gorace zrodla i tom yum

25 marzec, wtorek

Nieco nam sie juz skonczyly atrakcje w Chiang Mai (wycieczke do parku narodowego mamy zaplanowana na jutro). W glebokiej desperacji postanowilismy pojechac do goracych zrodel.

Taksowka. W Chiang Mai sa tuk tuki, ale sa tez tzw. pick up taxi, czyli taksowki, ktore zabieraja pasazerow z ulicy, i zawsze ktos sie moze dosiasc. Troche tak, jak w autobusie. Cene ustala sie z kierowca na poczatku podrozy (trzeba sie targowac, bo ceny zawyzaja, oczywiscie). Jesli ktos sie dosiada do taksowki, to czytalam, ze placi 15 baht. Taksowki sa bardzo tanie, wszedzie w Chiang Mai mozna dojechac za maksimum 100 baht (10 zlotych).

Zatem ustaliwszy cene z kierowca (500 baht w obie strony) wsiedlismy w taksowke i po 45 minutach malowniczych widokow, takich jak na przyklad pola ryzowe, znalezlismy sie u zrodel.

Okazalo sie, ze jest to resort wypoczynkowy Roong Aroon, na terenie ktorego znajduja sie owe gorace zrodla – nic specjalnego, goraca woda tryskajaca z zaworu (oczywiscie pod zaworem jest zrodlo, ale zero toto mialo uroku). Na zdjeciach widzialam jak ludzie gotuja jajka (trzymajac je na patykach w specjalnych koszyczkach) w goracej wodzie tryskajacej ze zrodla.

W dodatku tam smierdzialo – amoniakiem, czy innym jakims gazem.

Ale park dookola zrodel byl bardzo ladny, a nad rzeka lataly cudowne czerwone wazki. W zyciu tak pieknych wazek nie widzialam.

Po powrocie relaks z piwem nad basenem hotelowym, a wieczorem obiad w restauracji nad rzeka Mae Ping (Riverside Bar & Restaurant). Juz nie pamietam, co jadlam, ale bardzo prawdopodobne, ze zupe Tom Yum – oszalalam na punkcie tej zupy. Slodko-ostra, z kurczakiem lub krewetkami, trawa cytrynowa, liscmi limonki, imbirem… pychota!

Wyprawa na sloniach przez dzungle

24 marzec 2008, poniedzialek.

Dzisiaj wybralismy sie na wycieczke zamowiona w biurze podrozy. Na poczatku zaznacze, ze cale wydarzenie bylo zbyt turystyczne jak dla mnie, i zbyt latwe, niemniej jednak i tak bylo bardzo ciekawie.

Najpierw wystep sloni. Tresowane slonie graly w pilke, rysowaly (ale jak pieknie! Wstawie zdjecie), podnosily i przenosily klody i tanczyly.

Pozniej glowna chyba atrakcja, czyli przejazdzka na grzebiecie slonia przez rzeke i kawalek dzungli! Siedzielismy dwojkami na siedzeniach, ktore umocowane byly na grzbietach sloni. Alez to bylo przezycie! Jest to dosyc ciezka praca, aby sie na takim sloniu (nawet w siedzeniu) utrzymac, zwlaszcza, gdy slon schodzil w dol z gory – trzeba sie mocno trzymac, aby nie wypasc! Nasz slon w pewnym momencie okazal sie nieposluszny, cos mu troche odbilo, i zaczal bardzo szybko isc do tylu!!! Wystraszylam sie nie na zarty (ze mna byla Zuzia, a gdybysmy spadly z takiego slonia, to moglo byc niebiezpiecznie, slonie sa duuuuze!!!), ale na szczescie ‘kierowca’ poradzil sobie i slon sie uspokoil.

Pozniej przesiedlismy sie na wozek drewniany ciagniety przez muly. Zupelnie jak za dawnych, dawnch czasow, kiedy to takimi wozkami jezdzilo sie do kosciola πŸ™‚

Pozniej lunch, i wsadzili nas na tratwy zrobione z bambusa. Rzeka byla plytka (w sezonie deszczowym, ktory zaczyna sie w kwietniu – maju rzeka jest wzburzona i gleboka), wiec kilka razy utknelismy na mieliznie. Ale bylo ciekawie, bo widzielismy weze wodne, kolorowe egzotyczne ptaki, no i ja mialam okazje sterowac ta tratwa (czyli odpychac sie kijem bambusowym od dna. Ciezka robota!).

Nastepnie w samochod, i pojechalismy do miejsca, gdzie moglismy ogladac plemie Karen z dlugimi szyjami. W Tajlandii zyje kilka plemion, nie sa to Tajowie, a uchodzcy, ktorzy otrzymali tutaj azyl. Plemie Karen przyjechalo do Tajlandii z graniczacej Birmy. Kobiety z tego plemienia na szyjach nosza obraczki, ktore wydluzaja ich szyje do nienaturalnych rozmiarow. Nie jest to, oczywiscie zdrowe, a poza tym musi byc bardzo niewygodne – obraczki sa bardzo sztywne, i bardzo ciezkie. Podobne obraczki nosza na kolanach. Wszystko w celach ozdobnych.

