Znow o ciazy, ach te ciaze

A Wy to jak zwykle wszystko zgadniecie od razu. Jedna z moich wiadomosci zgadlyscie od razu.

Aczkolwiek, zapewniam, to nie bedzie kolejny blog ciezarnej babki. A gdybym sie zaczynala zapominac, to prosze o przywrocenie do pionu. (gratulacje mozna skladac :))

Napisze tylko ze Junior tudziez Juniorka ma 11 tygodni i 6 dni, wazy 111g., ma piec i pol centymetra dlugosci i szczeke szeroka jak zaba. Podobno pojawi sie na swiecie 15 maja, co oznacza, ze tego dnia wypadaloby zmienic nazwe Mazusow. Niestety, pomyslow w tej chwili na zmiane mi brak.

Urodzi sie najprawdopodobniej w Katarze, wiec doswiadczenie moze byc ciekawe. Porod jednakze zrujnuje finansowo biednych rodzicow, bo kazda wizyta kosztuje 100QR, USG kosztuje 150QR, krew i mocz tez za darmo nie sa.

A sam porod? he he he, ‘jedyne’ 4500 riali. A jak, nie daj Panie Boze, konieczne bedzie cesarskie ciecie, to wtedy 9000QR.

Moze otworze konto, beda chetni na datki? 🙂


This is not going to be a blog of a pregnant woman, if I forget about this promise please, remind me. But you can congratulate me, of course :))

I’ll just write that Junior is 11 weeks and 6 days old, weighs 111 grams, is five and a half centimeters long, and its jaw is enormous like frog’s mouth. It’s supposed to be in this world on 15th of May, which means that I should change Mazusy name. However at the moment I have no ideas on what it should be.

The baby will most probably be born in Qatar, so it can be quite an interesting experience. It will ruin poor parents though, every visit costs 100QR, scan 150QR, blood and urine checks also cost money.

And labour itself? Well, it’s ‘only’ 4500 rials. And if, touch wood, it has to be a Cesarian, it costs 9000QR.

maybe I’ll open up an account. Anybody willing to contribute? 🙂

Zmiana czasu

Ta zmiana czasu doprowadza mnie do szalu. Bo w Katarze czasu sie nie zmienia. Zatem teraz sa dwie godziny roznicy. Niby niewiele, a jednak! Gdy u nas jest 8 rano, w Polsce jest 6, i swiat jeszcze spi…

Wlaczam TV, a tam wszedzie przerwy. I odwrotnie, wieczorem, gdy cos sie zaczyna o 21 (powiedzmy jakis film na Canal+), to u nas juz jest 23 wieczorem, czyli czas na spanie…. Bleeee!

Najczarniejszy strach

Dostalam ochrzan od rodzicielki, ze sie z Mazusami obijam. No coz, jakos tak nie mam zaciecia ostatnio.

Rodzina angielska wyjechala, zostawila mi rozwydrzonego dzieciaka (o Zuzi mowa. Po prostu tak sie z nia bawili, ze teraz mloda uwaza calodzienne zabawy za cos naturalnego. Naturalnie ja tak nie uwazam, wiec jest konflikt rodzinny).

W Polsce nastapila zmiana czasu, a w Katarze nie. Zatem gdy ja siadam do komputera o 8 rano, wiekszosc z Was slodko jeszcze spi, bo jest godzina 6:00.

Powrocily upaly, a juz myslalam, ze zima idzie.

