Poniewaz moja znajoma wyjezdza z Kataru na dluzej, postanowilam zaprosic ja na obiad.
Wstawilam
wieprzowinke (z Polski przywieziona, zamrozona, cenna jak zloto) z
wolowina, na gulasz, mialo sie toto gotowac 3 godziny, aby mieso bylo
mieciutkie.
I sie gotowalo. Zamknelam drzwi od kuchni, aby
zapachy po calym domu sie nie rozchodzily. Od czasu do czasu tam
zagladalam, wody dolewalam, dopoki o gulaszu nie zapomnialam.
Gdy
sobie przypomnialam, poszlam do kuchni. Otworzylam drzwi. A tu jak mi
czarny dym w twarz nie buchnie! O cholera! Caly moj gulasz sie
przypalil! Cale to cenne mieso! Ale najgorsze bylo to, ze goscie za 2
godziny przychodza! CO ROBIC???
Udalo mi sie uratowac nieco
miesa, tyle co na obiad dla przedszkolaka. I wymyslilam sobie, ze jak
dorzuce do tego piersi z kurczaka, to mi sie zrobi ladna porcja
obiadowa. A piersi z kurczaka, bo sie najszybciej gotuja.
Dzwonie zatem do sasiadki.
– Masz piersi z kurczaka?
– Jestem wegetarianka!
No tak. Lece do drugiej sasiadki. Tej nie ma w domu, maz w pizamie mi otwiera.
– Macie piersi z kurczaka?
– Nie wiem.
Poszedl, poszukal, nie mieli.
Wsiadam
w samochod (z metrowym brzuchem i czterolatka) i jedziemy do sklepu.
Nie maja piersi z kurczaka. A czasu coraz mniej. Pedem jedziemy do
drugiego sklepu. Mieli. Zamrozone. Kupilam.
Rozmrozilam, dorzucilam do gulaszu, wygladalo toto i smakowalo tak sobie, ale trudno, wyjscia nie ma.
Zabralam sie za babke (bo chcialam babke na deser upiec).
Z
braku sprzetu (miksera do ubijania ciasta) musialam uzywac tego, co
mialam (czyli ubijaczki do bialek). Oczywiscie mi sie to ciasto po
calej kuchni rozpryskiwalo – ja wlaczam ubijaczke, a ciasto chlup, na
Zuzie, chlup, na podloge, chlup, na ksiazke kucharska!
Zuzia chciala pomoc, wbija jajko do masy, jajko chlup, na stol!
Wlewa mleko do masy, a mleko chlup, na podloge!
Ja ubijam ciasto, a ciasto chlast, po twarzy mnie, chlast, po twarzy Zuzie!
Nie jest zle, panuje nad sytuacja! Ciasto w foremkach, do piekarnika.
Potlukla sie filizanka! Cholera!
Dobra,
nie jest zle, juz sie prawie wyrobilam, teraz tylko ziemniaki, warzywa,
i gnocci (postanowilam zrobic eksperyment – gnocci z serem ricotta i
szpinakiem; nie bylo szpinaku, wiec kupilam jakies inne zielsko,
okazalo sie ze to chyba lebioda byla).
Nagle – ZABRAKLO GAZU! (mamy gaz z butli, 10 riali za butle). W takim momencie!
Matt dzwoni po gaz.
– Za ile bedziecie? To bardzo pilne, bardzo! Jak bedziecie za pol godziny zaplace wam nie 10 a 30 riali za ten gaz!
Byli po 30 minutach.
– Zaraz, co tak smierdzi?
Babki sie przypalily! Na wierzchu spalone na wegielek, w srodku surowe! Zamiast na 180 nastawilismy piekarnik na 290 stopni.
Przyszli goscie. Dobrze, ze przyniesli ciasto czekoladowe!
Gnocci zamiast 2 minut gotowaly sie 15 minut, a i tak byly surowawe. No
i wyszly twarde jak pociski armatnie. Goscie dyplomatycznie
stwierdzili, ze nigdy gnocci nie jedli, wiec jak dla nich moze byc,
smaczne nawet bardzo.
Chyba mi sie obiadow odechcialo na jakis czas. A dzis umieram z wyczerpania. Ech, przynajmniej bedzie co wspominac!