Zdjecia dzielnej dziewczynki

Oto Ola tuz po operacji:

Jak widac, chociaz biedna i zmarnowana, to jednak dosyc zywa, lewa raczka dziarsko macha.

 

 

A zdjecie obok zostalo zrobione w piatek, dwa dni po operacji.

Zasuwa po szpitalnym korytarzu, zaglada do pokoi innych pacjentow, nie ma juz kroplowki ani innych takich 'atrakcji'.

Dziekujemy wszystkim za te kciuki, i za cieple mysli. Na pewno pomogly!

Po operacji

PONIEDZIALEK, WIECZOR.

Jade do Warszawy. Zatrzymuje sie w hotelu Fundacji dla rodzicow dzieci onkologicznych. Ola pieknie usypia w lozeczku. Nie wie biedna, co ja czeka za dwa dni.

WTOREK, 7 RANO

Jade do szpitala. Wyciagam karte, czekam w poradni,  ide na oddzial po skierowanie, ze skierowaniem ide na izbe przyjec. Standardowa procedura, dane, ksiazeczka ubezpieczeniowa (nie mam akutalnej, zostaje wpisana na czarna liste; mam 7 dni na jej przedstawienie; jesli nie, szpital wystawi mi fakture), rozowa bransoletka na lapke Oli z imieniem, nazwiskiem, i data urodzenia. Taszcze torby na gore, i zostaje ulokowana na sali na odcinku II, z chlopcem, ktory ma rozszczep podniebienia i wargi.

Po poludniu zabieraja Ole do zabiegowego, wkluwaja jej wenflon (15 minut wycia Oli; pozniej doliczylam sie 6 dziurek na raczkach i nozkach, probowaly jej sie wkluc 6 razy zanim im sie udalo; wieczorem zauwazylam siniaka na policzku Oli, widocznie trzymaly ja za buzie, gdy sie wyrywala).

Pozniej przychodzi do nas lekarz, ktory rozmawia ze mna o mukowiscydozie. Wydaje sie byc bardzo zmartwiony, bo Ola ma kilka objawow tej choroby: wrodzona niedroznosc jelit; wieczny katar i kaszel; nie przybiera na wadze, wykryli u niej bakterie pseudomonas….

Ola bedzie miala ponownie powtorzony test potowy. Zrobia jej rowniez wymaz z gardla (podczas operacji, gdy bedzie intubowana), test na tluszcz w kale, jesli bedzie trzeba to badanie genetyczne krwi. Dowiaduje sie, ze mukowiscydoze bardzo latwo jest potwierdzic, ale niezwykle ciezko wykluczyc – jest wiele jej mutacji.

Od godziny 17 Ola nie moze juz nic jesc. Pic moze do polnocy.

SRODA.

Boje sie, ze przeloza operacje. Kilka operacji zaplanowanych na wtorek nie odbylo sie, lekarze sie po prostu nie wyrobili.

Dowiaduje sie, ze operacja Oli bedzie ostatnia – bo jest to operacja tzw. brudna. Boje sie tym bardziej, ze ja przeloza.

Z samego rana Ola dostaje kroplowke, byc moze dlatego nie jest glodna, nie placze z glodu.

Kolo 12 dostaje jakis lek na uspokojenie. Uspokoic to ona sie nie uspokoila, ale zachowuje sie jakby byla nacpana: maslane oczy, gdy probuje wstawac to sie przewraca, rzuca sie do tylu i bardzo ja to raduje, smieje sie w glos; gapi sie na zabki wymalowane na scianie, i gada do nich, dyskutuje, argumentuje….

Godzina 13:40 przychodzi pielegniarka; zabieramy Ole do drzwi sali operacyjnej. Ola z zadowoleniem idzie w ramiona anestezjologa. Drzwi sie zamykaja.

Prawie godzina nerwowego czekania. Godzina 14: 35 – pielegniarka przychodzi i mowi, ze Ola na nas czeka na oddziale pooperacyjnym. Idziemy.

Ola jest w lozeczku. Wstaje. Placze, ale jej placz brzmi jak skrzek (pewnie kombinacja narkotykow i tuby, ktora jej wepchneli do gardla na czas operacji). Wyciaga do mnie rece. WSTAJE!

