Nie bardzo wiedzialam, czego sie spodziewac po jedzeniu, ale musze przyznac, ze milo mnie zaskoczylo. Z mojego bardzo ograniczonego doswiadczenia, popularne tutaj sa curry (wplywy hinduskie), no i bardzo duzo ryb – oczywiscie! Nie bede sie wymadrzac, pokaze Wam tylko co ja jadlam.
Pierwszego wieczoru osmiornica grillowana, podana z salatka i sosem pieprzowym. Przepyszna (chociaz twarda, jadlam juz kilka razy osmiornice, ale nie pamietam, czy tez byla taka ‚zujaca’. Do tego swiezo wycisniety sok z mango. $20.
Na sniadanie poprosilam o tradycyjne sniadanie malediwskie. Dostalam mashuni, czyli mas-ryba, huni-kokos, zatem drobniutko posiekanego tunczyka ze swiezym kokosem, czerwona cebula i limonka. Podane z roshi, (Ciapati) i jajkiem sadzonym. Barzo mi to smakowalo. Nastepnego dnia sprobowalam drugiego dania z menu tradycyjnego sniadania, kulhimas – czyli tunczyk z przyprawami, bylo to rowniez bardzo dobre, wieksze kawalki tunczyka w ostrym, pomidorowym sosie (zapomnialam zrobic zdjecia, ale ponizej tak wygladalo mashuni)
Nastepnego dnia na obiad zjadlam tradycyjna zupe malediwska – czysty rosol, ktory smakowal jakby byl robiony na wolowinie, pikantny i kwaskowaty, z kluskami oraz z kawalkami suszonego tunczyka (jak widzicie, tunczyk to tutaj jak w Polse wieprzowina lub ziemniaki…) – tunczyk jest suszony na sloncu przez tydzien, mozna go przechowywac przez kilka miesiecy pozniej. Przed dodaniem do zupy podsmaza sie go troche. Byl ok, troche twardawy, ale zupa, pierwsza klasa, bardzo pyszna!
Do tego devilled prawns, czyli krewetki w pikantnym sosie pomidorowym, rowniez nieco kwaskowatym. I do tego sok z guawy, swiezy, oczywiscie. Koszt: $20. Restauracja wygladala jak takie idz mi stad pinc zlotych, nikogo w niej nie bylo, ale jakosc jedzenia totalnie mnie zaskoczyla, naprawde swietna!
Jak napisalam w poprzednim poscie, wyspa jest malutka, i w ciagu jednego dnia mozna ja zala ‘zwiedzic’. Glowna atrakcja jest snorklowanie, ale poniewaz jutro juz bede na lodzi nurkujac przez 10 dni, darowalam to sobie.
Pierwsza rzecza, ktora rzucilac mi sie w oczy, to to, ze wszedzie trzeba zdejmowac buty. W hoteliku to byla zasada numer jeden, buty zostawiamy przed pokojem. Na sniadanie rowniez nie wchodzimy w butach. Ba, nawet aby wejsc do supermarketu trzeba zdjac buty i zostawic je przed sklepem.
Nie ma tutaj ani jednej murowanej drogi. W najlepszym wypadku ubity, kamienisty piach. I nie ma rowniez samochodow. Transport odbywa sie na pieszo, motocyklami, lub takimi moto-tuktukami.
Jest jedna glowna ulica, na ktorej znajduje sie kilka restauracji, jakies male minimarkety, i bardzo duzo domow (hoteli?) ktore sa w trakcie budowy. Podejrzewam, ze za kilka, moze kilkadziesiat lat Ukulhas bedzie zupelnie innym miejscem, juz w tej chwili na jednym koncu wyspy jest cos, co wydaje sie jak budowa, na mapas google jest zaznaczone jako ‘Faza 2 Ukulhas’ – cos tam sie dzieje, jakies tam zwaly przeciwwodne, proba sadzenia roslinnosci…
Mieszkancy wyspy sa niezwykle przyjazni, zagaduja, witaja sie, usmiechaja sie caly czas.
A jesli chodzi o turystow, to chyba w 90% to Rosjanie, gdzie sie czlowiek nie ruszy to slyszy rosyjski.
Po nocnym locie wyladowalam w Male. Lub raczej na wyspie Hulhule, na ktorej znajduje sie lotnisko, i ktora jest o rzut beretem od kolejnej wyspy, Male (stolica Malediwow).
Jesli nie wiecie, Malediwy to panstwo na oceanie Indyjskim, skladajace sie z ponad tysiaca wysp zorganizowanych w 26 atoli. Do niedawna jesli ktos chcial odwiedzic Malediwy, to musial zakupic zakwaterowanie w resorcie – wysepki tutaj sa tak male, ze jedna wyspa to jeden resort. Jesli wyobrazacie sobie Malediwy i chatki ze ‘slomiana’ strzecha na nozkach ustawione w rzadku wypuszczajacym sie wglab oceanu, to wlasnie myslicie o resortach. Noc w takich miejscach kosztuje od kilkuset funtow w gore.
