Otwarcie ambasady

Tak odbiegajac od Malezji, bo Malezja Malezja, a zycie w Katarze tez sie toczy.

Wczoraj odbylo sie oficjalne otwarcie ambasady RP w Doha. Mial doleciec JK, nie dolecial, sprawa podobno glosna w Polsce, jak to go znad Iraku cofneli i posiedzial w Turcji…..

Ale otwarcie sie odbylo, przybylo kilka waznych osobistosci katarskich, w tym zastepca ministra do spraw zagranicznych.

Bylo krotkie przemowienie, bylo jedzenie, i ploteczki z innymi rodakami na Wschodzie. Byl tez alkohol, strategicznie ukryty za rogiem (aby nie urazic muzulmanskich gosci).

Ambasada zostala oficjalnie otwarta. Ambasada ma rowniez swoja strone internetowa

 

Malajska restauracja

Jak opisalabym malajskie jedzenie? Nie wiem. Moze jako mieszanke chinszczyzny, kuchni hinduskiej i tajskiej?
Na pewno Malajowie lubia swoje curry. I wsadzaja tam rozne kawalki miesa, nawet te najgorsze (najtlusciejsze, najbardziej kosciste, nic sie nie marnuje. Pewnie dlatego, iz sa to ludzie biedni). Ryz jest rowniez popularny.

[more]

Pewnego dnia wybralismy sie do malajskiej restauracji. Matt byl ubrany w szorty, a ze szortow nie toleruja, to kazali mu przywdziac 'spodniczke', zrobiona z batiku.

W restauracji byl bufet, gdzie mozna bylo sprobowac lokalnych specjalow.

Jak juz napisalam, przewazaly curry, wiekszosc dan byla niesamowicie ostra.

Popularne wsrod Malajow  sa rowniez ryby, roznorakie rybne sosy i polewy.

Dania sa przewaznie tlustawe.

Popularnym daniem jest  nasi lemak with condiments – czyli ryz, gotowany w mleku kokosowym, z roznymi dodatkami, takimi jak suszone rybki, jajko, kukurydza…

Jednym z deserow, ktore sprobowalam, byl ABC. ABC skladalo sie z lodow, lodu (takiego z zamrazalnika), syropu rozanego, brazowego cukru, fasoli i kukurydzi. I chociaz brzmi dziwacznie, smakowalo, o dziwo, calkiem fajnie!

 

 

Z dan, ktore najbardziej zapadly mi w pamiec:

– sfermentowana tapioka (smakowala nieco slodkawo, nieco kwasnie; troche jak kiszone ogorki, tyle ze bez ogorkow?);

– sago w kokosie; 

– durian. Durian to smierdzacy owoc. Albo sie go kocha, albo nienawidzi. Smierdzi tak mocno, ze w supermarkecie na odleglosc wiadomo, gdzie szukac duriana. Smierdzi tak mocno, ze w wiekszosci hoteli durian jest wrecz ZAKAZANY. Jednakze w Malezji jest to bardzo popularny owoc, sprzedawany wszedzie, nawet na ulicy. Durian na wierzchu jest zielony i ma kolce, w srodku jest mieciutki i bialy. Smak ma nieco slodkawy, i taki kremowy.

Dygresja: Przeczytalismy w przewodniku, ze najlepsze danie z duriana to nalesniki w hotelu Madarin Oriental. Jednego dnia wybralismy sie do hotelu aby sprobowac tych nalesnikow. Niestety, restauracje otwierali dopiero o 19 (a byla godzina 16). Na szczescie pan w recepcji byl tak mily, iz zamowil nam te nalesniki jako 'room service' (obsluga gosci w pokoju). Przyniesiono nam trzy nalesniczki, za 15 ringitts. Kelner powiedzial: te nalesniki sie je, zamawia sie nastepna porcje, i nastepna, i nastepna, dopoki sie nie znudzi. Takie dobre one sa, te nalesniki. 

Zacheceni nieziemsko, ucieszylismy sie i z zapalem zabralismy sie do palaszowania nalesnikow z durianem. O zesz! Nie dosc, ze toto smierdzialo, to i smak byl niezbyt fajny. Musielismy jednak zjesc wszystkie te smierdzace nalesniki, bo tyle trudu zadala sobie obsluga hotelu, ze byloby nieladnie zostawic chociaz odrobine tych slynnych nalesnikow.

Pozniej durian odbijal  mi sie przez caly dzien. A za kazdym razem chcialo mi sie wymiotowac.