No i przeczytalam kolejna ksiazke, Harlan Coben, Darkest Fear, na polski zostala przetlumaczona, polski tytul Najczarniejszy strach. Inne ksiazki tego autora mozna zobaczyc tutaj. Ostatnio jestem pod wrazeniem ksiazek Coben’a, pierwsza jego powiesc (Tylko jedno spojrzenie) przeczytalam przypadkiem, a teraz mnie wciagnelo. Sa to – bo ja wiem? powiesci detektywistyczne z watkami thrillerow? W kazdym badz razie bardzo ciekawe, trzymajace w napieciu, pelne niesamowitych, zaskakujacych zwrotow oraz falszywych sladow prowadzacych donikad. Zdecydowanie polecam 🙂

O ciazy

Bedzie o ciazy, ale nie o mojej. Bedzie o ciazy-bohaterce. Bo to ciaza, moim zdaniem, jest glowna bohaterka ksiazki Tony Parsons pt. Kroniki rodzinne.

Sa trzy siostry, jedna desperacko chce dziecka, ale w ciaze zajsc nie moze; druga dzieci w tym momencie miec nie chce, ale jej sie wpadka zdarza; a trzecia w ogole nie wyobraza sobie siebie w ciazy i ma faceta, ktory podwiazal sobie nasieniowody. Ale (jak to w zyciu bywa 😉 ) nagle zmienia zdanie, i chcialaby zostac mama.

Akcja ksiazki toczy sie wokol tematu ciazy, ciaza jest w niej szeroko dyskutowana, przezycia dotyczace ciazy przewijaja sie przez ksiazke wartkim strumieniem.

Nawet ciekawa ta ksiazka, ale zbyt wiele w niej ciazy. Zupelnie jak w tym wpisie :)))


I just read a book, Tony Parsons The Family Way. This is a book about… pregnancy.

There are three sisters, one desperately wants a child, but she can’t get pregnant; second doesn’t want to have a child at the moment, but she does get pregnant by accident; third one doesn’t want to have children at all and she has a boyfriend who had vasectomy. Unfortunately (as it happens in real life ;)) all of a sudden she changes her mind and she decides that she wants to be a mum.

The book is about pregnancy, pregnancy is widely discussed in the book, it’s all about experiences during, before, and after pregnancy.

It’s quite interesting, this book, it’s just that there is too much of pregnancy in it. Exactly as in this diary entry :))

Dwie wiadomosci

Mam dwie wiadomosci, jedna wazna i jedna bardzo wazna, ale o tym jeszcze nie teraz. Moze wkrotce. A na razie ide sie polozyc, bo zmeczona jestem.

Wiecie, ze zarcie w restauracjach sie moze przejesc? Juz od tygodnia jemy w restauracjach, i mi sie za przeproszeniem wymiotowac chce jak tylko sobie pomysle o restauracji.

Ale przeciez sie ich nie przekona, ze w domu ugotowane tez moze byc dobre. W koncu jedno nie lubi ziemniakow, drugie nie tknie zupy, trzecie patrzec na pomidory nie moze…. i badz tu czlowieku madry.

Sol w platkach

Zdarza sie Wam posolic herbate? Dzisiaj Leigh, siostra Matt’a, szczodrze sypnela sola po platkach z mlekiem.

Ja raz chcialam, aby nalesniki byly smaczniejsze, i wsypalam ‘odrobine’ soli do ciasta. Ach, widocznie odrobina to jest mniej niz lyzeczka, bo nalesniki byly paskudne.

Albo cukier wsypany do zupy… tez mi sie zdarzyl.


Do you happen to put salt in your tea? Today Leigh, Matt’s sister put generous amount of salt on her morning cereal with milk.

Once I wanted pankakes to taste better, so I put ‘a bit’ of salt into the dough. Well, apparently ‘a bit’ is much less than spoonful, because pankakes were gross.

Or sugar put into soup… also happened to me.

Iftar

O namiocie ramadanowym pisalam, dzis bedzie o Iftar, czyli pierwszym posilku przerywajacym calodzienny post. Wybralismy sie na takowy do Doha Club.

Na stolach na talerzykach staly przygotowane daktyle – to nimi wlasnie przerywa sie post. Stal tez w szklankach laban, czyli cos co przypomina w smaku kefir naturalny.