Ale Malediwy to nie tylko resorty, przeciez lokalni ludzie tez gdzies mieszkaja… no mieszkaja, na wyspach ‘zamieszkanych’, lub ‘lokalnych’. Dopiero w latach 70 rzad zezwolil obywatelom na otwieranie przybytkow turystycznych, oferowanie turystom noclegow. Dzieki temu za ulamek ceny mozna poleciec na Malediwy i cieszyc sie przecudnym, niebieskim i turkusowym morzem, oraz niezwykle mialkim, bialym piaskiem. (tak na marginesie, czy wiecie, ze bialutki piasek to odchody ryby-papugi? <parrot fish> Ryby te polykaja koralowce, co sie nie strawi wydalaja w takiej wlasnie formie, i ten bialy ‘piasek’ jest wymywany na brzegi oceanu tworzac biale plaze).
To tyle tytulem wstepu jesli chodzi o Malediwy. Dolecialam, wyladowalam, przechodze przez odprawe, a tu sie okazuje, ze nie mam paszportu! Szukam w panice, no nie ma, nie i koniec. Juz mi lzy zaczynaja leciec (glownie dlatego, ze moga mnie nie wpuscic, i takie wakacji mi kolo nosa przeleca), ale pracownicy graniczni spokojnie, opanowanym glosem, na pewno zostawilas w samolocie (a co jak nie? Panikuje). Wyslali kogos, i oczywiscie, cala torebke z paszportem, kupa kasy i wszystkimi swoimi kartami zostawilam… co za idiotka!
Jak juz mnie wpuscili, udalam sie do okienka D11 – hotelik, w ktorym mam zamowiony pokoj powiedzial, ze tam sie wszystkim zajma. Rzeczywiscie, jest to wszystki swietnie zorganizowane, o 10:30 zabrali nas do odpowiedniej lodzi, pobrali kase ($50 za osobe w jedna strone – to za lodz motorowa. Jest tez opcja publicznej lodzi, za $5, ale jezdzi chyba tylko raz na dzien, i czesto ja odwoluja), i po 90 minutach znalezlismy sie na wysepce Ukulhas.
Nazwy malediwskich wysp sa orkopne do zapamietania i do wypowiedzenia!
Na Ukulhas spedzam 3 dni. Jest to maciupenka wysepka, i pierwsza (z dwoch) ktora odwiedzilam na Malediwach, ale naprawde moge ja polecic. Plaze sniezno biale, jest to podobno jedna z najbardziej czystych wysp malediwskich, mieszkancy dumni sa z tego, ze codziennie ja sprzataja!
Wyspa jest taka malutka, ze drugiego dnia wybralam sie na spacer wzdluz wybrzeza. Przeszlam cala wyspe. Dookola. Zajelo mi to 59 minut. Zrobilam 3.34 km… A gdybym szla wzdluz przez srodek, to pewnie ze 20 minut by mi zajelo od jednego konca do drugiego (1km)
Co zatem mozna tutaj robic, zapytacie… idealne miejsce dla milosnikow sportow wodnych. Snorkling jest genialny, i to prosto z plazy bo koralowce sa tak blisko. Mozna sie wybrac na wycieczki – plywanie z mantami, bezludna wyspa, skutery wodne…
Malediwy sa panstwem muzulmanskim, dlatego na zamieszkanych wyspach nie kupi sie alkoholu. Nie mozna tez chodzic w bikini po ulicach – sa plaze dla turystow, i tam jest ok, ale w innych miejscach nalezy sie ubraz z poszanowaniem dla lokalnej religii.
W koncu poszlam do fryzjera. Przez jakis czas chcialam sobie przedluzyc wlosy, ale nie znalazlam nic, co byloby w odpowiedniej ceni, i co daloby mi efekt, ktory chcialabym.
Wiec postanowilam, ze przed wakacjami po prostu sobie wlosy ufarbuje. Tak, znow jade na wakacje, juz za tydzien!! Zgadnijcie, gdzie tym razem? Kilka wskazowek:
Najlepsze (podobno) nurkowanie na swiecie
Super drogo
Jezdzi sie tam na miesiac miodowy (ja polece sama)
Super niebieskie wody, i biale piaski, niezliczona ilosc wysepek
Mnostwo atoli
Panstwo muzulmanskie.
Jak zwykle, nagrody nie bedzie, ale uwielbiam Wasze sugestie!
Wracajac do fryzjera, znalazlam salon, na instagramie. Szukalam kogos, kto robie wlosy metoda ‘air touch’ – w Polsce sporo salonow uzywa tej techniki (suszarka dmucha sie na wlosy, aby te krotsze sie oddzielily, i pozniej uzywa sie roznych odcieni na wlos, nie potrafie tego wytlumaczyc, ale poszukajcie sobie, jak Was to interesuje). W Anglii – z jakiegos powodu – jednak nie bardzo.
Szukalam dlugo, w koncu znalazlam salon, 40 minut od mojego miasta, ale umowilam sie na wizyte, i pojechalam.
Pani jest z Litwy (ma bardzo polskie nazwisko i imie). Zapytala mnie, co chce. Pokazalam jej kilka zdjec, ona mowi: to sa bardzo jasne wlosy. Ja mowie: ok, zalezy mi na tym, aby odrostow nie bylo widac, i siwych wlosow. I nie chodze do fryzjera czesto, bo nie lubie.
Wziela sie do roboty. Zdjela stary kolor, i pomaranczowe odbarwienia. Tak naprawde, po tym etapie moje wlosy juz wygladaly bardzo ok!! Ponizej etap posredni. Wcale niezle, co?
Caly proces zajal 5 godzin. Kosztowal 180 funtow, czyli tak naprawde porownowalna cena do Polski (a zrobione w Anglii). Efekt mysle, ze byl warty. Zuzia powiedziala, ze to sa najpiekniejsze wlosy, jakie kiedykolwiek mialam.