Niektore z tych kobiet mialy rowniez obraczki w malzowinie usznej. Znow, najlepiej wszystko pokaza zdjecia, wiec zapraszam za tydzien (mniej wiecej).

Potem pojechalismy na farme orchidei i motyli (beznadzieja, kilka kwiatkow, a motyla nawet nie widzialam). Tam tez obejrzelismy pokaz malp (malpy wykonywaly rozmaite sztuczki, bardzo zajmujace dla dzieci) oraz pokaz wezy – ci mezczyzni igrali ze smiercia, oblaskawiajac pytony, prowokujac i unikajac smiertelnych ukaszen kobr, calujac kobry!!!

Po wszystkich tych atrakcjach powrot do hotelu, a pozniej dlugi spacer do restauracji nad rzeka, gdzie pozywilismy sie pysznym jedzeniem (ja akurat wzielam wieprzowine w sosie curry z Birmy (znaczy sie w stylu z Birmy, nie przywozili tej wieprzowiny z Birmy, ma sie rozumiec).

Karaluchy na kolacje

23 marzec 2008, sobota

 

Rano wynieslismy sie z naszego hotelu. Rezerwujac hotel przez internet zarezerwowalam tylko dwie noce, poniewaz nie bylam pewna, co bede robila. I dobrze sie stalo, bo hotel ten, Downtown Inn, kosztowal okolo 200 zlotych za noc, a okazal sie stara, smierdzaca dziura, z niemila obsluga i okropnym sniadaniem (na sniadanie bylo cieple mleko i zimne jajka, slodki chleb i paskudna kawa).

 

Gdy zasiegnelismy nieco jezyka, okazalo sie, ze za te same pieniadze mozemy miec swietny hotel! Wiec sie dlugo nie zastanawialismy, i przenieslismy sie rano do Chiang Mai Plaza, cudownego hotelu z wiekszym pokojem, basenem i spa.

 

Pozniej wybralismy sie na zwiedzanie Chiang Mai. Chiang Mai jest miasteczkiem na polnocy Tajlandii, pelnym uroku i atmosfery. Nie da sie przejsc po ulicy nie natykajac sie na taki czy owaki ‘market’, czyli rynek. Naszym celem byly, oczywiscie, swiatynie. W jednej z nich mozna bylo porozmawiac z mnichami, i wypytac ich o sekrety zwiazane z zyciem mnichow, z Buddyzmem, z Tajlandia… niestety, wszyscy mnisi byli zajeci, i nie udalo nam sie z nimi pogawedzic.

 

Po dlugim spacerze wybralismy sie na masaz stop. Godzinny. Bardzo mi sie podobalo. Mattowi nieco mniej, narzekal, ze mu sie lydki posiniaczyly od mocnego ucisku πŸ™‚

 

Wieczorem poszlismy na tzw. walking market, czyli chodzacy rynek. Kolezanka Jola powiedziala mi, i ja sobie wyobrazilam, ze ten chodzacy rynek to taki rynek, po ktorym sprzedawczy chodza ze swoimi straganami. A co do kupujacych, to pomyslu nie mialam. Bo niby co, stoja i podziwiaja te stragany przechodzace przed nimi???? πŸ™‚

 

Oczywiscie nic takiego sie nie dzialo. Rynek chodzacy to po prostu rynek, dla ktorego zamkniety zostal ruch kolowy. Okolo godziny 18 cala ulica zostaje zamknieta, i jedynie piesi moga sie po tej ulicy poruszac.

 

Na rynku tym sprzedawali cudowne rekodziela. Cudowne. Sprzedawcy wykonuja swoje rekodziela na ulicy, czekajac na klientow. Buciki dla dzieci, szyte i dziergane; misie robione na szydelku; kapelusze; mydla, strugane w przepiekne kwiaty; lampiony robione z puszek po piwie czy coca coli; samochodziki z takichze samych puszek; obrazy; pocztowki; kadzidelka, torebki; cudowne rzeczy rzezbione z drewna – wazony, figurki, plaskorzezby, swieczniki..; insturmenty muzyczne (tamtamy i gongi, i inne jeszcze, ktorych nazw nawet nie znam). I wszystko tak niesamowicie tanie, ze az nie do uwierzenia.

 

I oczywiscie jedzenie. Co drugi krok stragany z zarciem: kielbaski, pulpety, kawalki wieprzowiny, jajka przepiorcze.. a nawet ROBAKI. Tak, robaki. Lezaly sobie w misach prazone czy smazone w glebokim oleju pasikoniki, biale robale i swierszcze. Na poczatku myslalam, ze to jakis zart, ale nie, oni to naprawde jedza!! Prawie, ze sie skusilam, ale w ostatniej chwili stchorzylam.