Ja zdecydowanie naleze do grupy tych ludzi, ktorzy duriana nienawidza 🙂 

Wracajac do restauracji. Odbylo sie w niej rowniez  przedstawienie. Mozna bylo zobaczyc zajawke ze slubu malajskiego, gdzie goscie ida i blogoslawia pare mloda (pani mlodej daje sie odrobine ryzu na dlon, panu mlodemu sciska sie dlon); mozna bylo obejrzec malajskie i chinskie tance, mozna bylo obejrzec piekne, tradycyjne stroje. A na samym koncu mozna bylo zrobic sobie zdjecie z aktorami, i mozna bylo sobie z nimi potanczyc na scenie.

 

 

 

 

 

Zuzia tanczy na scenie

 

 

Akwarium

Zwiedzilismy tez akwarium, ktore znajduje sie w KLCC (Kuala Lumpur City Center) – jednym z najpopularniejszych centrow handlowych. KLCC znajduje sie tuz przy Petronas Towers (slynnych wiezach).

[more]

Mozna bylo podotykac….

Poogladac….

 

Albo znalezc sie w samym centrum – jechalismy na takim tasmociagu, w samym srodku szklanego tunelu, wypelnionego morska woda.

A w wodzie plywaly sobie morskie zyjatka, ryby, rekiny

Niesamowite wrazenie. 

Sunway Lagoon czyli park wodny

Jeden z dni w Kuala Lumpur poswiecilismy na wizyte w jednym z najslynniejszych parkow wodnych w Malezji, Sunway Lagoon.
Park jest olbrzymi, mnostwo w nim atrakcji, nie tylko wodnych, bo rowniez mozna przejechac sie ciuchcia, zobaczyc, jak papugi sie caluja, czy tez poglaskac weza.
Niestety, pod koniec dnia zlapala nas ulewa, i musielismy sie zmywac wczesniej niz planowalismy.
I tak bylo super.
Oficjalna strona: http://www.sunway.com.my/lagoon/
Zdjecia: kliknij link ponizej.

[more]

Widok na Sunway Lagoon.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Widok na niektore atrakcje w parku

   Calujace sie papuzki

 

 

Kameleony. Podobno zjadaja trzy  kilogramy zieleniny na dzien. Mniam mniam 🙂

 

 

 

 

 
 

 

 

Aaaaaaa! Troche bym sie zdrzemnal…..

Ten waz (albinos) akurat nie jest grozny. Ale w Malezji mnostwo jest jadowitych wezy. Sa doslownie wszedzie. Potrafia wrecz z ubikacji wyjsc sobie do lazienki. My mielismy szczescie, zadnego nie spotkalismy.

Ale pewnie dlatego domy malajskie nie stoja na ziemi, a sa budowane w taki sposob, ze stoja na palach. Zdjecie bedzie w innym wpisie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
Podczas calej naszej podrozy wszyscy sie zachwycali Ola. Pewnie dlatego, ze ona taka blodyneczka… mniej wiecej 90 procent ludzi usmiechalo sie do niej, mnostwo osob dotykalo ja, a niemalo robilo jej zdjecia (pytajac wczesniej o zgode). Te kobiety tez chcialy zdjecie z Ola. Skorzystalam z okazji, i zrobilam im jedno rowniez na swoj uzytek. 

 

 Malezja to glownie kraj muzulmanski, chociaz nie tak radykalny jak Katar (wystepuja rowniez inne religie, masa Chinczykow i Hindusow znalazla swoje miejsce w Malezji). Mezczyzni ubieraja sie podobnie do nas, kobiety nosza chustki na glowach, ale sa one kolorowe (nie czarne, jak w Katarze), a reszta ubrania jest 'cywilna' – nie widzi sie abbaya. No i sa bardziej otwarci – wieprzowina jest dostepna (zwlaszcza w chinskich restauracjach).

Swiatynie hinduskie

Oprocz Chinczykow, jest tutaj rowniez spora grupa Hindusow. Maja oni swoja Little India, a w niej swoje sklepy, i swiatynie. Ulice w Little India widzieliscie dwa wpisy wczesniej. Dzis czas na swiatynie.
Zobaczcie.

[more]

Kopula swiatyni (wewnatrz. Te na zewnatrz sa o wiele wieksze).

 

Wience z kwiatow i limonek, sprzedawane przed swiatynia. Sluza do dekorowania bozkow.

 

 

Mezczyzni – jeden idzie zlozyc wieniec bozkom, drugi idzie sie modlic.

Przed wejsciem do swiatyni kazdy musi zdjac obuwie.

Przed modlitwa Hindusi myli sie.

 

Swiatynia wewnatrz.

 

Rzad bozkow.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bogini.

Chinskie swiatynie

Malezja pelna jest chinskich swiatyn. Poniewaz jest tutaj sporo Chinczykow. A Chinatown w KL tetni zyciem.
Jest kolorowo, chociaz przewaza zloto i czerwien. Bogowie dostaja dary, ludzie pala kadzidla, a smoki szczerza zeby.
Zreszta, zobaczcie sami.