A Wy jak myslicie? (no i zgadujcie gdzie lece w sobote nastepna!)
Troche mi sie zapomnialo napisac, o ostatniej czesci naszej wycieczki do Indonezji.
Ostatnia wyspa, ktora odwiedzilismy, byl Lombok.
Lombok jest czesto nazywany ‚dziewiczym Bali’ – a to dlatego, ze jest tutaj stosunkowo malo turystow, zwlaszcza w porownaniu z Bali. Dwie godziny szybka lodzia na zachod od Bali, i jest sie na tej pieknej wyspie. Lombok znaduje sie w West Nusa Tenggara, najwiekszym miastem na Lombok jest Mataram. Lombok jest otoczony mniejszymi wysepkami, zwanymi Gilli. Mieszkancy Lombok to glownie muzulmanie, z korzeniami balijskimi (chociaz na Bali glowna religia jest buddyzm).
Do hotelu z portu przyjechalismy taksowka, Blue Bird, 30,000 rupii (okolo 2 funty?). Blue bird to taksowki, ktore maja konkurencyjne ceny, w przeciwienstwie do lokalnych kierowcow, ktorzy czesto probuja wyciagnac od turystow jak najwiecej pieniedzy – na przyklad podszedl do nas kierowca, i zaproponowal nam ta sama podroz za 150,000. W ogole w Indonezji trzeba sie bardzo targowac, spodobala mi sie miseczka, ktora jest osadzona na kawalku drewna, zapytalam, ile kosztuje, 750 tysiecy rupii mi powiedzial, (okolo 38 funtow), a kupilam ja od niego za 230 tysiecy (12 funtow). Ceny dla turystow sa straszliwie zawyzane.
Ale z drugiej strony trudno im sie dziwic, rozmawialam dzisiaj z facetem z centrum nurkowego, powiedzial mi, ze elektryk zarabia 5 milionow rupii (250 funtow), a sprzedawczyni w sklepie zarabia 2 miliony (niecale 100 funtow – to 500 czy 600 zlotych).
Nasz hotel jest cudowny, Holiday Resort Lombok, tuz przy samej plazy – z czarnym piaskiem, otoczony zielenia i roslinnoscia zapierajaca dech w piersiach.
Zostawilismy bagaze w pokoju, i wybralismy sie ‚na miasto’. Zjedlismy obiad w lokalnym ‚warung’, czyli tania jadlodajnia, gdzie gotuja posilki domowe. Za wolowine w smacznym sosie i duze piwo zaplacilam piec funtow. Danie nazywalo sie Gulai Beef (poprosilam kelnera, aby mi wybral cos, co jest najsmaczniejsze), okazalo sie, ze jest to rodzaj aromatycznego curry, z trawa cytrynowa, cynamonem, kurkuma, imbirem, gozdzikami i cala masa innych przypraw! Bardzo dobre, aczkolwiek wolowina byla ‚zujaca’, jak to mowimy u mnie w domu, czyli po polsku to chyba bedzie twarda?
Ponizej kilka posilkow, ktore jadlam.
9/9/2024
Dzisiaj wynajelismy skuter za 150,000 (£7.50 za dobe) i wybralismy sie na zwiedzanie polnocy. Wycieczka zajela nam 12 godzin, i przejechalismy okolo 200 kilometrow. Na skuterze!!! Wieczorem myslalam, ze nie rusze noga, a tylek tak mnie bolal, ze az pozniej dostalam siniaki!
Wycieczke zaczelismy od bardzo widowiskowej drogi wzdluz moza, od Senggigi do Pemenang. Widoki zapierajace dech w piersiach!
Po godzinie jazdy mniej wiecej krajobraz zaczal sie troche zmieniac, w okolicy Senggigi (tam, gdzie jest nasz hotel) uprawiaja glownie kukurydze. Jadac na polnoc kukurydza powoli zaczela byc zastepowna polami ryzowymi. Przejezdzalismy przez wiele terenow wiejskich, glownie wrecz przez wioski, gdzie ludzie zyja tradycyjnym zyciem. Duzo widzielismy pol uprawnych, na ktorych rosly pomidory (!! Kto by sie spodziewal), troche truskawek, duzo kapusty.
Nastepny przystanek – dwa wodospady, znajdujace sie niedaleko wulkanu. Pierwszy to Sendang Gile, a drugi nazywa sie Kielep. Drugi byl o wiele wiekszy, i naprawde robil wrazenie! Nie bylo lekko do nich dotrzec, poniewaz musielismy is duzo pod gore, kamienistymi drokami, nawet przez dwie rzeki musielismy przejsc (papa suche buty!).
Kolejnym punktem programu byl pokaz tradycyjnej techniki przedzenia tkanin, zwanej ikat. Jedziemy, jedziemy, przez wsie, korzystamy z map google. Google przywiozl nas na miejsce. Nad rzeka siedza kobiety, ktore robia pranie w rzece. Dzieciaki kapia sie na golasa tuz obok. Za ‚parking’ trzeba bylo zaplacic. Nie bylismy pewni, co to za miejsce, ale widze, ze pobieraja oplate za wstep, wiec pomyslalam – to musi byc to. Wchodzimy. Zaplacilismy za bilety, i idziemy, nie bardzo wiedzac, czego szukamy. Ludzie kapia sie w rzece, jest basen, stragany ze smakolykami, pikniki, dzieciaki gole w wodzie sie pluskaja.… Kazdy sie na nas patrzy jak na malpki w zoo, a my jako jedyni biali turysci probujemy sie domyslec, co to w ogole jest. Okazalo sie, ze przez przypadek weszlismy do jakiegos lokalnego osrodka rekreacyjnego, gdzie Indonyzejczycy przyjezdzaja wypoczac i sie zrelaksowac.
