Drugie urodziny Oli

8 maja Ola miala drugie urodziny… Jak ten czas leci… jak dzis pamietam moje przeboje w szpitalach – gdy odkryli, ze Ola ma pozwezane jelita; gdy nie chcieli mnie przyjac do szpitala; gdy juz bylam w szpitalu (w duzym stopniu dzieki wysilkom i znajomosciom Magdy) i z dnia na dzien przekladali mi operacje…..

A pozniej operacja Oli i pelne napiecia oczekiwanie, czy wszystko bedzie dobrze…. czekanie na pierwsza kupe…. fizyczny bol gdy widzialam Ole pod kroplowkami, z wenflonami, pocietym brzuchem, i rurkami wystajacymi z niemalze kazdej czesci jej malutkiego cialka. 

Pamietam do dzisiaj wszystkie cieple slowa otuchy, ktore otrzymalam od Was, moich wiernych Czytelnikow. Od Was, ktorzy jestescie przy mnie zarowno w ciagu tych dobrych, jak i tych zlych momentow w moim zyciu….

A teraz… dwa lata pozniej…. Niespodzianka mialo byc zdjecie Oli gdy sie urodzila i zdjecie Oli dzisiaj… ale w zwiazku z roztrzaskanym laptopem nie mam dostepu (w tej chwili, mam nadzieje) do starych zdjec….

Zatem bedzie zdjecie Oli z pazdziernika 2006 (5 miesiecy) i zdjecie Oli w dniu jej drugich urodzin.

 

Tak bylo: 

 

Tak jest:

 

Zdjecia z Bangkoku

Zatem zdjecia beda na osobnej stronie. Tutaj zamieszcze tylko link.

Chcialam sie ograniczyc, wiec wybralam tylko kilka. Kolejne beda nadchodzily, i bede zamieszczala linki. Jesli pisalam o czyms, a nie ma zdjecia, to prosze mi przypomniec, zamieszcze.

Zdjecia zadna rewelacja, ale trudno mi bylo robic fotki z dwojka dzieci (w tym wozek i torbisko). Mam nadzieje, ze choc odrobine pokaza Tajlandie…

Kliknijcie na link ponizej.

ZDJECIA Z BANGKOKU

Zdjecia

Zostaly mi do zamieszczenia zdjecia. Zastanawiam sie, czy dodawac je do wpisow (czyli musielibyscie sie cofac aby je obejrzec) czy tez zamieszczac je w nowych wpisach z krotka notatka nt. czego zdjecia dotycza.

Jak bedzie Wam wygodniej? 

Wycieczki po Koh Samui

Poniewaz to bylo juz dawno, a pamiec bywa ulotna, a notatek nie porobilam, wiec relacja z Ko Samui bedzie krotka i zwiezla.

Hotel byl bardzo uroczy. Pokoj urzadzony ze smakiem, w stylu tajskim. Lazienke od pokoju oddzielala szyba (nie sciana), takze z lazienki podczas kapieli mozna bylo ogladac sobie pokoj, i dalej basen, a za basenem morze…

Po plazy chodzili sprzedawcy (lody, swieze, zimne owoce, jedwabie), mozna sobie bylo zrobic manicure lub pedicure..

Co robilam? Otoz.

Jednego dnia wybralysmy sie z Magda na wycieczke do morskiego parku narodowego. Taka lodzia motorowa, ktora plynie bardzo szybko, i skacze po falach. Na lodzi sami dorosli, a tylko my we dwie z Madzia, MAMUSKI!! Z piatka dzieci (razem), w tym dwoje bardzo malych (moja Ola i synek Magdy). Do tego coreczka Magdy urzadzila awanture, ze ona do lodzi to absolutnie nie wejdzie! Wiec wygladalysmy troche jak walniete wariatki.

Ale wycieczka byla niesamowita. Mijalismy cudowne wyspy, plynac po lazurowej wodzie…

Jednym z pierwszych punktow programu bylo snorkeling (jest jakas nazwa na to po polsku? Plywa sie z maska i rurka, i oglada co jest pod woda). Przezycie super, zwlaszcza dla Zuzi.

Pozniej byla wycieczka kajakiem. Ze mna i z dwojka moich dzieci poplynal przewodnik. I bardzo dobrze, bo zabral nas w takie cudowne miejsca… plynelismy tym kajakiem dookola wyspy, pozniej w jaskiniach (pod wyspa) wydrazonych w kamieniach przez wode, pozniej zabral nas na plaze, gdzie piasek byl bialy i mialki jak maka….

