Zima trzyma twardo, juz od miesiaca. Temperatura dochodzila do osmiu stopni w dzien (teraz sie ocieplilo, jest okolo 18), w nocy nawet boje sie myslec jak musi byc zimno.
Juz po raz czwarty nie kupuje sobie grzejnika (jak to?? oburzam sie. Grzejnik gdy sie mieszka niemalze na pustyni??? Toz to szalenstwo, nie, dla zasady nie kupie!), i po raz czwarty bardzo tego zaluje. Rano w kuchni, gdy Zuzia je sniadanie, to mam 18 stopni! Siedzimy skuleni w domu, zawinieci w swetry, i popijamy goraca herbate, wszystko, aby tylko sie ogrzac. Juz sie nie moge doczekac, gdy sie zrobi cieplej!
A dzisiaj wybralam sie na cwiczenia, tzw. step. Pewnie wiecie, co to takiego, wchodzi sie i schodzi sie z takiego stopnia.
Co za glupi pomysl mialam!
Zasapalam sie jak nie wiem co (kondycja beznadziejna, oj, beznadziejna, ale jak ma byc lepsza, jak najdluzszy spacer to od drzwi do samochodu, i ewentualnie po centrum handlowym?).
A w dodatku przeciez ja nie mam zadnej koordynacji, jak mam machnac reka i noga w tym samym czasie to sie gubie, a tutaj instruktorka jakies uklady kazala nam robic, wchodzimy z prawej strony na ten schodek, schodzimy z lewej, w miedzyczasie podnosimy prawa noge i machamy lewa reka, hopa, hopa!!!!!!!
Alez sie pogubilam, pod koniec to juz sobie skakalam na schodek, i ze schodka, na schodek, i ze schodka…. nudne toto bylo, chociaz meczace.
W ramach kompensacji za spalone kalorie w domu zjadlam podwojny lunch, ananasa, twixa, i dwie krowki (przywiozlam sobie z Polski, ida jak cieple buleczki, juz mi malo zostalo).
Nastepnym razem sie wybiore na jakas joge moze? Tez nudna, ale chociaz sie nie zasape 🙂