Zwinelismy sie bardzo szybko, z podkulonym ogonem, i pojechalismy dalej szukac przedziarki.
Dojechalismy, a jakze, i sie okazalo, ze to byl po prostu sklep, sprzedajacy jakies tam tkaniny!
No trudno, jedziemy dalej zobaczyc jak sie plecie koszyki. Dojechalismy, po 40 minutach. Ponowie, okazalo sie, ze byly dwa sklepy na krzyz sprzedajace koszyki, i to wszystko! Podejrzewam, ze jezeli wykupuje sie wycieczke z przewodnikiem przewodnik organizuje jakis tam pokaz dla turystow. My jechalismy we wlasnym zakresie…. No trudno.
Atrakcji wiele nie zobaczylismy, ale i tak bylo super zobaczyc, jak ludzie zyja. Nie widzielismy ani jednego turysty, za to musielismy sie usmiechac i wolac ‚hello’ setki razy – kazdy dzieciak na nasz widok machal radosnie i entuzjatycznie krzyczal ‚hello, hello!’. Nie tylko dzieciaki, dorosli tez! A jedna mama z dziewczynka, moze 6 letnia, poprosila, czy moze zrobic zdjecie swojej corki ze mna! Podejrzewam, ze bialych duzo nie widuja, bo jezdzilismy na skuterze przez tereny wiejskie, a zorganizowane wycieczki pewnie sie nie wybieraja po wsiach, tylko prosto do celu….
10/9/24, wtorek
Dzisiaj mielismy zwiedzac poludniowa czesc wyspy, ale moj kolega nie mial ochoty, wiec niestety tego nie zrobilismy. Lezalam caly dzien na basenie, patrzac na morze. Wieczorem wyszlam na kolacje, do Coco Beach. Domowe obiady na plazy, z widokiem na morze – szkoda, ze przyszlam troche za pozno na zachod slonca. Nie mieli elektrycznosci, cos sie stalo, na calej wyspie nie bylo pradu, wiec zupe z kurczaka jadlam w calkowitej ciemnosci (ze swieczka tylko, i pomagalam sobie telefonem). Coco Beach jest mniej wiecej 20 – 25 minut na pieszo od hotelu, ale bylo totalnie ciemno, wiec poprosilam, czy nie mogliby mi zamowic skuterka-taksi. Pani zaproponowala, ze pracownik mnie podrzuci – i mnie podrzucil na swoim skuterze! Uwielbiam takie historie, takie klimaty, gdzie cos sie dzieje zupelnie bez planu 🙂
11/09/24, sroda
Nurkowania nigdy nie za duzo, wiec jak zobaczylismy tuz przy naszym hotelu centrum nurkowe, zamowilismy sobie nurkowanie z lodzi na srode. Zrobilam trzy nurki, kazdy przy jednek z malenkich wysepek tuz obok Lombok – Gili Trawangan (zwane Gili T, pewnie turysci nie moga nazwy zapamietac), Gili Air and Gili Meno. Te wysepki to malenstwa, Gili Meno ma 4 kilometry obwodu, a Gili Air 5.
Nurkowanie takie sobie, aczkolwiek wizialam kilka rekinow, w pewnym momencie dwa sobie siedzialy w ‘jaskini’, i bylam tak blisko! Jakby rekiny mialy zmarszczki, to bym widziala wszystkie jego zmarszczki.
A najciekawsze, ze okazalo sie, iz centrum Scuba Froggi prowadzi Polka, Alicja, wraz z mezem Tomkiem. Mieszkaja na Lombok juz od 10 lat, i maja trzy centra nurkowe. Opowiadala jak to sie zaczynalo, jakie problemy musieli przelamywac, 10 lat temu Lombok to byl trzeci swiat. Opowiadala nam, jak czesci do lodzi nie mogla kupic, musiala do Australii po nie leciec, albo jak utrzymanie ludzi, gdy nie ma klientow, kosztuje kilka tysiecy dolarow. Opowiadala, jak wszystko bardzo szybko sie psuje, przez pogode, ale rowiez przez jakosc, Indonezyjczycy nie maja pieniedzy, wiec wszystko musi byc robione tanim kosztem. Niby zycie w raju, ale jednak sa rozne problemy, ktore trzeba obejsc.
Wieczorem bylam totalnie klapnieta, ponieaz jestem chora, boli mnie gardlo, nos zatkany, kaszel…
Ale poszlam jeszcze do warung na plazy, z widokiem na morze, i zjadlam zupe tom yum, oraz grillowana rybe mahi-mahi.
12/9, czwartek
Dzis znow wyjnajelismy skuter, i pojechalismy do tradycyjnej wioski Sasakow. Sasak to rdzenni mieszkancy Lomboku, i stanowia 85% ludzkosci tej wyspy. Pozostaly procent to ludzkosc pochodzenia balijskiego.
