Cabo San Lucas

Wieczorem dojechalysmy do ostatniego punktu podrozy – Cabo San Lucas.

Cabo San Lucas to miejsce, gdzie Morze Kortezyjskie spotyka sie z Oceanem.

San Lucas zdecydowanie jest najwiekszym miasteczkiem, ktore odwiedzilysmy w Baja California. Wielkie miasto, wielkie korki. Kraze dookola, probujac znalezc hotel. W koncu zobaczylam dwoch policjantow. Zatrzymalalm sie, zeby zapytac o droge. To tam, tamta ulica – mowi, pokazujac ulice za nami. Najlatwiej bedzie, jak po prostu cofniesz – radzi.

No tak. Stalismy na trzypasmowej, jednokierunkowej ulicy, pelnej samochodow. Postanowilam, ze chyba jednak raczej nie bede cofala, i postaram sie jakos odnalezc uliczke manewrujac wsrod ruchu jednokierunkowego.

Cabo San Lucas to miasto, do ktorego mlodzi (i starsi) Amerykanie przylatuja na imprezy. Pelno jest tutaj barow, dyskotek, a apteki reklamuja viagre i paracetamol.

 20150402_02.53.181

 Nasz hotel odzwierciedla ducha Cabo San Lucas – kolana mi zmiekly, jak weszlam do hotelu – pelno w nim bylo mlodego, umiesnionego miesa! Mniam. Jeden taki dwudziestoparoletni brodacz, totalnie pijany i/lub nacpany, tuz przy wejsciu obejmuje serdecznie Zuzie wykrzykujac:

– Witamy w Cabo San Lucas!!

Nasz pokoj znajduje sie przy samym basenie. A na basenie, co noc, odbywaja sie dzikie imprezy. Moze sie przylaczymy, skoro i tak spac dzisiaj nie bedziemy?

W Cabo San Lucas spedzilysmy cztery dni, odwiedzajac w tym czasie miasteczko San Jose Del Cabo (obydwa te miasta nazywane sa zbiorowo Los Cabos. Pomiedzy nimi, wzdluz wybrzeza, znajduja sie luksusowe osrodki wypoczynkowe, a przestrzen ta nazywa sie Corridor – Korytarz).

 

Jeden dzien przeznaczony byl na wycieczke do parku narodowego Cabo Pulmo, gdzie plywalysmy kajakiem, nurkowalysmy z fokami, i podziwialysmy przecudowne widoki.

20150330_20.57.02

 No jak tu nie byc dobrym czlowiekiem, jesli mozna wsrod takich widokow kajakiem plynac, podziwiac przyrode, i po prostu o niczym nie myslec?20150404_17.28.44_copy2

Tutaj wlasnie, w Cabo San Lucas, Zuzia obchodzila swoje 13 urodziny. Na obiad zjadlam kurczaka w sosie Mole – ze zdecydowanym smakiem czekolady! Dzieciom smakowalo, mi nieco mniej.

20150404_00.41.591

Cabo San Lucas bylo moim najmniej ulubionym miejscem – zatloczone pijanym tlumem amerykanskim, wszedzie ceny podawane sa w dolarach, nie w peso, a jak chcialam placic w peso, to kazdy patrzyl na mnie z wielkim zdziwieniem – co, gringo placi peso?

Ale bardzo bylo przykro opuszczac Meksyk. Chyba sie troche zakochalam, i po powrocie zaczelam sprawdzac, jak mozna byloby sie tam przeprowadzic. Zostalo mi troche peso. Moze nie bede sprzedawala? Moze kiedys jeszcze uda mi sie wrocic?

 IMG_60991

Todos Santos

Sroda, 1 kwietnia, prima aprilis. Co roku robie dzieciom zarty, i co roku sie nabieraja. W tym roku niestety nie udalo sie. Zuzia nie uwierzyla, ze jej kuzyn postanowil zostac ksiedzem, Ola nie uwierzyla, ze jej przyjaciolce wyrosly wasy.