Stoly byly olbrzymie, najmniejszy nakryty na 7 osob. Nie bez powodu. Posilek iftar jest spozywany w bardzo licznym gronie – do Doha Club przyszly cale rodziny, po 15, 20 osob.

Iftar mial forme bufetu. I chociaz przyszlismy nieco wczesniej, i chociaz wszystko bylo przygotowane, nie moglismy zaczac jesc dopoki slonce nie zaszlo.

Zarcia bylo co niemiara. Najpierw podano nam zupe z zielonego groszku, przepyszna byla. Pozniej przystawki, oczywiscie arabskie.

Na zdjeciu ponizej w lewym dolnym rogu widac warzywa marynowane – bardzo kwasne i najczesciej ostre. Lubiane przez Arabow bardzo. A kto mi powie co to jest obok warzyw? Ma to konsystencje i wyglad paprykarzu (takiego z puszki), i jest bardzo ostre w smaku?

Pozniej dania glowne: ryz z kurczakiem, miesa z grilla, curry z kurczaka, hamburgery (z wolowiny, oczywiscie), pierozki smazone z miesem w srodku, ryba zwana hammour, warzywa, i kilka innych rzeczy, ktorych nie znam. Byly nawet ozorki jagniece. Niestety, nie sprobowalam 😦

I desery.

Tradycyjny deser z ryzu Um Ali, slynna juz Mahalabiya, i inne ciastka, musy czekoladowe, nawet galaretka z owocami!

A ze to byl bufet, czyli jedz ile mozesz, po powrocie do domu wazylam o poltora kilograma wiecej!!!! Po jednym posilku! Calosc przebiegla dosyc szybko, zaczelo sie okolo 17, o 18:30 juz prawie wszyscy goscie sobie poszli. Pewnie odpoczac, zanim wybiora sie do namiotu.


Today I’ll tell you about Iftar, that is a first full meal after all day fasting. We went to Doha Club for that.

On the tables there were dates waiting for us – fasting is broken with dates. There was also laban in glasses – some kind of sour milk, I can’t describe it better.

Tables were huge, for at least 7 people. Not without a reason. Iftar meal is eaten in a company of whole family, to Doha Club families of 15, 20 people came to eat.

Iftar was a buffet. Although we came earlier and everything was ready, we couldn’t start eating before sunset.

Food was plentiful. First we were given green peas soup. Wonderful. Then starters, of course arabic. Photos above.

Then main meals: rice with chicken, grilled meats, chicken curry, pepper beef burgers, some kind of fried dumplings with minced meat inside, fish called hammour, vegetables, and few other things which names I don’t know. There were also lamb’s tongues. Unfortunately I haven’t tried these 😦

And desserts. Traditional rice pudding called Um Ali, famous Mahalabiya, other cakes, chocolate mouses, and even jelly with fruit.

And because it was a buffet, read eat all you can, I came back home heavier a kilo and a half!!! After one meal!!
The whole thing ended relatively quickly – started just after 5p.m., and at 6:30p.m. most of the guests were gone. Getting some rest probably before going to Ramadan tent.

Chorowanie

Chorowanie w Katarze nie jest tanie. Wizyta u lekarza 100 riali, antybiotyki 57 riali… wazne, ze juz mi lepiej.

Rodzina angielska przyjechala w odwiedziny, a ze jest Ramadan to zbytnio nie ma gdzie ich zabierac w ciagu dnia (wszystko pozamykane). Wiec siedza w domu, ksiazki czytaja, i niezmiernie sie nudza.

Lece szukac rozrywek, jutro napisze wiecej.

P.s. pomimo, iz strona po arabsku to tylko literki, to i  tak jest zaskakujaca. I fajnie poszpanowac mozna, nie? 😉

Mazusy po arabsku

Dzieki jednej z moich czytelniczek mozna sobie poczytac Mazusy po arabsku. Nie wiem, jakim cudem, i czy to co tam jest napisane rzeczywiscie ma sens i cos znaczy po arabsku. Jak ktos wie, dajcie znac. Ale i tak fajnie popatrzec, prawda?