Wioska Sasakow to miejsce, w ktorym ludzie zyja tradycyjnie, tak samo jak kilkaset lat temu. Kobiety zajmuja sie tkaniem materialow, lub przedzeniem bawelny, a mezczyzni uprawiaja role.
Wioska niestety mnie rozczarowala bardzo, z kilku powodow. Spodziewalam sie, ze bedzie turystycznie, ale nie myslalam, ze az do takiego stopnia! Po pierwsze stworzyli zasade, iz do wioski mozna wejsc wylacznie z ‘przewodnikiem’. Nasz ‘przewodnik’ przez 5 minut oprowadzil nas po kilku straganach, poinformowal nas ze ten dach zrobiony jest z ryzowej trawy, ten z kokosowej palmy, a sciana z gowna krowiego, aby utrzymywac domy w chlodzie i odstraszac komary. Po czym poprosil o napiwek. Nie opowiedzial nam nic na temat tych ludzi, ich stylu zycia, nie powiedzial nic. Musialam sobie wszystko pozniej w internecie wyczytac.
Po drugie wioska oprocz tradycyjnych domow ze strzechami to jeden wielki stragan, gdzie sprzedawane sa tkaniny i inne turystyczne ‘pamiatki’, o cenach niesamowicie turystycznych.
Pozniej wrocilismy do hotelu, bo zadnemu z nas nie chcialo sie dalej jezdzic na tym motorku. Poza tym poludniowa czesc Lomboku jest o wiele bardziej sucha niz czesc polnocna, jest tutaj o wiele wiecej ruchu motorkowego, a co za tym idzie kurzu wszedzie pelno, i smog zapierajacy dech w piersiach.
Z powodu o wiele bardziej suchego klimatu w porze suchej roslinnosc jest pozolkla, i nie mozna nic uprawiac oprocz kukurydzy – to by wyjasnilo, dlaczego, o ile pamietacie wczesniej o tym pisalam, pola kukurydzy zaczely sie zamieniac w pola ryzowe czym bardziej na polnoc. Na polnocy ryz mozna uprawiac caly rok, na poludniu tylko raz w roku, w czasie pory deszczowej.
13/9 piatek
Dzis wzielismy taksowke i przyjechalismy do Kuta, poludnie Lomboku. Glownie dlatego, bo zle zpojrzalam na daty, i zamowilam hotel o jedna noc za krotko, a jak sie zorientowalam, to juz nie mieli wolnych pokoi. Hotel w Kuta, Novotel, zamawial moj kolega. Jak przyjechalismy to sie okazalo, ze hotel jest na totalnym zadupiu, kilometry od czegokolwiek. I w dodatku reklamujacy sie jako ‘swietne miejsce na romantyczny wypad’. I rzeczywiscie, od razu bagazowy zapytal nas, czy to jest nasz miesiac miodowy, i nie wierzyl, ze jestesmy tylko znajomymi. Uwierzyl dopiero jak zobaczyl ze mamy dwa osobne lozka.
A hotel sam w sobie swietny, z prywatna plaza, widokiem na gory, oferujacy wille z prywatnym basenem (my wzielismy standardowy pokoj) i bungalowy ze slomianymi dachami…
Towarzysz podrozy odsypial kaca, wiec ja spedzilam troche czasu na basenie na plazy, i porozmawialam sobie z ‚beach boys’, jak sie nazywali, pracownikami, ktorzy wydawali reczniki kapielowe. Padla nawet propozycja malzenstwa od Chilli Boy, oraz od Sammy propozycja najpierw randki (koncze o 20, wezme Cie na skuter i pojedziemy do miasta…) a jak odmowilam, to propozycja wspolpracy i prowadzenia biznesu razem (ja otworze domowy hoteli, i bede sciagala gosci, a on bedzie zapewnial im rozrywke. Tak naprawde wcale to glupi pomysl nie jest, mogloby miec rece i nogi.
Zarty zartami, ale tez porozmawialismy powaznie, i jak mu powiedzialam, ze za gaz i elektrycznosc place 70 funtow, to on mi powiedzial, ze to jest jego miesieczna wyplata. Ale bardzo mi sie spodobala jego postawa po tym, co powiedzial nastepnie. Ze w Indonezji ludzie zarabiaja bardzo malo, ale tez wszystko jest tanie, bo rzad dofinansowuje. W Europie wy zarabiacie wiecej, ale tez o wiele wiecej wszystko was kosztuje. To sie rownowazy, podsumowal.
Gdy siedzialam na plazy, przylaczyly sie do mnie dwie dziewczynki, Indonezyjki. Po plazy chodza dzieciaki, i sprzedaja bransoletki plecione z nitek, oraz z muszelkami. Wczesniej dalam im po 10 tysiecy rupii. Probowalysmy rozmawiac (uzywajac tlumacza w telefonie), pozniej zaczely czytac na glos ksiazke na moim ipadzie. Pozniej chcialy jakas bajke, wiec wrzucilam youtube i oddalam ipada w ich panowanie. Ale im sie podobalo! Dolaczyla do nas jeszcze jedna mala dziewczynka, z Niemiec, i tez sie smiala z bajek!
Dziewczynki mialy po 12 i 11 lat, ale wygladaly na 7 gora, malutkie takie, nie chcialam uwierzyc, ze maja 11/12 lat. A dodam jeszcze, ze z domu na plaze sprzedawac te bransoletki przyjechaly na skuterze. SAME!!