Podobno robaki bambusowe i karaluchy to sa ich przysmaki. Niektore robale wystepuja caly rok, inne sa tylko sezonowe. Kilka dni pozniej, bedac w hotelu w Ko Samui u Magdy w pokoju byl karaluch. Zadzwonilysmy do recepcji, aby przyszli i go zabili. Przyszla kobitka, wziela karalucha w palce, i sobie z nim poszla. Razem z Magda podejrzewamy, ze albo go sobie usmazyla, albo puscila wolno, aby sie rozmnazal w celu dostarczenia wiekszej ilosci pozywienia πŸ™‚

Lokalne rzemioslo

22 marzec 2008, sobota

Β Rano poszlismy „w miasto” szukac wycieczek. Biura podrozy sa tutaj tak liczne jak miejsca gdzie moga turystow wymasowac od stop do glow. Czyli liczniejsze niz grzyby po deszczu w polskim lesie. I czesto te dwa miejsca mieszcza sie w jednym pomieszczeniu – biuro podrozy i masaz, razem.

Znalezlismy jedno biuro, i zaczelismy dyskutowac o wycieczkach. Bardzo chcielismy sie wybrac na wyprawe do dzungli, gdzie byloby duzo chodzenia, jazda na sloniach, wizyta w wiosce plemiennej, jazda lodzia po wielkich falach rzeki, spanie w chatce w wiosce plemiennej….

Niestety, powiedziano nam, ze z dziecmi to nas nie zabiora, bo to jest meczace i niebezpieczne. Bardzo bylam zawiedziona, zwlaszcza, ze jestesmy zaprawieni w dzungli malezyjskiej.

Ale trudno. Zamowilismy trzy wycieczki – do wiosek, gdzie pokazuja jak wykonuja rozne rekodziela; do parku narodowego; i do wioski plemiennej gdzie jest plemie Karen z dlugimi szyjami (obraczki sobie zakladaja na te szyje).

Dzisiaj wycieczka numer jeden, czyli po rekodzielniczych wioskach. Bylo ich kilka.

Β 

  • Laka i skorupki z jajek. Pokazano nam poszczegolne etapy wytwarzania i malowania przedmiotow z laki; jak rowniez cudowne rzeczy ozdabiane skorupkami z jajek.

Β 

  • Dywany – tkane z kaszmiru. Ogladalismy dywany warte ponad 50 tysiecy dolarow!!!! Cudowne, mieciutkie… zmieniaja kolor – z jednej strony ten sam dywan jest koloru slomkowego; przeszlam na druga strone, i dywan zrobil sie ciemno brazowy! Niesamowite. To dlatego, ze one sa tkane pod katem 30 stopni, o ile dobrze zrozumialam. Widzielismy rowniez tzw. jewelerry carpet, czyli dywany-bizuteria. Recznie wyszywane i bogato zdobione cennymi kamieniami. Ceny, oczywiscie, horrendalne.

  • Wyrob srebrnej bizuterii. Odlewanie form, polerowanie, zdobienie.

  • Wyrob parasolek – bardzo tutaj popularne leciutkie parasolki, wykonane z papieru i recznie zdobione pieknymi malunkami. Ogladalismy poszczegolne etapy wytwarzania tych parasolek – od strugania drewienek na szkielet, skladanie szkieletu, oblepianie go papierem, az po malowanie.

  • Fabryka jedwabiu. Kobiety siedzialy w rzedach, jak w starodawnej fabryce, i przedly jedwab. Albo gladki, albo w piekne wzory. Mozna bylo rowniez zobaczyc poszczegolne etapy produkcji jedwabiu – kobiete, ktora trzymala kokony jedwabnikow w goracej wodzie, i przedla z nich jedwabna nic; proces nawijania nici na szupule; oczywiscie proces tkania materialu.

Β Po kazdej prezentacji prowadzono nas grzecznie do sklepu, gdzie mozna bylo zakupic produkty wyrabiane w tym wlasnie miejscu. Jest to swietny sposob zarabiania forsy na turystach, bo zabieraja turystow do tych miejsc, a pozniej taki turysta znajduje sie w sklepie, i czuje sie w obowiazku – tak z grzecznosci – zakupic jakis produkt. Ale pomimo wszystko doswiadczenie bylo bardzo ciekawe. No i okazja do wykonania fajnych zdjec πŸ™‚Β 

Ostatni dzien w Kambodzy, powrot do Tajlandii, Chiang Mai

Z BANGKOKU, 29 MARZEC.

DZIEKUJE ZA KOMENTARZE, WSZYSTKIE CZYTAM, ALE NIE MAM CZASU ODPISAC.Β W CHIANG MAI DOLACZYL DO NAS MATT,Β NIE MIALAM CZASU DO INTERNETU USIASC, STAD OPOZNIENIE W OPISACH.

GORACO POZDRAWIAM WSZYSTKICH, KTORZY MNIE CZYTAJA I DOBRZE MI ZYCZA.

JUTRO LECE NA KO SAMUI (WYSPA). MAM NADZIEJE, ZE BEDE MOGLAΒ KORZYSTAC TAM Z INTERNETU.

A NA RAZIE, KAMBODZY CIAG DALSZY.Β 

19 marzec

Β Dzisiaj dzien odpoczynku – rano na basenie sie wylegiwalysmy. Spieklam sie na raka, kilka dni mnie pozniej bolala skora. Zuzia tez sobie buzke przypalila, mimo, ze miala krem na buzi.

