Poszlam wczoraj na przyjecie – jeden z dzieciakow u Zuzi w szkole mial urodziny.
Poszlam, i tak sie oprzec swoim myslom nie moglam – pasuje tu jak kwiatek do kozucha. Bo tu same wyzsze sfery,a ja taka pospolita, zwyczajna dziewczyna jestem, co to nie ma czasu isc do fryzjera czy manicurzystki, ba! nawet nianki nie ma! No i w dodatku wille mamy tylko czteropokojowa (lub trzy sypialnie, angielskim sposobem, bo tam sie liczy sypialnie, nie pokoje), a nie siedmio, na zwyczajnym osiedlu, a nie na jednym z tych super super drogich, oraz, o zgrozo! moj maz nie jest zadnym dyrektorem.
A willa, w ktorej bylo przyjecie! Lo Matko Boska! Zupelnie jak luksusowe apartamenty pokazowe w jakims super nowoczesnym budynku. Ze nie wspomne o rozmiarze!
Zatem troche tam odstawalam, zwlaszcza ze mialam spocona z wysilku, czerwona twarz, zmierzwiony wlos, oraz dziecie na reku. Mysle, ze nie bede zapraszana na luksusowe herbatki przez luksusowe paniusie do ich luksusowych willi.
Jakos mnie to nie martwi 🙂

Przeczytalam wlasnie ksiazke, ktora byla najnudniejsza od daaaaawna. Co mnie bardzo zdziwilo, poniewaz autorke tej ksiazki, Joanne Harris lubie bardzo. Wszystkie jej powiesci, ktore przeczytalam do tej pory, t.j.
Chocolate,
Five Quarters of an Orange; oraz
Sleep pale sister bardzo mi sie podobaly – Harris pisze ksiazki nastrojowe, jej opisy wrecz ociekaja smakiem, czytajac jej powiesci czulam sie jakbym byla w centrum wydarzen.