Wieczorem szybki wypad do centrum Kuta, miasteczko okazalo sie malo ekscytujace, glownie surferzy, mlodzi ludzie, dwie ulice na krzyz, jedna wypelniona typowymi turystycznymi pamiatkami, a druga jadlodajniami.
Zjadlam kolacje, wrocilismy do hotelu, i nasza przygoda z Indonezja sie skonczyla…. Potem tylko jeszcze 24 godzinny lot do Londynu, i witajcie burze, i temperatury 3 stopnie (w nocy).
P.s. Ciekawostka.
W hotelu w Kuta pracownik, gdy dowiedzial sie, ze jestesmy z Polski, opowiedzial nam historie o sportowcu, Muhammad Zohri, atleta indonezyjski. W 2018 roku wygral bieg, ale niestety nie mial flagi indonezyjskiej. Polscy sportowcy pozyczyli mu nasza flage, a Muhammad Zohri wzial ja, zlapal do gory nogami, i dumnie biegl i swietowal swoje zwyciestwo!
Na pobyt w Bali wybralam Ubud. Z kilku powodow. Na Bali bylam juz, i oblatalam wszystkie turystyczne atrakcje. Ubud pamietalam bardzo dobrze. W Bali bylismy tylko jeden pelny dzien. No i Ubud byl w polowie drogi pomiedzy lotniskiem a portem. Zatem Ubud.
Po wyladowaniu na Bali zaladowalam aplikacje, cos w stylu Uber, sa dwie, Gojek i Grab. Ceny maja bardzo podobne, ale Gojek chyba jest lepszy, bo ma wiecej lokalizacji i szybciej samochod przyjezdza. Wiec zamowilam Gojek do Ubud. Cena: 350,000 , czyli okolo 18 funtow. Pomimo, ze to tylko 36 kilometrow, jechalismy 2 godziny – korki sa okropne. Turyzm w Bali potroil sie podobno po Covid.
Nasz hotel okazal sie przecudowna oaza spokoju, a tereny hotelu wygladaja jak dzungla….
Poszlismy na lunch, zjadlam zupe rybna i popilam piwem, oraz napojem Jamu – tradycyjny drink z imbirem, kurkuma oraz cytryna. Chyba zaczne sobie taki w domu robic codziennie rano. Mozna go pic na zimno i na goraco.
Polazilismy troche bo glownej ulicy Ubud, znajduja sie na niej sklepy, restauracje, oraz salony masazu. Zobaczylismy rowniez palac w Ubud.
Wieczorem wybralam sie na tradycyjny balijski masaz, ktory kosztowal 143,000 rupii, czyli nieco ponad 7 funtow za godzine! A to bylo drogo, bo mozna masaz za 100,000 rupii, czyli niecale piec funtow. Najpierw umyly mi stopy w wodzie, w ktorej plywaly rozne kwiaty, a pozniej zaprowadzily mnie do pokoju z przyciemnionym swiatlem i lagodna muzyka, gdzie odbyl sie masaz.
Nasz hotel znajdowal sie tuz obok Monkey Forrest, parku, w ktorym zyja setki malp. Pani w recepcji ostrzegla nas, aby nie zostawiac zadnych rzeczy wartosciowych na zewnatrz, bo malpy przychodza do pokoju. Niestety, nie posluchalismy jej… rano obudzilam sie, i na tarasie bylo pobojowisko! Stol przewrocony, popielniczka na podlodze, pety dookola, telefon na podlodze, resztki jedzenia (wzielismy na wynos) porozwalane po tarasie a pudelka porozdzierane. Na podlodze lezal jakis staniczek, ktory do mnie nie nalezal, recznik, ktory do suszenia sie lezal na daszku ponizej, moja sukenka oraz bluza, ktore tez sie suszyly, zniknely. Sukienka znalazla sie pozniej na schodach, ale bluza przepadla, nie ma jej nigdzie….
Na tarasie malpy urzadzaly sobie uczte, oraz bawily sie w berka. Sa bardzo zuchwale, jedna podchodzila do mnie szczerzac zeby, az musialam uciec do pokoju.
Poszlam pozniej na sniadanie, w pewnym momencie pagoda, pod ktora siedzialam i pilam herbate zaczela sie cala trzasc. Ziemia tez sie trzesla. Myslalam, ze to znowu malpy wariuja na dachu, myslalam sobie ilez toto ma sily, aby takie trzesienie pagody wywolac, ale biegnie do mnie pracownik krzyczac: madame, emergency, emergency! Zlapalam telefon i tableta, i wyszlam spod pagody, myslac, ze moze cos z konstrukcja i sie zaraz zawali. Okazalo sie, ze wlasnie doswiadczylam pierwszego w swoim zyciu trzesienia ziemi! 7 wrzesnia, o godzinie 9:51, w skali 4.9!!
Drugi dzien w Ubud byl nieco leniwy, rano poszlismy na ‚art market’ – czyli po prostu rynek ze straganami pelnymi pamiatek, koszulek, magnesow i otwieraczy do butelek w ksztalcie penisa.
Pozniej byl masaz, 90 minut kosztowalo 250 tysiecy rupii, czyli nieco ponad 12 funtow. To byl masaz z goracymi kamieniami. Super!