Pozniej lokalny rynek, z pamiatkami. I jedna dziewczynka, slodziutka, 3 latka miala, i za kazdym razem, gdy ja mijalysmy, mowila: „Hellooooooo! Helloooooo!” πŸ™‚

Pamiatki rozmaite, rzezby, figury, plaskorzezby (zwiazane ze swiatyniami, oczywiscie). Kupilam dwie figurki, cudne, za 35 dolarow.

Pozniej czas na obiad w kmerskiej restauracji. Jadlam salatke z kwiatow banana – pyszna. Byla w niej kapusta, orzeszki, chyba gdzies kwiaty banana, ale nie wiem gdzie, i slodko-ostry sos. Mniam.

Zamowilam rowiez lokalna zupe z ryb i warzyw (nieco mdla jak dla mnie) i tradycyjne danie kmerskie, chicken amor, czyli amor z kurczaka. Byly to kawalki kurczaka w sosie, sos nieco gorzkawy. Do tego byly zielone liscie. Zapytalam sie, co to za liscie – z mlodego drzewa oliwnego. Tez byly gorzkie.

21 marzec, piatek.

Wczoraj wstalysmy z samego rana, zjadlysmy sniadanie, i pojechalysmy na lotnisko. Lot do Bangkoku trwal tylko 45 minut, na lotnisku mialysmy sie spotkac z Mattem, ktory przylatywal z Kataru.

Po prawie dwoch godzinach czekania Matthew w koncu przylecial. Dziewczynki byly wniebowziete.

Pojechalismy na stacje kolejowa – wieczorem o 19:30 mielismy pociag nocny do Chiang Mai (miasto na polnocy Tajlandii). Zostawilismy bagaze, a ze mielismy piec godzin do zmarnowania, wybralismy sie tuk tukiem do dwoch najslynniejszych swiatyn (Wat Pho i Wat Kaew. Upal byl niesamowity, parno, po godzinie doszlismy do wniosku, ze wracamy na stacje – ja swiatynie juz widzialam, a Matt byl nimi srednio lekko zainteresowany.

Na stacji usiedlismy sobie w restauracji i przez dwie godziny pilismy zimne piwo.

Pociag nocny jest super. Sa siedzenia, ktore pozniej pracownik kolei rozklada w lozka, daje posciel, poduszki, przescieradla…

Jedna osoba spi na dole, druga osoba spi na gorze. Naprawde wygodnie mi sie spalo.

Pociag jedzie cala noc (wyjazd z Bangkoku o 19:30 a przyjazd do Chiang Mai o 9:30 rano).

W Chiang Mai wybralismy sie najpierw na przejazdzke lodzia po rzece. Doplynelismy do mini farmy, gdzie hodowane sa rozne rosliny, dla nas egzotyczne: imbir, trawa cytrynowa, banany, pieprz… pokazano nam wiklinowe kosze do lapania ryb (normalnych ryb i wegorzy). Zjedlismy kao soi Β – zupa z kawalkami wieprzowiny, z zoltymi kluskami (chrupiacymi; stawaly sie miekkie po namoczeniu w zupie). Poczestowano nas owocami (ananas i arbuz) i sokiem z trawy cytrynowej.

Wrocilismy do hotelu na mala drzemke, a wieczorem poszlismy na rynek nocny. Cudo. Wielkie, sprzedaja tam wszystko – figurki Buddy, pamiatki, jedwab tajlandzki i wyroby z niego (poszewki na poduszki, ubrania, obrusy), albumy na zdjecia, bizuterie, lampiony, podrabiane torebki Diora i Prady, walizki (rowniez podrobki znanych marek), rzezby w drewnie, obrazy (sprzedawane przez malarzy, ktorzy maluja swoje obrazy czekajac na klientow), i cala mase innych rzeczy.

Swiatynie w Kambodzy

18 marzec 2008, wtorek

Β Dzisiaj z samego rana pojechalismy z Hao ogladac kolejne swiatynie. Chcialam obejrzec Brentai Srei, ktora podobno jest piekna, ale jest daleko (30 kilometrow za Siem Reap). W zwiazku z tym kwota 13 dolarow za dzien za Hao podwoila sie.

Oprocz Brentai Srei widzialam tez kilka innych swiatyn, ale nazwy zapomnialam. Jak poszukam w ksiazce, to dodam.

Przed wszystkimi swiatyniami w Siem Reap jest cala masa kambodzanskich dzieciakow, ktore sprzedaja rozne towary – ksiazki, pocztowki, lokalne instrumenty muzyczne, figurki, i innego rodzaju pamiatki. Potrafia byc dosyc nachalne, a czasem niegrzeczne jesli sie odmowi (jeden mnie epitetami obrzucil: jestes okropna kobieta! Jestes okropna kobieta! Gdy odmowilam kupna jego ksiazki).

W jednej z tych swiatyn grupka dzieciakow dala przedstawienie – ustawily sie w rzadku i spiewaly. A pozniej chcialy dolara, do podzialu na wszystkich πŸ™‚ to im dalam, bo piosenka fajna byla.

Po drodze widzialam takie zycie codzienne – ich chatki, dzieciaki latajace na golasa, piecioletnie dziewczynki opiekujace sie swoimi rocznymi siostrami, kobiety iskajace glowki swoich coreczek, tuz przy drodze….