Dzisiaj pojechalysmy do Todos Santos. Uwierzcie lub nie, pomimo, ze jest tylko jedna autostrada, i tak udalo mi sie zgubic. Potem sie na szczescie odnalazlam, dzieki Bogu za iPhony i mapy google!!

Todos Santos mialo byc miasteczkiem z charakterem, galeriami, mnostwem artystow… Okazalo sie miasteczkiem, ktorego ulice (piaszczyste, nie asfaltowe, oczywiscie) wypelnione sa czerwonymi turystami ze Stanow Zjednoczonych, chodzacych od jednego do drugiego sklepu wypelnionego turystycznym chlamem. Do tego kilka galerii z obrazami, ktorych ceny byly mocno wysrubowane (800 dolarow za malego bohomaza, na przyklad). I wiele agencji nieruchomosci – Amerykanie kupuja tutaj duzo domow, jak sie okazalo.

 IMG_60284

Ach, i tutaj wlasnie znajduje sie slynny hotel California – na pewno znacie ta piosenke.

IMG_6032

Jedynym plusem wycieczki do Todos Santos byl obiad – rzeczywiscie smakowity. A restauracja miala swoj urok – sciany i drzwi toalety byly zrobione z patykow, obok toalety byla kuchnia, w ktorej pani zmywala talerze w zlewie – nie mieli nawet zmywarki w tej restauracji.

Po kilku godzinach mialysmy juz dosyc Todos Santos, i postanowilysmy pojechac na plaze. Zjechalam z autostrady w miejscu, w ktorym myslalam, ze powinnam. Jechalysmy po bezdrozach przez pol godziny, pomiedzy chaszczami i kaktusami, waskimi piaszczystymi drozkami, krzaki chlastaja samochod. W koncu dojezdzam do konca jakiegos slepego zaulka, i musze zawrocic. Ale jak tu zawrocic, jesli droga jest szerokosci samochodu, ledwo co? Po 20 minutach krecenia w koncu udaje mi sie zawrocic samochod. Po kolejnych 20 w koncu dojezdzamy do plazy – przez zagajnik palmowy.

Plaza cudowna, prawie nikogo nie ma, dookola plazy skaly.

Wyjezdzajac z plazy podazylysmy za jednym takim samochodem wielkim, zakladajac, ze oni wiedza, gdzie jada. Wiedzieli. Dojechalysmy do autostrady bardzo szybko. A tam czekal na nas bardzo stromy podjazd. W  dodatku wielkie w nim dziury, wiec nie moglam sie rozpedzic, zeby sila rozpedu podjechac. Probuje wjechac, dosyc szybko, jakos sie udaje, a tu nagle tuz przy autostradzie wielkie bum! Walnelam podwoziem o bardzo wysoki ‘kraweznik’. Boje sie, ze podwozie rozwalilam, ze przod auta sie troche zmasakrowal. Musze wycofac. Ale jestem tuz nad brzegiem glebokiego rowu – doslownie 10 centymetrow, pol falszywego ruchu, i spadam do metrowego rowu.

Serce bilo mi jak szalone, pot mnie oblal. I tylko sobie powtarzalam: tylko nie panikuj. Dasz rade. Nie panikuj.

Podejscie drugie skonczylo sie smrodem palonych opon. Znow wycofuje.

W koncu udaje i sie wjechac na autostrade, za trzecim podejsciem. Wjechalam pod prad, bo tylko tak moglam. Dobrze, ze akurat nic nie jechalo. Zdecydowanie byl to jeden z najgorszych momentow w Meksyku.

 

Galopem wsrod kaktusow

Jak widzicie zmian wielkich w wygladzie bloga nie bedzie. Moge zmienic tylko rozmiar czcionki, i to tylko czcionki wpisu. Wszystko pozostale (naglowki, tytul, itp.) pozostaja takie same. A stary szablon obcina mi zdjecia… Zatem musimy poczekac, az Blox ulepszy nieco nowe szablony.