Wieczorem poszlismy na obiad, w internecie ktos polecal restauracje Laka Leke, wiec tam sie wybralismy. Bardzo sie ciesze, bo pomimo ze musielismy isc do niej 30 minut, to zdecydowanie bylo warto! Restauracja znajduje sie wsrod przecudownych ogrodow, stoliki sa poustawiane wsrod zieleni, mozna siedziec albo przy tradycyjnym stoliku, lub przy niskim, na poduszkach na podlodze. Jedzenie jest znakomite, ceny przystepne, i obsluga bardzo mila. Zamowilismy chrupiaca kaczke, sajgonki, zupe tom yum z krewetkami, oraz przystawke – 2 nadziewane tofu, 2 sajgonki, 2 szaszlyki z kurczaka, oraz butelke wina rose. Obiad kosztowal nas 665,000, czyli 33 funty na dwie osoby.
Kolega, z ktorym podrozuje, zostawil w restauracji swoj kapelusz, taki, z ktorym podrozuje po swiecie, i na ktorym ma przypinki z flagami krajow, ktore odwiedzil. Tuz przy hotelu zorientowal sie, ze nie ma kapelusza, i juz mielismy wracac (kolejne 30 minut w kazda strone), a tu nagle podjezdza na motocyklu pracownik restauracji, machajac do nas kapeluszem kolegi!!! Jak sie zorientowali, ze zostawilismy kapelusz, wyslali ;pracownika na motocyklu, aby nas znalazl i oddal kapelusz! Niesamowite!
Nastepnego dnia rano mielismy zamowiona taksowke, ktora zabrala nas do portu Penang Bai (350,000, 18 funtow). Pomimo malej odleglosci, podroz zajela 2 godziny – slynne balijskie korki! W porcie odprawilismy sie, i czekalismy na nasza lodz, ktora zawiezie nas do Lombok. Wybralam szybka lodz, pomomo, ze byla drozsza od wolnej lodzi, z dwoch powodow, po pierwsze czas podrozy to 2.5 godziny, a nie 5 lub 6 godzin na wolnej lodzi, po drugie szybka lodz przyplywa do portu Senggigi, w Lombok, a ten port jest lepiej usytuowany w stosunku do moich planow w Lombok.
Lodz okazala sie dyskoteka na oceanie, siedzialam sobie na dworzu, z glosnika walila letnia muzyczka (Coco Jumbo i Modern Talking), ludzie popijali piwko (ocywiscie cena na lodzi wywindowana na maksa, 300 procent amarzy), jacys mlodociani z Walii wrecz tanczyli sobie! 🙂
Wlasnie sobie uswiadomilam, ze w tym roku mija 20 lat odkad wyjechalam z Polski.
Czy tesknie za Polska? Nie jestem pewna. Oczywiscie tesknie za Mamusia, zwlaszcza teraz, po wszystkich wydarzeniach. Moze czasami jakas tam nostalgia mnie dopada, za Polska, za zyciem, ktore tam mialam… Ale tak naprawde, to nie, nie tesknie za bardzo.
Czy wyobrazam sobie powrot do Polski i zycie w kraju? Tez chyba nie bardzo. Mysle, ze bym sie nie odnalazla jednak. Oczywiscie nigdy nie mow nigdy, bo ‘nigdy’ nic nie wiadomo, ale w tym momencie – nie.
Gdzie jest dom? Tego tez nie wiem. Nie Polska. Anglia tez nie. Wiec gdzie? Nie wiem. Gdybym umarla dzisiaj, nie wiem, gdzie chcialabym byc pochowana. Albo moze wiem, chcialabym byc skremowana, i aby moje prochy zostaly rozrzucone na Rum Point na Kajmanach. Mysle, ze bylabym wtedy szczesliwa. Czy Wy myslicie o takich rzeczach czasami? Macie takie dylematy?
A co dalej? Tez nie wiem… zawsze mowilam, ze jak dzieci dorosna, przeprowadze sie do cieplego kraju. Dzieci juz z gniazda tak naprawde wylecialy, ale nie potrafie jeszcze podjac tak drastycznej decyzji..
Czy Wy potrafilibyscie odnalezc sie w zyciu za grancia? Lub, jesli mieszkacie na obczyznie (sporo z Was mieszka), to gdzie jest dom? Moglibyscie wrocic do Polski? Moze chcielibyscie wrocic do Polski?
Pracuje w swojej organizacji juz od 11 lat. Zaliczylam 3 CEO, i powoli wspinalam sie do pozycji, na ktorej teraz jestem. Jedna z moich rol (bo mam ich trzy) sa finanse. Jestem bardzo dumna z tego, jak pracuje, i jak opiekuje sie finansami organizacji.
Nasz skarbnik, wolontariusz i czlonek zarzadu (wszyscy czlonkowie zarzadu sa wolontariuszami) pochodzi z Pakistanu. Podejrzewam, ze z powodu kultury, wydaje mu sie, ze jest ponad nami (mowie tutaj o mnie i o naszej CEO), ze jest wazniejszy, i ze to, co on powie, to tak ma byc.
N (nasza CEO) nigdy mu sie nie sprzeciwia, i zazwyczaj robi to, co on powie. Ja z kolei, mam odwage sie mu postawic, i jesli cos mi sie nie podoba, to to mowie. Co z kolei jemu sie nie podoba.
W piatek mielismy spotkanie, N, skarbnik, oraz dwoch przewodniczacych zarzadu. W pewnym momencie skarbnik zasugerowal, ze nalezy sprawdzac transakcje finansowe, aby upewnic sie, ze zadne szachrajstwa sie nie dzieje. Oczywiscie, trzeba, ja sie z tym zgadzam. Ale sposob, w jaki on to powiedzial, uderzyl bezposrednio we mnie, w moja prace. Poczulam sie tak, jakby krytykowal to, co ja robie. Ciezko to opisac, ale jego sugestia brzmiala jak oskarzenie.