Kupilam rowniez cukierki z owocow palmy. Najpierw sok z kokosow tej palmy gotuje sie w takich wielkich misach (zapraszam za dwa tygodnie, beda zdjecia, teraz nie mam czasu niestety na zmniejszanie i ladowanie zdjec 😦 ), mniej wiecej godzine. Pozniej sok ten miesza sie przez kolejne pol godziny. Wlewa sie go do obraczek zrobionych z lisci palmy, i po pol godzinie masa zastyga, tworzac cukerki. Cukierki sa niesamowicie slodkie, smakuja troche jak melasa. Pakuja kilka sztuk tych cukierkow w liscie palmy – wyglada to cudownie. Kupilam 3 (za 1 dolara), na prezenty.

 

Rynki, rynki, i odkrycia, czyli trzeci dzien w Bangkoku

16 marzec, niedziela.

Rano postanowilam wybrac sie na przejazdzke lodzia wzdluz rzeki, przez spory kawal Bangkoku. Kupilam bilet za 20 baht, poszlam na przystan (ktora udalo mi sie znalezc po wielu trudach), i wsiadlam do lodzi. Okazalo sie, ze to nie ta lodz, ktorej potrzebuje, ze ta to tylko z jednego brzega na drugi plynie. Ale haracz musialam zaplacic, 10 baht. Wiedza, jak wykorzystywac cudzoziemcow.

A propos wykorzystywania. Kupowalam truskawki. Cena jest 10 i 20 baht. Kupuje ja, a chlopak mi mowi: 40 baht! A dlaczego 40, skoro jest napisane 10? A bo 10 to za male, 20 za srednie, a te, ktore ja chce, to 40!

Albo kupowalam parowki, takie smazone w tych przydroznych smazalniach. Cena stoi jak byk 5 baht. A ja za cztery musialam zaplacic 40. Dlaczego, sie pytam? A oni mi na to, ze 5 to za male parowki. A za te, ktore ja sobie wybralam, to 10!

Po lodzi wsiadlysmy w jeden pociag, potem w metro, i dojechalysmy do Chatuchak market (stacja skytrain Mo Chit). O rany! Z wozkiem nawet sie nie pakowalam do srodka, ale na zewnatrz to miejsce po prostu maniakalne!! Zatloczone, zapchane, kolorowe, pelne smakow, zapachow, i kolorow, sprzedaja tam doslownie wszystko, o czym mozna tylko pomyslec.

Musialam (tak, tym razem naprawde musialam) kupic sobie buty. Bo sie moje wedrowniczki (te, ktore specjalnie kupilam na podroz do Malezji; niezbyt seksy, za to wygodne i do chodzenia super) popsuly wlasnie na tym rynku. Wiec musialam sobie kupic buty. I moglam kupic Birkenstock’i za 100 baht (10 zlotych!!!! Watpie, ze oryginalne ;P). Kupilam takie fajne, za 99 baht. Ciekawe, ile wytrzymaja πŸ™‚

Tuz obok rynku znajduje sie Children’s discovery museum, czyli muzeum odkryc dla dzieci. Miejsce niesamowite, zwlaszcza dla Zuzi. Dzieciaki moga tam odkryc rozne tajemnice np. dzwieku, jak dziala silnik samochodu, proznia, ktore obszary mozgu sa odpowiedzialne za smak, wech, dotyk, co slyszy plod w lonie matki, albo moga pofruwac w telewizji na latajacym dywanie.

Potem powrot do hotelu. Bangkok to jedyne chyba miejsce, z jakim sie do tej pory spotkalam, gdzie to taksowkarze wybieraja klientow, a nie na odwrot!

Po wczorajszym pokazie kulturalnym taksowkarz podjezdzal, gdy mu lokalizacja, do ktorej chcialam jechac nie odpowiadala, to mowil nie i odjezdzal! Dzis to samo! Podawali mi kwote 200, 250 baht, co oznacza, ze jest to kwota o wiele wyzsza niz z taksometru. I nie chcieli mnie zawiezc, jak sie domagalam wlaczenia licznika!

Dopiero po kilku probach udalo mi sie zlapac tuk tuk. Chcial 200, powiedzialam 150, i od razu sie zgodzil.

Po powrocie do centrum kupilam bilety na pociag do Chiang Mai (pierwsza klasa niestety juz wykupiona, wiec bedziemy podrozowac druga klasa. Chyba bedzie ciekawie, bo jest 40 osob w przedziale!!!!), kosztowalo mnie to 2280 baht (za trzy osoby).

Kolacje zladlysmy w hotelu (salatka z papai i zupa tom yum; obydwa bardzo ostre, wedlug standardow tajskich ‘lagodne’ πŸ™‚ a mnie oczy na wierzch wywalalo, i az mi naczynka krwionosne na twarzy sie pokazaly! A ja nie z takich, co to mdle jedzenia jada. Wiec az sie boje pomyslec, co to jest ‘ostre’ dla Tajow!). Dla dzieci tym razem bylam lagodna, nie zmuszalam ich do jedzenia lokalnych specjalow (zazwyczaj zmuszam, bo chce, aby probowaly roznych kuchni, i nie chce, aby wyrosly na takich, co to jada do wloch i jedza McDonalds), pozwolilam na spagetti bolognese i zupe krem z kurczaka.

