Laptop lecial w czasie awantury z mezem. Kryzysy malzenskie moga drogo kosztowac.
Teraz juz mam nowego, Mac'a, i sie go dopiero ucze 🙂
A wracajac do Tajlandii.
26 marzec, sroda
Dzis kolejna wycieczka zorganizowana – tym razem do parku narodowego Doi Inhanon, polaczona z innymi atrakcjami (czytaj ponizej). W Tajlandii jest wiele parkow narodowych, wszystkie podobno zapieraja dech w piersiach.
W Doi Inhanon jest najwyzszy szczyt w Tajlandii – 2.5653341 metrow nad poziomem morza. Oczywiscie nie obylo sie bez pamiatkowego zdjecia przy tym punkcie.
Tuz obok najwyzszego punktu jest King Inthanon Memorial Shrine (Swiatynia pamieci krola Inthanona). Tajowie wierza, ze jesli maja jakies marzenie, to powinni zlozyc ‘datek’ (kwiaty, kadzidelka, itp) przy tej wlasnie swiatyni, i to marzenie sie spelni. A gdy juz sie spelni, nalezy ponownie zlozyc datek. Polozylam kwiatka, i pomyslalam zyczenie. Czy sie spelni, kto wie. Ale sprobowac nie zaszkodzi.
W pobliskim skepiku z pamiatkami widzialam tzw. money tree (drzewo z pieniedzmi). Zamieszcze zdjecie. Ludzie wkladaja banknoty w cienkie patyczki, a nastepnie wtykaja patyczki w grubszy patyk. Tworzy sie cos, co wyglada jak drzewo. Tajowie wierza, ze to przynosi szczescie, a poza tym jest to datek na swiatynie. Podobne ‘drzewa’ widzialam w Bangkoku, ale wtedy nie wiedzialam co to takiego.
W parku widzielismy rowniez dwa wodospady – jeden duzy, a drugi bardzo malowniczy.
Pozniej wioska plemienia Karen. Pisalam o nich wczesniej; okazuje sie, ze jest kilka rodzajow Karen. Ci z dlugimi szyjami, ci z wielkimi uszami, oraz ‘biali’ Karen. Dzisiaj widzielismy ‘bialych’.
Jest to plemie wedrowne, przybyli oni do Tajlandii dawno temu, z Birmy. Uprawiali mak (pewnie na opium) i co sezon musieli sie przemieszczac. Krol i krolowa (lub rzad tajski, nie zrozumialam) zdecydowali, ze dadza ludziom z plemienia Karen narodowosc tajska jesli Karen przestana uprawiac mak i osiada w jednym miejscu.
I tak sie stalo. Karen osiedlili sie w polnocnej Tajlandii w wioskach rozproszonych po wzgorzach. Przestali uprawiac mak. Pracuja. Ich dzieci musza chodzic do szkoly.
Mieszkaja w chatach zbudowanych z lisci i bali drewnianych, stoja na wysokich balach (podejrzewam, ze to dla ochrony przed powodziami w czasie pory deszczowej), kobiety zajmuja sie tkactwem (swoje wyroby sprzedaja pozniej turystom). W wiosce, do ktorej pojechalismy, dopiero dwa miesiace temu zalozyli elektrycznosc!
Dowiedzialam sie rowniez o tzw. royal project (projekcie krolewskim?). Jest ich okolo 300. Krol postanowil stworzyc miejsca pracy dla ludzi z plemion. I tak np. Karen uprawiaja ziemie (owoce, ryz, warzywa) lub hoduja kwiaty. Na przykladzie kwiatow – nie moga sprzedawac tych kwiatow gdzie im sie podoba, tylko w okreslonych miejscach. Za kazdy kwiat musza zaplacic panstwu pewna kwote, a jesli sprzedadza kwiat drozej, to roznica zostaje dla nich.
Koncowym punktem programu byla pagoda krola i krolowej. A wlasciwie tylko krolowej, bo ta krola akurat byla w renowacji.
Pagoda krolowej jest otoczona cudownym, ale to naprawde przeuroczym ogrodem. Do pagody krolowa przyjezdza co roku, zazwyczaj w porze zimowej (listopad – luty) i obchodzi tam swoje urodziny. W tym roku nie przyjechala, bo w zeszlym roku miala operacje, a w tym roku zmarla jej siostra.
Po powrocie do Chiang Mai basen, a pozniej kolacja w restauracji znajdujacej sie w stuletnim budynku. Byla Tom Yum :), czerwony kurczak nadziany na patyka, i muzyka na zywo.