Kilka ostatnich zdjec z Ukulhas

Ostatniego dnia w Ukulhas wlasciciel hoteliku zapytal mnie, czy nie zmienilabym swojego pokoju. Bo para w innym pokoju chciala zmienic. Pytam dlaczego? Zaczal cos motac, ze deluxe, ze superior, ze troche wiekszy… dobra, mowie, mi nie zalezy, ostatnia to noc, moge sie zamienic.

Poszlam na plaze na godzinke, wracam do swojego nowego pokoju…. Bozesz. Farba ze scian zlazi – nie odrobine, nie, na calych scianach. I SMROD! Musialam wyjsc, bo myslalam, ze zwymiotuje. Pozniej zajarzylam, ze jak rozmawialismy pierwszej nocy, to mi powiedzial, ze para narzekala na komary, i musial im zapewnic pokoj w innym hotelu. Dziwne, ale ok, ludzie sa rozni. Drugiego dnia para chciala ‚wiekszy pokoj’. Oczywiscie, obydwie pary mialy , ten smrod, ktory wlasiciel chcial mi wcisnac. Powiedzialam, ze bardzo mi przykro, ale nie, nie dam rady, nie jestem wymagajaca, ale w tym nie da sie nocowac.

Nie robil problemu, zawiozl mnie do innego hotelu (ktory tak naprawde jest chyba nawet troche lepszy, ale dalej od plazy – mi nie zalezalo, bo jutro rano wyjezdzam). W nowym hotelu musialam wode na herbate gotowac na lozku, bo to bylo jedyne gniazdko, ktore dzialalo 😀

Ale powiedzialam mu, aby przestal ludziom ten pokoj wciskac, niech go odremontuje albo zamknie, bo bedzie dostawal negatywne opinie – a szkoda, bo hotelik calkiem fajny, i doslownie trzy kroki od pieknej plazy, i w dobrej cenie (Sea View Hotel, jakby ktos sie pytal. Prosze unikac pokoju numer 8).

Wpis ten pisze w srode wieczorem, korzystajac, ze mam internet, i zaplanuje go na piatek. Bo jutro lodz z powrotem na Hullhumale, i stamtad lodka kolejna zabierze mnie na ‚okret’, na ktorym spedze 10 dni, codziennie nurkujac!

Oh, gdy zamawialam safari, ze wszystkich lodzi, ktore mialam do wyboru wybralam Blue Voyager. Na kilka tygodni przed podroza statek splonal!! Na szczescie udalo im sie zapewnic ‚zastepstwo’, wiec nie musialam odwolywac wakacji, ale przez tydzien naprawde sie balam, ze strace tyle kasy (hotele, loty) i nie ponurkuje na Malediwach….

Wiec na zakonczenie jeszcze kilka zdjec z Ukulhas.

Oh, i jeszcze dwa slowa o krabach – pelno ich jest na plazy, rozne rodzaje, wychodza rano i wieczorem, i czlapia po piasku, do przodu lub do tylu, a jak sie przestrasza, to sie chowaja do skorupki. Jeden z nich nawet fikolka zrobil!

Zbieralam muszelki, i trzymalam ich kilka w dloni, gdy nagle czuje, cos mnie laskocze! Ja patrze, a to ten krab w bialej, szpiczastej muszelce probuje sie wydostac! Od razu zajrzalam do swojej sakiewki, do ktorej wczesniej wlozylam taka sama ‚muszelke’, o oczywiscie, biedne zwierzatko nie mialo pojecia, gdzie jest i skad taka ciemnosc! 😀

Zdjecie czerwone – jest bez zadnego filtra, zrobione jest przez okulary sloneczne.

A zjecie z krabem zostawiajacym za soba slad zatytulowalam: Isc w strone slonca.

Rzeczy na ostatnim zdjeciu wygladaja jak smieci, ale wydaje mi sie, ze to jest w celu budowania zatory wodnej (to bylo przy fazie 2 Ukulhas, o ktorej wczesniej pisalam).

Troche o jedzeniu.

Nie bardzo wiedzialam, czego sie spodziewac po jedzeniu, ale musze przyznac, ze milo mnie zaskoczylo. Z mojego bardzo ograniczonego doswiadczenia, popularne tutaj sa curry (wplywy hinduskie), no i bardzo duzo ryb – oczywiscie! Nie bede sie wymadrzac, pokaze Wam tylko co ja jadlam.

Pierwszego wieczoru osmiornica grillowana, podana z salatka i sosem pieprzowym. Przepyszna (chociaz twarda, jadlam juz kilka razy osmiornice, ale nie pamietam, czy tez byla taka ‚zujaca’. Do tego swiezo wycisniety sok z mango. $20.

Na sniadanie poprosilam o tradycyjne sniadanie malediwskie. Dostalam mashuni, czyli mas-ryba, huni-kokos, zatem drobniutko posiekanego tunczyka ze swiezym kokosem, czerwona cebula i limonka. Podane z roshi, (Ciapati) i jajkiem sadzonym. Barzo mi to smakowalo. Nastepnego dnia sprobowalam drugiego dania z menu tradycyjnego sniadania, kulhimas – czyli tunczyk z przyprawami, bylo to rowniez bardzo dobre, wieksze kawalki tunczyka w ostrym, pomidorowym sosie (zapomnialam zrobic zdjecia, ale ponizej tak wygladalo mashuni)

Nastepnego dnia na obiad zjadlam tradycyjna zupe malediwska – czysty rosol, ktory smakowal jakby byl robiony na wolowinie, pikantny i kwaskowaty, z kluskami oraz z kawalkami suszonego tunczyka (jak widzicie, tunczyk to tutaj jak w Polse wieprzowina lub ziemniaki…) – tunczyk jest suszony na sloncu przez tydzien, mozna go przechowywac przez kilka miesiecy pozniej. Przed dodaniem do zupy podsmaza sie go troche. Byl ok, troche twardawy, ale zupa, pierwsza klasa, bardzo pyszna!

Do tego devilled prawns, czyli krewetki w pikantnym sosie pomidorowym, rowniez nieco kwaskowatym. I do tego sok z guawy, swiezy, oczywiscie. Koszt: $20. Restauracja wygladala jak takie idz mi stad pinc zlotych, nikogo w niej nie bylo, ale jakosc jedzenia totalnie mnie zaskoczyla, naprawde swietna!