A jutro z rana samolot do Kambodzy. Gdy przeczytalam nazwe Kambodza na papierze, to mnie dopiero ruszylo, ze co ja wyprawiam….

Ale trudno. Teraz juz musze. Wyjscia nie mam.

Do uslyszenia z Kambodzy!

Syjam

OK. TERAZ JESTEM W KAMBODZY, ALE NIE MIALAM DOSTEPU DO NETU, ZATEM INFORMACJE PONIZEJ NIECO STAREΒ  (Z 15 MARCA). Zdjecia obiecuje po podrozy wkleje.

15 marzec, sobota.

Udalo mi sie zrealizowac caly plan na dzisiaj, hura!Rano taksowka pojechalysmy do dzielnicy Bangkoku Siam, a dokladniej do centrum handlowego Siam Paragon. W podziemiach centrum znajduje sie Ocean World, czyli oceanarium.

Jak zwykle byla cala masa ludzi usmiechajacych sie do moich dzieci. W pewnym momencie doszlo do tego, ze glowna atrakcja oceanarium byla Zuzia i Ola, bo turysci sie skupili dookola, podziwiali, usmiechali sie, glaskali… czulam sie jakbym malpki w ZOO wystawiala. A jeden turysta z Hong Kongu (ktory bardzo lubil dzieci) dal Zuzi 100 baht (okolo 10 zlotych)!! Zuzia kupila sobie za to pozniej album do zdjec, bedzie miala pamiatke.

Oceanarium fajne (byla min. przejazdzka lodzia ze szklanym dnem, rekiny, pingwiny..), ale to w Hong Kongu bylo o wiele lepsze.

No i film o zyciu w oceanie, ktory nam pokazali, byl NIESAMOWITY!!Β  Byl to film czterowymiarowy, z efektami specjalnymi, takimi jak psikanie woda czy powietrzem po buziach czy nogach. Zuzia siedziala przerazona, a Ola zakryla sobie oczy moimi dlonmi i tak przesiedziala caly film. Wazne, ze mama dobrze sie bawila πŸ™‚

Po oceanarium byl czas na rozrywki dla mamusi, czytaj ZAKUPY!!!!

Siam Paragon to centrum handlowe typowe dla krajow azjatyckich, pelno tam znanych projektantow, same najwieksze nazwiska (Dior, Ferragamo, Cavalli….). Ciuchy super, ale co z tego, skoro w samych malutkich rozmiarach… znalezc M-ke graniczylo z cudem, a L-ki nie widzialam nigdzie. Wiadomo, Azjatki sa tycie, tyciutenkie.

Konia z rzedem temu, kto zgadnie, co sobie kupilam πŸ˜›

Czas na lunch. Przed lunchem kupilam takie jakies suszone rybki, co to jest to nie wiem, ale maciupkie, panierowane, i chyba w glebokim oleju smazone. W calosci, z lebkiem i ogonem. Bardzo dobre. I kupilam rowniez kawalki wieprzowiny, smazone, nieco slodkawe. Tez pychota.Lunch to oczywiscie tajska kuchnia, ryz smazony z wieprzowina, plaskie kluski z wieprzowina (ok, wiem, monotonna jestem z ta wieprzowina, ale musicie mi wybaczyc, wyposzczona jestem!!!),i salatka z zielonej papai z krewetkami, w sosie ostro-slodko-kwasnym. Bardzo, bardzo dobra. Calosc za 330 baht!!! (33 zlote).

W tej restauracji stal sie maly wypadek; mianowicie Ola i Zuzia szalaly, i jakims cudem na Ole przewrocila sie szklana lada. Dobrze, ze sie nie potlukla na drobne kawaleczki. Na pierwszy rzut oka wygladalo, ze Oli nic sie nie stalo, ale wieczorem zauwazylam, ze nie moze na ta noge stawac, bo ja boli. Nie jest zlamana, ale cos jest nie tak. Poobserwuje ja, i byc moze bede musiala z nia isc do lekarza…. oby to nie bylo nic zlego, w koncu pojutrze lece do Kambodzy!!!

Po lunchu wybralam sie na spacer po okolicach Siam. Co mnie zaciekawilo to to, ze tuz przed centrum handlowym (albo gdziekolwiek na ulicy) sa ustawione swiatynie (pokaze na zdjeciu, jak to wyglada) a ludzie dookola sie modla, pala kadzidla…. Tak, na ulicy, tuz przy przystanku, na przyklad…. Spacer to Pchetchaburi Road, z licznymi rynkami i slynna Pantip Plaza (raj dla fanow techniki; niestety, nie weszlam do srodka).