Wiec zaczelam z nim dyskusje. Ze ja swoje obowiazki wykonuje solidnie, ze wszystko jest sprawdzane i udokumentowane. Nawet nie wiem jak, ale w pewnym momencie on zaczal na mnie krzyczec, uzywac tonu i jezyka, ktorego nikt nie powinien uzywac w miejscu pracy. Powiedzial mi, abym mu nie przerywala, jak on mowi (zamknelam sie), ale jak ja mowilam, on mi nie dal dojsc do glosu, i krzyczal nade mna, na przyklad.
Po spotkaniu N zadzwonila do mnie, zapytala, czy jestem ok. Nie bylam. Plakalam. Pierwszy raz (drugi, ale pierwszy tez byl przez niego)plakalam przez prace. Nikt nigdy mnie tak nie potraktowal, jestem dosyc gruboskorna. Ale plakalam.
Caly weekend myslalam nad tym, co zaszlo. Czy moze ja bylam zbyt ‘polska’, i zbyt duzo i glosno i otwarcie i bezposrednio sie odzywalam? Moze to ja jestem nie w porzadku, a nie on?
Dzisiaj N rozmawiala ze mna, i powiedziala mi, ze jego zachowanie jest nie do zaakceptowania. Ze to, jak sie do mnie odzywal, nie powinno sie nigdy wydarzyc. Ze on uwaza, ze jest lepszy od nas, i ze moze nami rzadzic. Zapytala, co chce zrobic. Czy my obydwie bedziemy w jakis sposob starac sie go utrzymywac w ryzach, czy tez chce zlozyc skarge do przewodniczacych zarzadu. Poniewaz do tej pory nie udalo sie nam (mi i N) zapanowac nad skarbnikiem, powiedzialam, ze chce zlozyc skarge.
N porozmawiala z zarzadem, i jutro mam z nimi spotkanie na ten temat. Chca wysluchac, co mam do powiedzenia. Pozniej spotkaja sie tez ze skarbnikiem, aby wysluchac jego strony.
Chyba otworzylam puszke Pandory.
Do jutra musze zdecydowac, jaki mam plan dzialania. Podobno jesli zloze pisemna skarge, to bedzie sie to wiazalo z ogromem pracy i procedur (domyslam sie). Skarbnik jest osoba zlosliwa, pamietna, wiem, ze bede miala teraz przechlapane z nim.
Myslalam, ze moge poprosic o przeprosiny z jego strony, wiem, ze dla niego to bedzie wielka kara, zwazywszy na to, jaki jest i z jakiej kultury sie wynosi….
Moze Wy macie jakies pomysly? Jak podejsc do jutrzejszego spotkania?
Dolecialysmy do Polski, z 24 godzinnym opoznieniem ale jednak.
Musze bardzo pochwalic pomoc na Heathrow. W drodze do Londynu, oraz w czwartek nie korzystalam z tzw. assistance, myslalam sobie, ze dam rade. Wiec sama ciagnelam walizke i popychalam mamusie na wozku (cala noge mam posiniaczona teraz, bo musialam sobie cialem pomagac, jednak jedna reka wozek inwalidzki pchac nie jest latwo).
Wczoraj jednak skorzystalam z pomocy. Pani przeprowadzila nas przez cale lotnisko, odprawe, bez kolejek, nie musialam sie o nic martwic. Pozniej tuz przed lotem inna pani nas odebrala, i znow, do samolotu samego podwiozla. A w Warszawie juz kolejna pani nas z samolotu odebrala, i pchala wozek az do wypozyczalni samochodow. Wszystkie byly bardzo mile, kulturalne, pomocne niesamowicie. Fajnie zobaczyc, ze osoby niepelnosprawne moga podrozowac, z udogodnieniami, ze usuwa sie ograniczenia dla takich osob.
W Anglii tak na codzien osoby niepelnosprawne ciesza sie sporymi ‘przywilejami’, lub raczej modyfikacjami umozliwiajacymi im normalne zycie. Zjazdy bezkraweznikowe to norma, przed przejsciem na ulice chodnik ma specjalne ‘pofalowania’, ze osoba niewidoma moze poczuc, ze zbliza sie do ulicy, swiatla maja dzwieki ale rowniez takie male cosik, co sie kreci, i jesli ktos jest niewidomy i gluchy, moze dotknac tego dzyndzelka, i wie, kiedy jest zielone swiatlo. Na lotnisku widzialam ‘independent travel’, gdzie osoby na wozku moga sie same odprawic.
Pracuje w firmie ktora walczy o prawa osob niepelnosprawnych, i my bardzo promujemy tzw. social model of disability. Oznacza to, ze osoba niepelnosprawna nie ma ograniczen, i ze to spoleczenstwo stwarza takie ograniczenia. Czyli na przyklad jesli osoba w wozku inwalidzkim chce pojechac do teatru, a tam sa schody, to problemem nie jest wozek, a brak podjazdu. Nie wiem, czy opisalam to zrozumiale. W Polsce wydaje mi sie, ze jednak droga jest jeszcze bardzo daleka, ale mam nadzieje, ze to sie zmienia, nawet jesli powolutku.