A pozniej pozwolil nam wyskoczyc z kajaka i poplywac na samym srodku morza, a woda byla taka ciepla, taka cudowna… nawet Zuzia i Ola plywaly (oczywiscie w kamizelkach!!).

Wybralismy sie rowniez ogladac lazurowe jezioro. Aby je zobaczyc nalezalo sie wspiac po bardzo stromych schodach, kamieniach, zaulkach… Myslalam, ze ducha wyzione (nioslam oczywiscie Ole). Ale widoki byly tego warte!!

To byla jedna wycieczka. Pojechalysmy tez na druga wycieczke, dookola wyspy. Jezdzilismy odkrytym jeepem z napedem na 4 kola. Widzielismy zmumifikowanego mnicha (medydowal, i umarl, w 1973 roku, i w takiej pozycji siedzi do dzisiaj, zamieszcze zdjecia), wielkiego Budde, kamienie w ksztalcie pochwy i penisa, byla jazda po wertepach, i zapomnialam juz co jeszcze. Moze jak bede przegladala zdjecia, to mi sie przypomni.

Bedzie jeszcze jeden wpis, o transwestytach, a pozniej juz tylko zdjecia.

 

Tajski masaz, czyli cala prawda o torturach

27 marzec, czwartek
No, dzisiaj to juz absolutnie nie bylo co robic. Wybralismy sie zatem na zakupy do centrum handlowego. Centrum kiepskie i nic sobie nie kupilam.
Ale mam dla Was ciekawa historie.
Pranie.
Miejsc gdzie robia pranie jest tutaj niemal tak duzo jak kafejek internetowych czy miejsc, gdzie mozna sobie zrobic masaz. Pranie jest bardzo tanie – 30 do 50 baht za kilogram (3 do 5 zlotych; 5 to z prasowaniem!).
Zanioslam dzisiaj zatem nasze rzeczy (bo juz prawie nic nie mialysmy do ubrania) do takiego punktu, wieczorem po zaplaceniu 150 baht (15 zlotych!) moglam odebrac cale 2.5 kilograma naszych majtek, bluzek, spodni i sukienek. Cudownie pachnacych i wyprasowanych tak jak nigdy dotad nie widzialam.
Ach, i poszlam dzisiaj do spa. Aby w koncu zrobic sobie ten tajski masaz. Nie wiem, czym sie tak wszyscy zachwycaja. Ja bym taki masaz tylko swojemu wrogowi zaaplikowala.
Masaz tajski jest wykonywany przez ubranie (dano mi bawelniane wdzianko przypominajace pizame), i nie jest to zadne masowanie, ale raczej uciskanie.
Masazystka pastwila sie nade mna jakbym jej w czyms zwinila! Wbijala mi te swoje kciuki, palce, lokcie, kolana we wszystkie najbardziej bolace miejsca – pomiedzy kosci i w miesnie.
Najpierw zajela sie nogami. Bolalo jak nie wiem, i juz chcialam, aby przeszla do plecow, bo myslalam, ze plecy beda fajne.
Ale jak przeszla do plecow, to sie modlilam, aby juz skonczyla! Wyobrazcie sobie, ze ktos wbija Wam kciuki w to miejsce gdzie kregoslup styka sie z miesniami czy czyms tam. Wzdluz kregoslupa. Albo ze ktos wbija Wam lokcie pomiedzy szyje a kosc ramienia.
Najpierw chcialam dwie godziny, ale cos mnie chyba tknelo, ze poprosilam o godzinny masaz. Dwie godziny to ja bym tam umarla z bolu!
A jutro jedziemy do Bangkoku. Spedzamy tam jeden dzien, i pojutrze lece na Ko Samui (wyspa).

29 marzec, sobota
Wczoraj mielismy leniwy dzien, rano basen, w oczekiwaniu na pociag, pozniej masaz stop, a pozniej stacja i nocny pociag do Bangkoku.

W Bangkoku zostalismy jeden dzien (plany byly wielkie, np. pojechac historycznym pociagiem, ale Matt sie pospal, dzieci tez, wstali wieczorem, wiec nic z tego nie wyszlo). Pojechalismy do centrum handlowego, i spotkalismy sie z Magda i jej mezem, Piotrem.

Teraz juz mi zostaly tylko dwa moze wpisy z wyspy Ko Samui, a pozniej koniec Tajlandii, obiecuje 🙂 

Plemiona Karen

Laptop lecial w czasie awantury z mezem. Kryzysy malzenskie moga drogo kosztowac.

Teraz juz mam nowego, Mac'a, i sie go dopiero ucze 🙂

A wracajac do Tajlandii. 