Po spacerze wsiadlysmy najpierw w Skytrain – rodzaj pociagu jezdzacego po miescie, a pozniej w metro, aby dojechac na przedstawienie kulturalne.W pociagu okazalo sie, ze zgubilam mape!!!! Wyobrazcie sobie, jestem w obcym kraju, miescie, w pociagu, z dwojka dzieci, jade gdzies tam, i zgubilam mape! Jestem jak bez oczu, bez reki, nie wiem! Prawie ze spanikowalam! Nie wiedzialam, na jakiej stacji mam wysiasc, aby isc do metra. Nie wiedzialam na jakiej stacji mam wysiasc, aby dotrzec tam, gdzie chcialam!! Zapytalam kogos w pociagu. Poradzili mi. Jak sie okazalo, dobrze. Ale swoje przezylam!

Przedstawienie kosztowalo 1500 baht i bylo calkiem fajne, zupelnie jak w teatrze. Zreszta, scena Siam Niramit (tego teatru) otrzymala wpis do ksiegi Guinessa jako najwyzsza scena na swiecie! Niestety, nie pozwolili robic zdjec (zabierali aparaty przed wejsciem!!).

Powrot do hotelu, piwko kupione w 7Eleven (to ulubiony azjatycki supermarket), i wpis do dziennika z podrozy po Tajlandii…..

bANGKOK DZIEN PIERWSZY

13 marzec, czwartek.

Na lotnisko przylecialam dosyc wczesnie, i w sumie dobrze sie zlozylo, bo nie bylo tlumu ludzi, i cala odprawa poszla nam dosyc szybko.Aby sobie dobrze zrobic w zwiazku z ostatnimi stresami, kupilam sobie bransoletke. A co sobie bede zalowac! Piekna.Samolot okazal sie calkowita porazka.

Przede wszystkim moj telewizorek nie dzialal. Typowe, zawsze biore ksiazke, i nigdy jej nie czytam, bo ogladam filmy pokazywane podczas lotu. Tym razem ksiazki nie wzielam, i telewizorek tez nie dzialal!Niedaleko mnie siedzial chlopak, ktory kupil bilet do klasy biznesowej, ale siedzial w klasie ekonomicznej!!!To dlatego, ze linie lotnicze nagminnie sprzedaja wiecej biletow niz miejsc dostepnych – na wypadek, gdyby ktos zrezygnowal z lotu, aby nie ponosili strat.A ze akurat lot do Bangkoku byl przepelniony, to biedaczyne przeniesli – nic mu nie mowiac!!! – do klasy ekonomicznej.Wyobrazcie sobie jego zdziwienie! I nic nie mogli zrobic, bo wszystkie miejsca w biznesowej i w pierwszej klasie byly zajete!!!I tak przyjal to spokojnie, ja bym tam kurwicy totalnej dostala – w koncu bilet ekonomiczny jest o polowe tanszy!No coz. Miejmy nadzieje, ze po niefortunnym poczatku Bangkok powita mnie bardziej przyjacielsko.

Bangkok

Na lotnisku wyplacilam 9000 baht, wzielam taksowke i dojechalam do hotelu. Bhimann Inn sie nazywa, i jest w samym centrum.Dojechalam do hotelu bardzo wczesnie (okolo 8:30, 9), ale nie bylo zadnego problemu z ulokowaniem mnie w pokoju.Hotel jest skormny, ale czysty, i obsluga bardzo uprzejma. Nasz pokoik malutki, i bez zadnych luksusow, ale absolutnie mi to nie przeszkadza.Gdy odpoczelysmy chwilke w pokoju, wybralysmy sie na zwiedzanie Bangkoku.

Punkt numer jeden, to oczywiscie Grand Palace – glowna atrakcja turystyczna B. Wiec chcialam ja odwalic.Grand Palace w sumie nie jest az tak daleko od naszego hotelu, ale w typ upale, i przede wszystkim przy tej wysokiej wilgotnosci powietrza, umeczylysmy sie jak Syzyf. Dzieci spocone i swiata calego dosyc mialy. Zwlaszcza Zuzia, bo Ola spala sobie w wozku.Po drodze buzia mnie rozbolala od usmiechania sie, bo lokalni (Taje? Tajlandczycy?) uwielbiaja dzieci, a juz zwlaszcza te blond. Wiec sie usmiechali, mowili Hallo!, pytali o imie, dotykali, itd, itp. Jeden pan wrecz kupil dwie buteleczki mleka, zeby moje dzieci sie napily.

Dalam sie rowniez wciagnac w pulapke. Na ulicach rozdaja ziarna kukurydzy, ktorymi mozna karmic golebie. Daja ci te woreczki, nie pytaja, czy chcesz, czy nie, nawet jak mowisz, ze nie, to i tak ci je wciskaja. Oczywiscie z dziecmi przyszlo im to o wiele latwiej, bo Zuzia po prostu zlapala te woreczki z kukurydza i zaczela karmic golebie. Bylo super, bo ptaki obsiadaly dookola, z reki wrecz jadly!

Pod koniec przedstawiena trzeba bylo zaplacic. Zaspiewali mi 150 baht (okolo 15 zlotych, chyba). Jak na Tajlandie to bardzo drogo, i oczywiste bylo, ze doja ‘bogata turystke z zachodu’. Ale sie nie klocilam. Zaczelam wyciagac kase, jak zobaczyli, ze mam tylko 120, to sie ochoczo zgodzili na 120 baht.