Nie moze wstawac. Trzeba ja trzymac, aby lezala. Anestezjolog tlumaczy mi, iz podali jej leki wybudzajace. W zwiazku z tym Ola nie wie, co sie z nia dzieje, nie rozumie tego, bedzie sie zachowywala bardzo nienaturalnie, co jest calkiem naturalne; pozniej nie bedzie z tego nic pamietala.

Glaszcze ja po policzku. Uspakaja sie. W koncu usypia.

O godzinie 20 musimy opuscic szpital.

CZWARTEK.

Godzina 6:30-jestesmy z powrotem na oddziale. Ola stoi i placze. Gdy biore ja na rece od razu sie uspakaja.  Pani doktor pozwala jej dawac pic – wode, herbatki, rumianek.

Operacja przebiegla bez zadnych komplikacji, wycieli jej przy okazji wyrostek. Ola ma zalozonych 7 szwow (to juz druga blizna na jej brzuszku).

Pytam, czy dzis bede mogla przejsc z nia na odcinek II, tam, gdzie rodzice moga spac z dziecmi. Dowiaduje sie, ze jesli wypije 200 ml plynow, i nic sie nie bedzie dzialo (wymioty), to tak.

Podaje jej rumianek. jak na zlosc Ola nie chce nic pic. Ani ze szklanki, ani przez slomke, ani z butelki…

Daje jej herbate szpitalna. SUKCES! Pije jak nawiedzona!

Idziemy na odcinek II.

Pozny wieczor. Ola wymiotuje. Mysle, ze to dlatego, iz zbyt szybko podano jej dozylnie aminokwasy, wiec nie mowie nic lekarzom. Boje sie, ze mnie cofna na pooperacyjny. Jesli zwymiotuje ponownie, wtedy im powiem.

Na szczescie nie wymiotuje.

Pieknie przesypia cala noc.

PIATEK.

Mozna jej dawac jesc! Zupe z miesem, kaszke na mleku, zjadla nawet budyn. I nic, zero wymiotow! Apetyt jej sie poprawil, jak do tej pory jadala malutko, jak wrobelek, tak teraz ciagle jej malo i malo! Probuje nie dawac jej zbyt duzo, trzeba ja jeszcze troche oszczedzac.

Biega po calym oddziale. Wszyscy sie dziwia, ze ona juz jest PO operacji, a nie PRZED. Bo zachowuje sie i wyglada jakby byla przed.

Dowiaduje sie rowniez, ze jutro wychodzimy. HURRRRAAAAAAAA!

SOBOTA.

Dostajemy wypis i jedziemy do domu.

Ciesze sie, bo wydaje mi sie ze caly ten pobyt w szpitalu nie byl zbyt traumatyczny (psychicznie) dla Oli,  a tego sie najbardziej obawialam.

Oli apetyt sie poprawil, je teraz dwa razy tyle co przed operacja. Ciekawe, dlaczego?

W przyszlym tygodniu musimy pojechac do Instytutu w srode na test potowy (muko), a w piatek na zdjecie szwow.

Chcialabym bardzo, bardzo podziekowac doktor Ewie Sawickiej, ktora przeprowadzila obie operacje. Uratowala ona zycie Oli. Jest ona chyba najlepszym specjalista w calej Polsce jesli chodzi o sprawy jelitowe. I nie jest to tylko moja opinia.

I olbrzymie podziekowania naleza sie doktor Klaudii Żak. Jest wspanialym lekarzem, caly czas byla dla nas olbrzymim wsparciem. Zawsze cierpliwa, zawsze miala czas na wysluchanie i wytlumaczenie. To ona zajela sie Ola tak dokladnie, do samej podszewki – zaaranzowala testy potowe i inne badania na muko, spotkania z innymi specjalistami (min. neonatologiem). Takich lekarzy nie spotyka sie czesto.

Kierunek z powrotem

No chyba nie mysleliscie, ze sie obedzie tak bez przygod, co? No przeciez nie Mazusom!

Walize udalo sie zapakowac, a jakze, razem z innymi, mniejszymi torbami, i wozkiem.

Do Warszawy dojechalysmy bezpiecznie. Mialam litosc dla matki, bo matka dostaje bolu glowy jak przekraczam 120km/h. Wiec jechalam 110, i bylo dobrze.

Zaparkowalysmy pod blokiem, w ktorym mialysmy mieszkac. I zamknela moja mama autko. Ale jak zamknela! Typowo komediowo, czyli z kluczykami w aucie! Po natychmiastowym, aczkolwiek krotkim napadzie paniki, wziela sie do dzialania.