A tymczasem wracamy do Meksyku. Ostatnio wrocilysmy z wycieczki na wyspe Espritu Santo. Wieczorem poszlysmy do restauracji. Mieli happy hour, czyli trzy margerity za 100 pesos (okolo 23 zlote). Zartem zaproponowalam kelnerowi:

– To poprosze po jednej margericie dla kazdej z nas – wskazujac na Zuzie, i na 8 letnia Ole.

Kelner nieco zdezorientowany popatrzyl na Ole, zastanowil sie pol minuty, i mowi:

– OK.

Chyba tylko w Meksyku oferuja alkohol osmiolatkom 😀

Na obiad zamowilam sobie danie tradycyjna meksykanska potrawe, Molcajetes. Jest to mieso duszone w naczyniu z lawy (moje naczynie bylo w ksztalcie swinki), i moze sie skladac z jednego, dwoch lub trzech rodzajow miesa. Podawane z kaktusem, meksykanska kielbasa, serem, cebulkami i zielonym sosem. Ja wybralam dwa rodzaje miesa – stek i krewetki. Bylo przepyszne, ale olbrzymie!

20150330_20.34.48

 

Nastepnego dnia, we wtorek, wybralysmy sie na konie. Przewodnik zawiozl nas na rancho. Oczywiscie zwyczajem meksykanskim trzeba bylo poczekac, bo nie bylo koni – biegaly sobie gdzies tam w gorach, i ranczer (??) musial je znalezc, zlapac i przyprowadzic z powrotem na farme. Zajelo mu to 90 minut. My w tym czasie ogladalysmy sobie kozy, krowy i kaktusy.

W koncu konie zostaly przyprowadzone, osiodlane (siodlal je szescioletni syn farmera), i wyruszylismy. Najpierw wsrod gor, cudownych kanionow, pozniej przez ‘las’ kaktusow, nad ocean. Przezycie niesamowite. Goraco bylo bardzo, ukurzone bylysmy strasznie, ale galop wzdluz brzegu oceanu – bezcenne uczucie!

W pewnym momencie przewodnik (ktory o jezdzie konnej nie mial zielonego pojecia) i jego kon staneli, i stoja. Po minucie mniej wiecej pytam sie:

– Dlaczego stoimy? Dlaczego nie jedziemy?

– Bo kon sie zatrzymal – odpowiedzial przewodnik.

😀

20150331_19.22.02

20150331_16.53.36

20150331_16.10.25

20150331_17.51.47

20150331_17.19.53

20150331_16.08.59

Wyspa Espritu Santo

Poniedzialek. Budze sie totalnie obolala. Skora piecze, dotyk koldry boli. Do tego cos mi sie stalo w oko, i tez mnie boli. Starosc nie radosc. Tony kremu nalozone na poparzone nogi, i idziemy na sniadanie. Wliczone w cene pokoju. Ale jak sie okazuje, sniadanie dostane tylko ja i Zuzia. Ola juz nie, bo dzieci nie dostaja sniadania. A jesli chca sniadanie, to rodzice musza zaplacic ekstra. Serio? Po 20 minutowej rozmowie z managerem, podczas ktorej uslyszalam siedem razy ‘tak, ale nie’ (co to znaczy? tak ale nie??? ) odchodze z niczym.

Na sniadanie – tost, dzem, i kawa. Doslownie. Juz nawet nie pytali, czy chcemy kawe czy herbate. Po prostu przyniesli kawe. I tosta – dwa, po jednym na osobe. I dzem.

Dzieci jedza tosty. Ja podziwiam widoki (piekne widoki). Raz kupilam sobie sniadanie. Nazywalo sie ‘rozwiedzione jajka’. Dwa jajka sadzone, rozdzielone fasola (wszechobecna, ta fasole serwowali nam w Meksyku doslownie do wszystkiego), jedno jajko polane zielona salsa, jedno polane czerwona salsa. Zjadliwe, powiedzmy.

