnej z postaci ‘przywiazac’ czy chociazby wyrobic sobie na ich temat zdanie.
Postacie, w przeciwienstwie do ksiazki, byly bez zadnego charakteru. Po prostu sa mdle.
A szkoda, bo potencjal byl spory 😦


When I heard women complaining: Oh, I don’t have time for anything, I was thinking: You are the only one to be blamed, because you can’t organize yourself.
Now I’m the one who can’t organize herself.
And I go to bed at 8:30, 9 pm…
Yesterday I started watching a movie, The Weather man, and I fell asleep.

But I wanted to write about a movie Da Vinci Code, because I read the book and I loved it, so finally I decided to watch the movie too. And it was total waste of time. I didn’t like it at all.

They tried to squeeze into the movie as many things from the book as possible, and as a result the film was a mess, if I hadn’t read the book first I would have no idea what it’s all about.
None of the characters was outstanding, I couldn’t get attached to any of the characters because they were on and off the screen. Unlike in the book, they had no characteristic at all.
And it’s a pity, because it could have been a good movie 😦

Grill libanski

A dzis bedziemy mieli u nas grilla libanskiego. To znaczy bedzie u nas, ale za gotowanie odpowiedzialni beda Sabina i Mourad (jej libanski maz). Mniam mniam, dam znac jak bylo.
Udanego weekendu.


And today we’re going to have a Lebanese BBQ. I mean it will take place in our villa, but the cooking will be Sabina and Mourad’s job. Yummy! I’ll let you know how it went.
Have a nice weekend.

Libansko ormianskie klimaty

Czyli Sabina.
Z Sabina to bylo tak.
Poznalam ja juz dawno. Poznalam wirtualnie, bo osobiscie jakos sie nie udawalo – albo ona pracowala, albo ja prace pisalam, albo ja wyjechalam, albo jej nie bylo…
Ale ostatnio ja spotkalam. Sabina jest Polka, jej maz jest Libanczykiem, ale z Ormianskimi korzeniami.
Pojechalam do niej pewnego dnia. Zuzia, jak to Zuzia, od razu zazyczyla sobie kanapeczke (wiadomo, dzieci ‘w gosciach’ sa najbardziej glodne).
Sabina nie tylko dala Zuzi dwie parowy i lasanie, ale rowniez przygotowala fieste dla nas.
Warto o tym napisac, bo na stole pojawily sie przysmaki rodem z Libanu. Ba, wiekszosc z nich przygotowana przez libanska tesciowa Sabiny!

Zdecydowanie moja ulubiona byla basterma, (zdjecie powyzej), czyli cieniutenkie (jak carpaccio) platki surowej wolowiny przygotowywanej w specjalny sposob (a co mi tam! raz sie zyje, jak Ola poplacze to nic sie nie stanie). Ale smaku opisac nie potrafie, bo do niczego nie podobny. Przepyszne!

Sprobowalam rowniez lisci winogronowych faszerowanych ryzem, oraz makdous, czyli pikle z oberzyny faszerowane papryczkami. Moze nie brzmi super, ale smakuje wysmienicie!

 

Byly tez slodkosci, a jakze! Arabskie ciasteczka, domowej roboty, zwane maamoul. Sa trzy rodzaje (byc moze wiecej, nie wiem). Najpopularniejsze tutaj sa chyba te z daktylami – masa daktylowa jest zamknieta w pysznym ciastku. Ale sa rowniez z orzechami wloskimi i z pistacjami. Pychota (ponizej). Zuzia sobie torebke napchala na zapas, spryciula 🙂 Ach, i nie moge zapomniec o morelowym dzemie domowej roboty. Wysmienity! W Libanie rosna im te morele w ogrodku. Podobnie jak daktyle, pomarancze, pomidory, i maliny, ale uwaga! maliny rosna na drzewach!


Sabina.
With Sabina it was like this.
I met her long time ago. I mean I met her virtually, because personally we didn’t get the chance – either she worked, or I was writing my master thesis, or I left, or she was gone…
But recently I met her. She’s Polish, her husband is Lebanese but with Ormian roots.
One day I went to visit Sabina. Zuzia, being Zuzia, straight away asked for a sandwich. Of course, for children food always tastes better when you are visiting someone. Sabina not only gave Zuzia two hot dogs and lasagne, but she also prepared lots of food for us.
It’s worth writing about it here becasue she put on the table some delicatesen directly from Lebanon. Moreover, they were prepared by her Lebanese mother in law!
Definately my favourite was basterma, (first photo), that is very thin slices of raw beef, prepared in a special way (whatever! you live only once, if Ola cries a little bit nothing bad will happen). But I can’t describe how it tastes, as it’s not similar to anything I know. Delicious!

I also tried stuffed grape leaves, and makdous, that is aubergine stuffed with peppers. Maybe doesn’t sound appealing, but tastes great. (second photo).

There were also sweeties, of course! Arabian cookies, home made, called maamoul.
There’re three types (perhaps there are more, I don’t know). The most popular here are (I think) the ones with dates in it. There are also maamoul with walnuts and pistachios. Wonderful! (Zuzia of course put lots of these in her bag, smart pants!). Cookies are on the third photo.
And I shouldn’t forget about apricot jam, prepared by Sabina’s Lebanese mother in law. Very good it was! In Lebanon apricots are growing in the back garden. So do the dates, oranges, tomatoes and raspberries, but – attention! they grow on trees!