Przydybala jakiegos przechodnia, i go probuje przekonac, aby postaral sie otworzyc Matiza za pomoca wsuwki albo innego narzedzia podobnego typu. No mowie Wam, scenka jak z Mamy Cie!

Przechodzen pomoc nie mogl, zatem matula poleciala czarowac ochroniarza w bloku. Bylo dwoch. Jeden gdzies polecial, drugi radzil matuli: trzeba zlodzieja poprosic.

– Jakbym znala, to bym poprosila, ale zadnego nie znam – rezolutnie matka odparla.

– No to okno trzeba wybic! wpadl na genialny pomysl ochroniarz.

Na szczescie ten drugi byl bardziej myslacy – sprowadzil jednego z lokatorow, ktory okazal sie byc mechanikiem samochodowym i znal sie na zamkach.

Przylecial z dlugim, zakrzywionym drutem, pogrzebal, pogrzebal, i auto otworzyl w ciagu 2 minut. Na szczescie!

Jednak przygod to nie koniec. Na odbior mieszkania umowilysmy sie na 14. Chlopak podnajmujacy i owszem, przyszedl, ale wlasciciela nie bylo.  Bedzie o 15. To czekamy do 15. Wlasciciela ani sladu. Dzieci obsmarkane, glodne, i posikane (jedno) lataja dookola bloku. Starsze co chwila sie pyta: Kiedy wejdziemy do domku? Mlodsze zre kamienie z trawnika.

Godzina 16, wlasciciela nie ma. Nakarmilam dziecko zimna zupa ze sloiczka (skrzywilo sie, ale zjadlo, bo glod niedobry) i postanowilam, ze pojdziemy na zakupy – mleko, bulki, papier toaletowy i inne niezbedne w nowym mieszkaniu rzeczy.

I wybralysmy sie do pobliskiego centrum handlowego na zakupy. Ale gdy o 17:30 wciaz sie wlasciciel nie ujawnil, postanowilam, ze mam w nosie takich wynajmujacych, wracam do domu.

We wtorek pojade do Warszawy i zamieszkam w hotelu Fundacji, ktora jest wprawdzie dla dzieci z rakiem, ale i mi rowniez pozwola sie przenocowac, jedynie bede musiala zaplacic wiecej niz rodzice z dziecmi z rakiem.

Mieszkajac w Fundacji zaoszczedze nieco forsy (mniejsze luksusy, oczywiscie, ale co tam!), wiec na poczet przyszlych oszczednosci kupilam sobie piekne buciki.

No i wrocilysmy do domu.

A teraz sie smiejemy, ze do Warszawy musimy jezdzic aby kupic mleko i bulki 😉 

Kierunek Warszawa

Po pierwsze, dzis sa imieniny mojej mamy. Zyczenia rano byly, prezenty tez byly. Moze restauracja wieczorem?

A zaraz jedziemy do Warszawy. Wynajelam mieszkanie na miesiac. Wprawdzie na Mokotowie, a szpital jest na Woli, ale nie szkodzi, wazne ze jest.

Dojazd do szpitala zajmie mi okolo 40 minut. I tak o wiele mniej niz z rodzinnego miasteczka gdzie mieszka moja mama 🙂 

Jade ja, dziewczynki, i moja mama. Moglabym pojechac sama, ale nie zostawilabym Zuzi na tyle czasu.

Juz sie spakowalysmy. W mieszkaniu nie ma poscieli, nie ma talerzy, garnkow, wiec to wszystko musialysmy zapakowac. A mama ma Matiza. Moja walizka (jedna, ha ha ha) jest wielkosci calego tylu tego malutkiego matizka. Swoja droga dobrze, ze ten bagaz na lotnisku sie zgubil, bo w zyciu bysmy sie nie zapakowaly. Nawet z nadprzyrodzonymi zdolnosciami mojej matki do osiagania nieosiagalnego.

 


First of all, today is my mum's nameday. We wished her all the best, we gave her presents… maybe we'll go to a restaurant in the evening?

 

And in an hour we're going to Warsaw. I rented a flat for a month in there. The flat is far from the hospital, but it doesn't matter, it's still closer than my mum's flat in a town that is far from Warsaw.

I'm going with the girls, and my mum. I could go on my own, but I couldn't leave Zuzia for so long.