[more]

  Czerwone latarnie w Chinatown

 

 

 

Dary zlozone zwierzeciu – jajka i mieso.

 

 

 

Palenie kadzidel

 

 

 

 

 

 

 

Kadzidla wiszace z sufitu.

Kuala Lumpur

Nasza podroz po Malezji rozpoczelismy od Kuala Lumpur. Zaczelo sie, jak to zwykle u nas, ciekawie.
Calkiem nieswiadomie, wyladowalismy w KL akurat wtedy, gdy odbywaly sie tutaj wyscigi samochodowe Formuly 1.
W zwiazku z tym rezerwacja naszego hotelu zostala odwolana!!!! I co terarz?????????

Okazalo sie, ze agent nie dogadal sie co do ceny z hotelem, wiec rezerwacje odwolal. Ale nas o tym nie poinformowal.

Hotel powiedzial nam, iz mozemy dostac pokoj, ale bedzie nas kosztowal dwa razy tyle.

Wyjscia nie mielismy, gdyz wiekszosc hoteli, w zwiazku z wyscigami, i tak byla zajeta.

Pogoda w KL: goraco, i wilgotno. Tak mnie wszyscy ostrzegali. I mieli racje. Tyle, ze przyjezdzajac z Kataru takie goraco to nie bylo zadne goraco, temperatura, jak dla mnie, idealna (tak pomiedzy 25 a 30). Wilgotno bylo, ale nie az tak zle. Najfajniejsze byly deszcze. Jak zaczelo padac, to ulewa na calego. Ale krotkotrwala. Po pol godzinie zazwyczaj uspakajalo sie, i w ciagu kilku minut znow bylo slonce.

 

 

 

 

Widok z wiezy Petronas.

 

KL jako takie turystom do zaoferowania ma niewiele. Wieze Petronas (na zdjeciu obok i ponizej), ktore niegdys byly najwyzszym budynkiem na swiecie (teraz juz chyba nie sa), KL Tower, czyli wieza, ktora sie obraca, Chinatown, Little India…I sklepy, oczywiscie. Przy wiezach jest centrum handlowe, a w nim mnostwo sklepow, tych najdrozszych: Dior, Prada, Ferragamo…

 

 

Pierwszego dnia wybralismy sie zobaczyc slynne wieze Petronas. Za rada kolezanki wyslalam o 8 rano Matt'a, aby odebral bilet. Wstep jest za darmo, ale wydaja ograniczona ilosc biletow, zatem trzeba sie pospieszyc. Wyznaczaja godzine, o ktorej nalezy przyjsc na zwiedzanie. My poszlismy na 10:45.

 

 

Winda jest niezwykle szybka (ma cala mase guzikow, zobacz zdjecie, w koncu jest tam 80 pare pieter).

 

Widok z wiezy jest swietny, chociaz nie wolno wjezdzac na sama gore, a jedynie na wysokosc mostu laczacego dwie wieze.

A na dole jest kilka ciekawych eksperymentow do wykonania. Mozna sie np. przekonac ile razy wieza jest wyzsza od nas.

 

Guziczki w windzie. Osiemdziesiat pare.

P.s. prosze o cierpliwosc, bo opanowanie liczby zdjec, ktore posiadam, oraz uporzadkowanie tego wszystkiego, co widzielismy i przezylismy jest niezwykle czasochlonne, a z czasem u mnie krucho..

ale sie postaram.

 

 


 

Zuzia eksprymentuje. O ile wieza jest wyzsza ode mnie?

Juz dzisiaj wakacje

U nas jest albo wszystko, albo nic. Jak sie dzieje, to sie dzieje.

Jeszcze nie ochlonelam po przygotowaniach do urodzin Zuzi, a tu juz dzisiaj wylatujemy na wakacje. Jeszcze nie jestem spakowana! Moja mama zawsze sie dziwi, jak to, nie spakowalas sie jeszcze? Bo ona na wyjazd do np. Warszawy pakuje sie  tak okolo dwoch tygodni wczesniej.

Zazwyczaj gdy sie pakuje, to mamy tego kilka wielkich waliz. Zwlaszcza odkad Ola przyszla na swiat. Nie wiem, czy zauwazyliscie, ale im mniejszy czlowiek, tym wiecej potrzebuje. Czyz to nie jest dziwne?

Tym razem bedzie inaczej. Tym razem wybieramy sie na wakacje objazdowe (nie tak jak zawsze, samolot, taksi, jeden hotel). Do tego planujemy wypad do dzungli. Zatem musimy sie zmiescic w JEDNYM plecaku. Ciezko bedzie, wiem.