W koncu dotarlam do Grand Palace. Wiedzialam, ze trzeba sie odpowiednio ubrac, wiec zalozylam dzinsy ¾ (sie w nich upieklam caly dzien!) i bluzke z krotkim rekawem. Okazalo sie, ze ¾ to nie wystarczy, i musialam wypozyczyc (za darmo) spodniczke tajska, ktora sie omotalam.

Grand Palace jest przepiekny, ale o historii nic nie napisze, bo mnie historia nie interesuje. Mnostwo tam zlota, czerwieni, i cudnych budynkow.Po Grand Palace poszlysmy ogladac Reclining Buddha. Jest to OLBRZYMI posag Buddy, ktory sobie lezy I podpiera sie na lokciu. Interesujace.

Pozniej byl czas na lunch w jednej z ulicznych jadlodajni. W Bangkoku na ulicach doslownie co trzy kroki sa miejsca (albo malutkie restauracje, albo wrecz wozki z palnikiem gazowym), ktore serwuja zarcie – rozmaite tajskie dania z ryzem, kluskami, miesami, jakies szaszlyki, parowki i kielbaski, i inne lokalne specjaly; owoce (arbuz, papaja, ananas, pokrojone, z patyczkiem do jedzenia prosto z torebki, wyjete z lodu, wiec zimne i orzezwiajace), soki z mandarynek swiezo wyciskane…. dla mnie raj, bo ja uwielbiam zarcie!!!

I ludzie jedza, jedza te swoje lancze, obiady, ryze i kluski na ulicy, przy maciupkich stoliczkach postawionych posrodku chodnika! Niesamowite!Na lunch zjadlam tom yum (zupa lokalna, z kurczakiem i makaronem, miesza w sobie smaki kwasny i ostry, czuc bylo kolendre i trawe cytrynowa, zupa byla po prostu boska!!!).

Po lunchu przypadkiem zupelnie udalo nam sie trafic do rzeki, przez ktora przeplynelysmy lodka do kolejnej glownej atrakcji Bangkoku, mianowicie Wat Arun (Wat, o ile sie dobrze orientuje, oznacza ‘swiatynia’. Jest tutaj cala masa rozmaitych wat-ow, jak dla mnie to za duzo, bo ja nie jestem fanka historii, ale niech im bedzie.)Do hotelu wrocilysmy pojazdem spotykanym chyba tylko w Tajlandii, tzw. tuk tuk. Tuk tuk to taki motorek z wozkiem, ja wiem, uzywany jako taksi. Obie dziewczynki absolutnie to uwielbialy!!!

A pozniej sie pospalysmy!!! Na kilka godzin! To znaczy ja i Zuzia, bo Ola sie wyspala w wozku, wiec spiaca nie byla. W zamian psocila – zrobila kupe na wozek, rozmazala po ubraniach z walizki i po walizce….Wieczorem wyszlysmy na spacer po okolicznych uliczkach. Chlonelam atmosfere – uliczki wypelnione wozkami z jedzeniem, ludzmi jedzacymi na ulicach, sklepy z tanimi ubraniami (np. spodnie za 120 baht, 12 zlotych!), tuk tuki i rozowe taksi, pamiatki, masaze wykonywane wprost na ulicy!….Co mnie uderzylo, jest tutaj cala masa mlodych, Europejskich chlopakow – zakladam, ze przyjechali tutaj na tajskie prostytutki, w koncu Bangkok jest znany z prostytutek, lady boys i takich tam… nie widzialam ani jednej samotnej matki z dwojka dzieci J

A gdy dzien dobiegl juz ku koncowi, wrocilam do hotelu, i saczac lokanlne piwo Chang prowbowalam zmusic dzieci, aby poszly spac (4 godziny roznicy pomiedzy Katarem a Tajlandia [Tajlandia-Polska 6 godzin w tej chwili!!!], kopiowalam zdjecia z karty na laptopa, i opysywalam przypadki dnia minionego.

Tajlandia i Kambodza

Znow sie zaniedbalam.. Przepraszam. Niedlugo moze bede w stanie napisac dlaczego, i co, i jak….

A na razie wyjezdzam. Na wakacje do Tajlandii i Kambodzy. Sama z dziewczynkami. Na trzy tygodnie.

Poradze sobie, bedzie ciezko, ale sobie poradze.

A potrzebny mi teraz czas z sama soba bardzo. Oj potrzebny.

Jesli chodzi o Matthew, znajomy (Hi, Greg πŸ˜‰ ) zapytal mnie, czy z Matthew jest ok, czy jest madry chlopak.

Nie jest madry. Jest glupi.

Jesli chodzi o mlodziez, to Zuzia stracila dolna jedynke, juz jej rosnie nowa (alez byla podekscytowana!!), jest cudowna i opiekuje sie Ola jak przynajmniej dziesieciolatka.

A Ola wazy 10 kilo, mowi coraz wiecej (pika to pic, ama to jesc, ama more to ze jeszcze jest glodna,Β  akuuujeee to dziekuje), i jest przeslodka.

Moze zaraz wrzuce zdjecia.

Postaram sie pisac z Tajlandii πŸ™‚ BuziakiΒ