We're all packed. In the flat there is no bedsheets, no plates, pots, so we had to pack it all. And my mum has a small car. One of my suitcases is the size of the whole back of this car. By the way, it turned out good that my luggage got lost at the airport when I arrived to Poland, because there is no way we could put my two suitcases into my mum's small car. Even with my mum's abilities do do undoable. 

Zawszony wiersz

– Zuzia, a potrafilabys napisac wiersz? pytam Zuzanne podczas obiadu.

– Nie. pada krotka odpowiedz.

– A moze bys sprobowala? nie daje za wygrana.

– No dobrze. W-E-SZ! Oznajmila z zadowoleniem.

Operacja

No i wyglada na to, ze jesli sie nic nie zmieni, bedzie kolejna operacja. Juz w srode.

We wtorek zadzwonila do mnie doktor Zak z IMiDz. Po konsultacji z docent Sawicka postanowily, ze we wtorek Ola zostnie przyjeta do szpitala, i jesli wszystko bedzie ok (badania, brak choroby, itd), to operacja w srode.

Bardzo sie boje, oczywiscie. Ola bedzie musiala zostac w szpitalu okolo 10 dni po operacji. Nie bede mogla z nia spac. Bede musiala przychodzic do szpitala rano, a wieczorem bede musiala wychodzic.

Jak Ola to zniesie? Bedzie wyla cale noce. Powroci ta trauma sprzed roku. Znow beda ja kluc w te malutkie raczki, w te niewidoczne zylki, trzymajac na sile na lozku zabiegowym jak prosiaka przeznaczonego na rzez.

Znow bedzie niepewnosc, czy aby wszystko bylo ok? Czy bedzie kupa? Czy ja nie boli?

Teraz Ola jest starsza, wiec bedzie trudniej… wtedy tylko lezala, taka malutka, bezbronna, ale i nieswiadoma. Teraz juz rozumie, calkiem sporo rozumie… nie bedzie chciala nieruchomo lezec caly czas. A chodzic nie bedzie mogla. I jak tu przetlumaczyc rocznemu dziecku?

Poczawszy od niedzieli bede Was informowala o tym, co sie dzieje, smsem (jesli mi sie uda). Zatem bedzie krotko.

Trzymajcie kciuki za Ole.

Chcesz zobaczyc cipsko?

Jestesmy sobie w centrum handlowym, w sklepie Mango.

Zuzia, z glowa pod sukienka wiszaca na manekinie, wychyla sie i na cale gardlo krzyczy do Czarka (syna mojej siostry), ktory znajduje sie na drugim koncu sklepu:

– Chceeeeesz zobaczyc CIPSKO??????

*********

Kolejny tekst Zuzi, tym razem juz w domu:

– Mama, czy moja pupa jest czysta jak roza? (to po tym, jak sie zalatwila, i chciala, abym jej sprawdzila, czy dokladnie pupcie sobie wytarla).

Oraz:

– Jak zrobilam juz kupe, jedna GALKE…. (kto jeszcze robi kupy na galki?) 


We're in a shopping mall, in Mango shop.

Zuzia, with her head sticking out from under a dress hanging on a manequin, is shouting to Czarek (my sister's son), who is in the other end of the shop:

– Do you want to see a PUSSYYYYYY????

********

Another text:

– MUm, is my bottom as clean as a rose? (after she pooped and wanted me to check if she wiped herself properly). 

Buciki

 

 

Takie same, tylko ze zlote….. kosztuja duzo, wiec moze na gwiazdke? Od meza?… (maz wlasnie kupil sobie auto, chyba ja tez zasluguje na prezent?)

UPDATE: poniewaz wiele osob nie widzialo poprzedniego zdjecia, zamieszczam to. Nie wygladaja tutaj tak cudnie te buty, ale uwierzcie mi, sa przebajeczne! Mam nadzieje, ze tego widac

 

 

 

 

Alkohole rozne

Dzis jestem testerem. Testuje alkohole.

Na pierwszy ogien poszedl miod pitny, tzw. dwojniak. Ja nie wiedzialam, ale sie dowiedzialam, zatem dla tych, ktorzy tez jeszcze nie wiedza: dwojniak jest rozcienczanym miodem 1:1; trojniak to miod rocienczany dwukrotnie.

Miod pitny ma smak bardzo dobry, troszke tylko alkoholowy, i slodki. Zdecydowanie moglabym sobie go saczyc caly wieczor; dopoki bym nie padla.