Plan jest taki:

  1. cztery dni w Kuala Lumpur;
  2. w tym park wodny dla dzieciakow
  3. trzy dni w dzungli Taman Negara. Takiej najprawdziwszej, z pijawkami i tygrysami. Bedzie rowniez wyprawa nocna do dzungli. Nie wiem, jak Ola to zniesie, ale mam nadzieje… mamy na nia taki wielki plecak, takie nosidlo, bo z wozkiem do dzungli nie bardzo wypada;
  4. Z Taman Negara jedziemy na wyspe Tioman. Jakis czas temu Times oglosil, iz Tioman jest jedna z 10 najpiekniejszych wysp na swiecie. Podobno na tej wyspie malpy pukaja do okien w hotelu.
  5. Z Tioman do Singapuru na trzy dni.

Bedziemy jezdzic po Malezji autobusami i pociagami, dlatego musimy wszystko miec na grzbiecie. Pewnie beda to meczace wakacje, ale i tak juz sie nie moge doczekac.

Kopciuszki

Uf, juz po urodzinach. Madrzejsza o 30 dzieciakow, mase pieniedzy, miesieczne planowanie i zalatwianie, powiedzialam sobie: TO BYL PIERWSZY, I OSTATNI RAZ!

A to bylo tak (bede sie streszczac):

Temat: KOPCIUSZEK.

Liczba uczestnikow: 30.

Plan dzialania:

 Dziewczynki po przyjsciu na impreze dekoruja swoje wlasne suknie. Kupilam roznokolorowej fizeliny, z ktorej wycinalam proste sukienki; roznych koralikow, dzetow, zlotego brokatu, i innych skarbow tego rodzaju, ktore dziewczyny naklejaly na swoje suknie. Kupilam tez rozowa wstazke do przewiazywania w pasie.

Chlopcy w tym czasie dekorowali korony, bo oni byli ksieciami, oczywiscie.

Po pol godzinie Matt zabral chlopcow na wyprawe – polowanie na skarby. Ganial ich po osiedlu, od wskazowki do wskazowki (wskazowki byly dobrze ukryte, chlopcy sporo sie naszukali), cos w rodzaju Czarne stopy. Na koncu na chlopcow czekal skarb – miecz i fortuna.

Dziewczeta w tym czasie dostaly scierki, i na rozkaz zlej macochy (czyli mnie!) sprzataly sale zabaw. Pozniej uslyszaly donosny dzwonek do drzwi (z mojego I Poda, tak naprawde). Nieco zmieszane, z pewna taka niesmialoscia, popatrzyly na mnie. Ja oswiadczylam dobitnie, iz to pewnie ksiaze przyniosl zaproszenie na bal.

Za drzwiami ksiecia nie bylo, ale zostawil zaproszenie. Odczytalam je glosno, a dziewczyny podekscytowane jak nie wiem, sluchaly z otwartymi buziami.

Jak bal, to bal. Kopciuszki musialy sie ubrac w piekne suknie (ktore same zrobily na poczatku imprezy), zalozyly korony, i byl bal, z tancem.

Nagle zegar wybil polnoc (znow moj niedoceniony iPod). Kopciuszki biegiem musialy zdjac suknie, i jednego buta. Ja te buty pozbieralam, i wynioslam na zewnatrz sali. Rozsypalam platki roz (aby dziewczyny mogly znalec swoje buty). Przy butach czekaly na Kopciuszki pudeleczka z magicznym proszkiem.

Dziewczyny probowaly czarowac (jedna chciala powiekszyc buciki, wiekszosc czarowala mnie – w tygrysa, w lwa, Czerwonego Kapturka….). Pozniej byla nauka tanca Macarena (tez im sie podobalo!).

  

Pozniej wrocili chlopcy, i byly dwa konkursy, juz wspolne: luskanie fasoli od ryzu, oraz zawiajanie okropnej siostry w papier toaletowy (robienie mumii).

Nadszedl czas na posilek. Ugotowalam dwa kilogramy makaronu, co razem dalo chyba ze dwiescie kilo ugotowanego. Do tego sos pomidorowy.

I oczywiscie tort. Oczywiscie z Kopciuszkiem. A swieczki w ksztalcie pantofelka. Obowiazkowe Happy Birthday odspiewane (nie)zgodnym chorem.

A potem sprzatanie do 20.

I chociaz jestem wyczerpana, to jednak radosc na twarzach dzieciakow mi to wynagrodzila. A Zuzia dostala mase prezentow. Co ja z tym zrobie teraz? Chyba dom z dodatkowym pokojem by sie przydal 😛