Z powodu anginy i wizyty angielskiej rodziny nastapila przerwa w nadawaniu programu. Mniemam iz od niedzieli program powroci na antene.


Thanks to one of my readers here’s a link to Mazusy in Arabic. Not sure how it works and whether what’s written there really means something in Arabic. So if you know, please, let me know as well. But anyway, it’s nice to look at, isn’t it?

Arabskie jedzenie

Menu w namiocie ramadanowym jest krotkie, ale jakze tresciwe!

Byc
moze widzicie, ze wiekszosc dan ma nazwy arabskie. Bardzo to lubie.
Zazwyczaj wybieram dania nie wiedzac co zamawiam. Dopiero gdy jedzenie
wjezdza na stol wiem, co zamowilam. Jesli chodzi o jedzenie nie jestem
wybredna, wiec moge sobie pozwolic na takie eksperymenty.

Tym razem tez tak bylo. Zamowilismy cala mase jedzenia. Kilka przystawek:

  1. Salata Khadra, czyli salatka orientalna. Orientalna to ona nie byla, moim zdaniem, bo byla to po prostu salata, pomidory, ogorki, cebulka.
  2. Salata Tahina (zapomnialam,
    ktore to bylo. Byc moze te zolte fasolki. Dosyc twarde, ale smaczne.
    Albo cos, co w smaku przypomina humus, tyle ze jest bardzo rzadkie).

    3. Salata Zabadi – czyli z jogurtem (zabadi znaczy jogurt). Jest to naturalny jogurt z drobniutko posiekanym ogorkiem. Przepyszne.

    4. Humus – kazdy zna, prawda?
    5. Termas – to znow, albo zolte fasolki (powyzej na zdjeciu), albo masa przypominajaca w smaku humus.

Dania glowne to:
    6. Shish Kebab – grilowane kawalki baraniny
    7. Chicken Schwarma – danie z kurczaka. Jest na drugim zdjeciu powyzej, po lewej stronie, taki kurczak na salacie.
    8. Tamya – pyszne kulki zrobione nie wiem z czego, byc moze z rozgotowanej fasoli? Konsystencje
ma jak kotlety ziemniaczane. Sa one panierowane i smazone w glebokim
tluszczu.

    9. Koshari
tradycyjny ryz arabski. Jest to ryz wymieszany z roznymi rodzajami
makaronu (!!), na wierzchu polany sosem pomidorowym. Bardzo smaczny.

Na deser:

    10. Baklawa – wiadomo.
    11. Balah el Sham – bardzo slodkie, bardzo tluste ciastko, w ksztalcie grubego paluszka. Nasaczone niesamowicie slodkim i tlustym syropem.
    12. Mahalabiya – jak to Matt okresla, ‘zamrozone mleko’. Cos o konsystencji zamrozonego ptasiego mleczka.

Generalnie
arabskie desery maja forme naszych paczkow (tych takich malutkich,
wiecie?), tyle ze nasaczonych tym tlustym, slodkim jak cholera sosem.
Tak bardzo nasaczonych, ze sos az ocieka po palcach jak sie je te
ciastka.

Do picia dwa soki arabskie:

    13. Sous – sok nie wiem z czego. Ale smakuje jak perfumowana, slodzona woda.
    14. Kamar A’din – sok z moreli.

O
ile jedzenie arabskie jest pyszne, o tyle sokow nikomu nie polecam. Dwa
razy probowalam arabskie soki, i dwa razy zostawilam je prawie
nietkniete. Sa po prostu OBLESNE. Smakuja jak slodka woda zaprawiona
perfumami. Nie wiem, z czego oni to robia, ale juz wiecej nie zamowie 🙂

Obzarlismy sie do granic niemozliwosci. To chyba grzech? 🙂