Potem byl jeden z 'wynalazkow' mojej mamy (bo mama toto wynalazla). Nazywa sie to Unicum Amaro Digestivo Zwack (pojecia nie mam, czy w takiej kolejnosci; przepisalam po prostu wszystko z butelki). Sprobowalam, i myslalam ze zwymiotuje. Gorzkie toto, mocne jak nie wiem, smakuje jak trucizna! W dodatku na butelce wielki krzyz na czerwonym tle! Myslalam, ze mnie macierz otruc chca, zatem czem predzej w internecie poszperalam, i sie dowiedzialam, iz:

amaro digestivo jest wiele rodzajow, kazdy smakuje inaczej. Pije sie toto po posilku, i wspomaga toto, jak sama nazwa wskazuje, trawienie.

– napoj stal sie ostatnio bardzo popularny i modny w U.S.A, zwlaszcza w Nowym Jorku i San Francisco (alez bylam modna dzis wieczor, saczylam amaro digestivo!)

Unicum ma bardzo dluga historie – produkowane na Wegrzech przez rodzine Zwack, Joseph Zwack, doktor (rodziny Hapsburgow), wymyslil w 1790 przepis, trzymal go w tajemnicy; dzis produkuje sie trunek z 40 ziol, ktore sie maceruje, destyluje, a potem dojrzewa przez 6 miesiecy w kadziach z francuskiego debu.

Bardzo to brzmi interesujaco. Szkoda tylko, ze w smaku jest takie oblesne.

Potem bylo limoncello . Napij alkoholowy z cytryn. Bardzo popularny we Wloszech. Myslalam, ze bedzie kwasne, ale nie bylo. Za to ma cudowny, zolciutki kolorek. Pije sie to rowniez po posilku, aby wzmocnic trawienie.

Gruszkowka byla ostatnia. Zakupiona dzisiaj w sklepie Nalewki i inne, okowita z gruszek. Okowita smakowita? Akurat! 50%, smierdzi jak czysty spirytus, sprobowalam mini lyka, i mnie wykrecilo! Dostalam gesiej skorki, wlosy na ramionach mi deba stanely, a moja mame na sam zapach rozbolala (ponownie) glowa.

Po tych wszystkich napojach na trawienie bede miala swietie przetrawiona kolacje. Czy to oznaczaloby, ze moge jesc do woli, potem pic do woli, i bede szczupla??? 

Polska oczami zakatarzonej

Patrze na Polske innymi oczami. Bo nie ma mnie tutaj wiekszosc czasu, wiec ogladam Polske jak turystka z Kataru. I co widze?

Nie bede oryginalna, pisalam o tym juz wiele razy. Widze dziewczyny, ubrane w bluzki na ramiaczka, i miniowki, i wydaje mi sie to takie… nieodpowiednie (chociaz seksowne). Minie kilka tygodni, i robiac zakupy sama bede kupowala kiecki na ramiaczka i z dekoltem takim, ze cycki sie wylewaja (przepraszam za jezyk).

No i widze dziewczyny, ktore o siebie dbaja. Nawet wychodzac do parku wygladaja ladnie. W Katarze te Angielki zakladaja 'byle co', i wygladaja byle jak… 

Widze zielen, parki, trawe…. ptaszki… deszcz. Tego nie ma w Katarze.

Widze sklepy, a w nich piwo, wino, wodka… tak sobie stoja na polkach. Albo ide do pizzeri, i moge sobie wypic piwo z ta pizza. Jesli tylko mam ochote.

Widze poranek o piatej rano, i widze zachodzace slonce o 21:30. W Katarze slonce zachodzi o 18. Codziennie. Latem i zima.

Jest allegro, sklepy z uzywana odzieza, tanie linie lotnicze, sklepy internetowe…..

Widze piekne pola, laki, ogrody kwitnace, ludzie przy trasie sprzedajacy kurki i jagody… 

Nie  bede pisala o naszej polityce, bo to nie wpis o cyrku, nie bede pisala o korkach w totalnie zablokowanej Warszawie, ale naprawde, tutaj jest tyle pieknych rzeczy, tyle wspanialych rzeczy, ktorych ktos, kto tu zyje nie dostrzega, bo ma je na co dzien… (na codzien?).

A ja dostrzegam. I sie nimi ciesze, poki moge.

Dobranoc. 🙂