20150401_08.52.00_copy

Po sniadaniu jedziemy na wyspe Espritu Santo – wpisana na liste UNESCO. Tania wycieczka nie byla, chyba okolo $100 od osoby kosztowala. W dodatku tutaj zwyczaj jest taki, ze przewodnikowi daje sie napiwek w wysokosci 20% (!!!!!!) wartosci wycieczki. Prosze bardzo, nazywajcie mnie skapcem, ja nie dawalam. Uwazam, ze jesli place $300 za wycieczke, kolejne $60 to juz przesada.

Przewodnik pojawil sie rano, zainkasowal naleznosc, i obiecal powrocic o 10. Zwyczajem meksykanskim spoznil sie 45 minut. Zapakowali nas do zoltego atobusu, i pojechalismy po miescie zbierac kolejnych turystow chetnych zobaczyc cos pieknego.

Po pol godzinie dojezdzamy do plazy. Czekamy kolejne 40 minut (bo przygotowuja ceviche. A nie wiedzieli, ze przyjezdzamy? Nie mogli wczesniej przygotowac?). Para Amerykanow sie zdenerwowala i postanowila nie jechac. Jeden Francuz glosno sie oburzal.

W koncu wyruszamy. Ja ubrana w dlugi rekaw i sukienke do ziemi (skora mi odpada). Na przeciwko mnie siedzi facet z San Diego, z trojka dzieci. Buzia mu sie nie zamyka, caly czas ze mna rozmawia (do tej pory do mnie wypisuje na What’s up). Po drodze zauraczaja nas przepiekne widoki.

20150330_16.13.59_copy20150330_20.35.55_copy

Przystanek pierwszy – plywamy sobie z fokami! Wskakujemy do wod Zatoki Kalifornijskiej (Morze Corteza), podplywamy do fok, slyszymy, jak sie awanturuja, widzimy, jak sie bawia, jedna z nich podplywa do Oli i ja dotyka!!! (filmiki wstawie pozniej, jak znajde i wybiore). Foki to takie dziwne zwierzeta, moim zdaniem wygladaja zlosliwie. I sa olbrzymie.

 20150330_21.07.37_copy20150330_20.35.25_copy1

 Kolejne pol godziny w lodzi, i dojezdzamy do przepieknej plazy, na ktorej jemy lunch. Dzieciaki sobie plywaja, ja sie chowam od slonca.

 IMG_5825_copyIMG_5803_copyIMG_5779_copy

 

Boooo! Piraci tu byli!!!

IMG_5848_copy

 

Na zakonczenie mijamy przedziwne zbiorowisko przedziwnych ptakow – ptaki te jedza ryby, mieszkaja przy morzu, jednak gdy ich skora dotknie wody, to sie topia! W zwiazku z tym maja piora pokryte specjalnym tluszczem (a skad ja mam wiedziec, jaki to jest specjalny tluszcz? Przewodnika tak powiedzial! ) i maja dzioby jak haczyki, dzieki ktorym moga z latwoscia zlapac rybe zanurzajac w wodzie tylko dziob.

 

IMG_5912_copyIMG_5883_copyIMG_5884_copy

 

Wieloryby duponiby.

Powiem od razu. Wieloryby mialy byc glownym punktem programu. Cala wycieczka do Baja California zaczela sie od tego, ze od grudnia do marca w okolicach plywaja wieloryby – matki z dziecmi, ‘faceci’, sa tych wielorybow setki. Najpiekniejsze jest to, ze matki podplywaja z dziecmi do samych lodzi, bo chca swoim dzieciom pokazac ‘swiat’, i to, ze te wieloryby mozna dotknac, poglaskac. Z tego, co ludzie opisywali w internecie, przezycia sa niesamowite.

No i jesli mialabym oceniac wakacje na tej podstawie, to byla to totalna klapa.

Juz pisze.

Rano o 8 Enrique zainkasowal 2000 pesos (okolo 450 zlotych – to tanio, bo sama poszukalam ‘kapitana’. Wycieczki organizowane przez lokalne biura podrozy w La Paz lub Cabo San Lucas sa o wiele drozsze, okolo 100 dolarow amerykanskich od osoby) i zabral mnie, moje dzieci, i pare Niemcow z dziewczynka w wieku Oli do lodzi. Lodz byla przyczepiona do samochodu, i przez miasteczko Puerto San Carlo, po tych piaszczystych drogach, w lodzi ciagnietej samochodem dojechalismy nad morze.

