Troche o jedzeniu.

Nie bardzo wiedzialam, czego sie spodziewac po jedzeniu, ale musze przyznac, ze milo mnie zaskoczylo. Z mojego bardzo ograniczonego doswiadczenia, popularne tutaj sa curry (wplywy hinduskie), no i bardzo duzo ryb – oczywiscie! Nie bede sie wymadrzac, pokaze Wam tylko co ja jadlam.

Pierwszego wieczoru osmiornica grillowana, podana z salatka i sosem pieprzowym. Przepyszna (chociaz twarda, jadlam juz kilka razy osmiornice, ale nie pamietam, czy tez byla taka ‚zujaca’. Do tego swiezo wycisniety sok z mango. $20.

Na sniadanie poprosilam o tradycyjne sniadanie malediwskie. Dostalam mashuni, czyli mas-ryba, huni-kokos, zatem drobniutko posiekanego tunczyka ze swiezym kokosem, czerwona cebula i limonka. Podane z roshi, (Ciapati) i jajkiem sadzonym. Barzo mi to smakowalo. Nastepnego dnia sprobowalam drugiego dania z menu tradycyjnego sniadania, kulhimas – czyli tunczyk z przyprawami, bylo to rowniez bardzo dobre, wieksze kawalki tunczyka w ostrym, pomidorowym sosie (zapomnialam zrobic zdjecia, ale ponizej tak wygladalo mashuni)

Nastepnego dnia na obiad zjadlam tradycyjna zupe malediwska – czysty rosol, ktory smakowal jakby byl robiony na wolowinie, pikantny i kwaskowaty, z kluskami oraz z kawalkami suszonego tunczyka (jak widzicie, tunczyk to tutaj jak w Polse wieprzowina lub ziemniaki…) – tunczyk jest suszony na sloncu przez tydzien, mozna go przechowywac przez kilka miesiecy pozniej. Przed dodaniem do zupy podsmaza sie go troche. Byl ok, troche twardawy, ale zupa, pierwsza klasa, bardzo pyszna!

Do tego devilled prawns, czyli krewetki w pikantnym sosie pomidorowym, rowniez nieco kwaskowatym. I do tego sok z guawy, swiezy, oczywiscie. Koszt: $20. Restauracja wygladala jak takie idz mi stad pinc zlotych, nikogo w niej nie bylo, ale jakosc jedzenia totalnie mnie zaskoczyla, naprawde swietna!