26 marzec, sroda

Dzis kolejna wycieczka zorganizowana – tym razem do parku narodowego Doi Inhanon, polaczona z innymi atrakcjami (czytaj ponizej). W Tajlandii jest wiele parkow narodowych, wszystkie podobno zapieraja dech w piersiach.

W Doi Inhanon jest najwyzszy szczyt w Tajlandii – 2.5653341 metrow nad poziomem morza. Oczywiscie nie obylo sie bez pamiatkowego zdjecia przy tym punkcie.

Tuz obok najwyzszego punktu jest King Inthanon Memorial Shrine (Swiatynia pamieci krola Inthanona). Tajowie wierza, ze jesli maja jakies marzenie, to powinni zlozyc ‘datek’ (kwiaty, kadzidelka, itp) przy tej wlasnie swiatyni, i to marzenie sie spelni. A gdy juz sie spelni, nalezy ponownie zlozyc datek. Polozylam kwiatka, i pomyslalam zyczenie. Czy sie spelni, kto wie. Ale sprobowac nie zaszkodzi.

W pobliskim skepiku z pamiatkami widzialam tzw. money tree (drzewo z pieniedzmi). Zamieszcze zdjecie. Ludzie wkladaja banknoty w cienkie patyczki, a nastepnie wtykaja patyczki w grubszy patyk. Tworzy sie cos, co wyglada jak drzewo. Tajowie wierza, ze to przynosi szczescie, a poza tym jest to datek na swiatynie. Podobne ‘drzewa’ widzialam w Bangkoku, ale wtedy nie wiedzialam co to takiego.

W parku widzielismy rowniez dwa wodospady – jeden duzy, a drugi bardzo malowniczy.

Pozniej wioska plemienia Karen. Pisalam o nich wczesniej; okazuje sie, ze jest kilka rodzajow Karen. Ci z dlugimi szyjami, ci z wielkimi uszami, oraz ‘biali’ Karen. Dzisiaj widzielismy ‘bialych’. 

Jest to plemie wedrowne, przybyli oni do Tajlandii dawno temu, z Birmy. Uprawiali mak (pewnie na opium) i co sezon musieli sie przemieszczac. Krol i krolowa (lub rzad tajski, nie zrozumialam) zdecydowali, ze dadza ludziom z plemienia Karen narodowosc tajska jesli Karen przestana uprawiac mak i osiada w jednym miejscu. 

I tak sie stalo. Karen osiedlili sie w polnocnej Tajlandii w wioskach rozproszonych po wzgorzach. Przestali uprawiac mak. Pracuja. Ich dzieci musza chodzic do szkoly. 

Mieszkaja w chatach zbudowanych z lisci i bali drewnianych, stoja na wysokich balach (podejrzewam, ze to dla ochrony przed powodziami w czasie pory deszczowej), kobiety zajmuja sie tkactwem (swoje wyroby sprzedaja pozniej turystom). W wiosce, do ktorej pojechalismy, dopiero dwa miesiace temu zalozyli elektrycznosc!

Dowiedzialam sie rowniez o tzw. royal project (projekcie krolewskim?). Jest ich okolo 300. Krol postanowil stworzyc miejsca pracy dla ludzi z plemion. I tak np. Karen uprawiaja ziemie (owoce, ryz, warzywa) lub hoduja kwiaty. Na przykladzie kwiatow – nie moga sprzedawac tych kwiatow gdzie im sie podoba, tylko w okreslonych miejscach. Za kazdy kwiat musza zaplacic panstwu pewna kwote, a jesli sprzedadza kwiat drozej, to roznica zostaje dla nich.

Koncowym punktem programu byla pagoda krola i krolowej. A wlasciwie tylko krolowej, bo ta krola akurat byla w renowacji.

Pagoda krolowej jest otoczona cudownym, ale to naprawde przeuroczym ogrodem. Do pagody krolowa przyjezdza co roku, zazwyczaj w porze zimowej (listopad – luty) i obchodzi tam swoje urodziny. W tym roku nie przyjechala, bo w zeszlym roku miala operacje, a w tym roku zmarla jej siostra.

Po powrocie do Chiang Mai basen, a pozniej kolacja w restauracji znajdujacej sie w stuletnim budynku. Byla Tom Yum :), czerwony kurczak nadziany na patyka, i muzyka na zywo.


Rozwalony laptop

Kilka dni temu w napadzie wscieklosci rozwalilam laptop. Rzucalam nim o podloge, i jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze…

W pewnym momencie rzucilam go do ogrodka, a pozniej musialam go szukac w kaktusach…

Zatem na razie wpisow nie ma, dopoki nie kupie nowego laptopa. Bedzie w przyszlym tygodniu. 

Buziaki dla cierpliwych.