Wielorybow widzialysmy kilka. I z daleka. Niestety, pod koniec marca wiekszosc matek z dziecmi, i samocow, odplynela juz w chlodniejsze wody oceanow. Jeszcze dwa tygodnie przed nami ludzie widzieli dziesiatki wielorybow, ktore przyplywaly do lodzi. Grudzien, styczen, luty – to najlepsze miesiace.

Whale_watching_copy

Widzialysmy za to sporo delfinow, i rozmaitych ptakow.

Puerto Can Carlos i morze nauczyly mnie pokory do slonca. Wszystkie trzy bardzo sie poparzylysmy tego dnia – nigdy w zyciu jeszcze nie bylam tak spalona. Skora na nogach piekla, myslalam, ze za chwile mi odpadnie. Nie moglam jej nawet dotknac, dotyk koca wieczorem w lozku bolal (do tej pory skora mi schodzi!). Ola buzie miala tak sparzona, ze az jej sie rany porobily na policzkach. Zuzia nie lepsza. A przeciez posmarowalysmy sie kremem numer 30!

Na drugi dzien kupilam krem SPF 50, wielka tube balsamu do ciala (cala zuzylysmy), i przez kilka kolejnych dni cierpialysmy z bolu. No i od slonca sie chowalam, co nie bylo latwe, bo Meksyk to przeciez plaze!

Wieczorem poszlysmy ponownie do ‘naszej’ restauracji (pisalam juz, ze w restauracji byli sami tubylcy, a po podlodze w toalecie przechadzal sie karaluch? I ze nikt, ale to absolutnie nikt nie mowil po angielsku?). Tym razem wzielam olbrzymiego, swiezutkiego homara, wylowionego tego ranka. Przepyszny, chociaz osobiscie uwazam, ze homary sa przereklamowane, maja malo smaku, i ich smak tak naprawde zalezy od sosu, z ktorym sa podawane.

Do tego lokalny napoj – Michelada. Podobno jak potrafisz wypic michelada i sie nie skrzywic, to mozesz zabawic w Meksyku na dluzej. Co to jest? To piwo, przygotowane z sokiem z limonki, z roznymi sosami, przyprawami i papryczkami chilli. Serwowane w szklance z brzegiem umoczonym w soli. Jesli ktos chce przeczytac wiecej, tutaj jest artykul Wikipedia. A jak to smakuje? Jak piwo z ketchupem i proszkiem chilli. W supermarkecie kupilam sobie taki specjalny sos do robienia michelady, ale jeszcze w domu sobie nie zrobilam.

20150329_14.17.10_copy

Gdy juz sie pozywilysmy, wsiadlysmy w samochod i ruszylysmy w droge powrotna, autostrada numer 1, do La Paz. Tym razem nasz hotel byl nad samym morzem, tuz przy malecon, czyli deptaku.

Zauwazylam, ze Meksykanie uwielbiaja glosna muzyke. Muzyke slychac wszedzie – w samochodach, dobiega z otwartych okien domow, budowlancy puszczaja sobie muzyke przy pracy, slychac ja w lobby hotelu… i jest to w 99% muzyka hiszpanska. Cudowne!

I jeszcze jedna rzecz zauwazylam – Meksykanie (przynajmniej w Baja California) sa bardzo uprzejmymi kierowcami – pozwalaja przylaczyc sie do ruchu, nikt nie trabi, jak sie czlowiek zagapi i nie rusza po pol sekundy po zmianie swiatla na zielone, ba, jak sobie jechalam 20km na godzine i podziwialam ocean i lodzie, nikt na mnie nie trabil! Po prostu mnie wyprzedzali jak sie nadarzyla okazja, a jak nie, to sobie wolno za mna jechali. A, i przepuszczaja pieszych. Zawsze. Natychmiast. Nawet jak nie ma pasow.

 

Miasteczko rybackie Puerto San Carlos

Na sniadanie dzisiaj dostalysmy nachos z fasola, a to wszystko polane zielona salsa. Smakowicie toto nie wyglada, ale nawet zjadliwe bylo. Chcialam napic sie zielonej herbaty, zeby miec energie na podroz, ale nauczylam sie lekcji numer 1 – w Meksyku tak naprawde nie pija sie herbaty. Tylko kawe. I piwo. Piwo tansze jest od wody, za butelke dwulitrowa placilam okolo £3.50. Zatem herbaty nigdzie w hotelach nie mieli, czarna tylko czasami, o zielonej nie slyszeli, ale najczesciej jak prosilam o herbate, to dostawalam rumianek.

20150328_07.09.41

Po sniadaniu wyruszylysmy w droge do Bahia Magdalena, miasteczka Puerto San Carlos. Jedziemy przez 4 godziny. Po drodze mijamy wiele, bardzo wiele mostow. Kazdy most jest oznaczony tabliczka, i ma swoja nazwe. Jak sie pozniej dowiedzialam, mosty sa bardzo wazne, bo w czasie powodzi woda pod nimi plynie, nie zalewajac drog.

Po drodze mijamy tzw. luncheons, czyli bary przydrozne, odpowiedniki barow dla tirowcow przy autostradzie, podejrzewam, gdzie mozna tanio  zjesc i napic sie kawy. Wszystkie maja jedna wspolna ceche – wygladaja jak totalne rudery. No i mijamy setki, tysiace wrecz kaktusow.

W pewnym miejscu na autostradzie byly roboty drogowe. Polegaly one na tym, ze droga nagle sie konczyla, i robil sie z niej wielki dol z piachu, objazd to droga piaszczysta obok, a na ‘budowie’ stoi jeden kowboj (w kapeluszu i butach kowbojskich, a jakze!), do tego drugi, obydwaj sie w glowe drapia i debatuja. A, byla  jeszcze jedna koparka.

IMG_5519

Nasz hotel w Puerto San Carlos byl bardzo biedny, ale tez i tani byl, wiec nie narzekalam. Rozpakowalysmy walizki, i poszlysmy sobie na plaze. Oczywiscie latwo sie domyslic, plaza byla pusta, tylko my i ocean.

Puerto San Carlos to miasteczko rybackie. Jedyni turysci, ktorzy tutaj zagladaja przyjezdzaja po to, zeby ogladac wieloryby. Sa tutaj chyba tylko 2 hotele, ze dwie restauracje, a ulice w wiekszosci sa piaszczyste. Ale bardzo mi sie tutaj podobalo – wlasnie dlatego, ze nie bylo hord turystow.Po plazy poszlysmy na ‘miasto’. udalo sie nam znalezc jedna z dwoch restauracji. Menu tylko po hiszpansku, wiec na chybil trafil wybralysmy cos do jedzenia. Ja zamowilam cos, co znalam – ceviche. Ceviche to ryba, surowa, marynowana w soku z cytryny. W meksykanskiej wersji ryba jest drobno posiekana, z pomidorami, chilli i ogorkiem. PYCHOTA!

20150328_16.58.55_copy4

Po obiedzie poszukalysmy sklepu spozywczego, zeby kupic cos na sniadanie, no i oczywiscie piwo 🙂 W supermarkecie, w ktorym sciany byly udekorowane glowami losiow i krow, a mieso bylo mocno zielonkawe, kupilysmy chleb i parowki (chleb drozszy od parowek!), ser meksykanski (ktory akurat wybyl, ale pani ekspedientka poleciala gdzies i przyniosla wielki kawal specjalnie dla nas), ktory jest uzywany do lagodzenia smaku np. ostrego chilli con carne, oraz obowiazkowa butelke piwa.

Wrocilysmy do hotelu, zeby umowic sie z Enrique. Enrique to rybak, ktory byl naszym kapitanem w wyprawie do wielorybow. Kazal nam byc gotowym o 8 rano. Bedziemy!