Spadamy!

– A dzisiaj bedziemy spadac! powiedzial trener. Po czym pokazal nam, jak w klusie i galopie zleźć z konia. Wystarczy wyrzucić nogi ze strzemion, złapać konia za szyje, przerzucić nogę nad jego grzbietem i wylądować na ziemi. Łatwizna.

No cóż. Zrobiło mi się słabo. Myślałam, ze zwymiotuję, ale wyjścia nie miałam, musiałam to zrobić. Wsiadłam na konia, trener liczy: RAZ (nogi ze strzemion. Ok, zrobiłam). DWA (złapać konia za szyję. Ok, zrobiłam). TRZYYYY (zeskok). No i tutaj niestety, zawiesiłam się, tak jak komputer się zawiesza. Po prostu nie mogłam.

Następnym razem było już łatwiej, potem to juz bułka z masłem, skakałam z tego konia zupełnie tak łatwo, jak się zeskakuje z huśtawki.

Zuzi zeskoki z konia w kłusie spodobały się tak bardzo, że poprosiła o drugą rundkę. Każdy uczestnik obozu podziwiał ją za odwagę i siłę. Po zakończeniu ćwiczenia dostała brawa!

Spadanie z konia okazało się – jak dla mnie – łatwiejsze od skakania przez przeszkody. Bo to też już robiłam. Niestety, nie potrafię się rozluźnić, i gdy mam skakać przez przeszkodę cała się napinam. Aby tego uniknąć zaczęłam sobie śpiewać tuż przed skokiem: Coś się przypala, siala la la la, chyba kuchnia nawala, siala la la la la… ale zanichałam tego ponieważ koń jak usłyszał mój śpiew tak wyrwał kitę, że prawie wyleciałam za jego zadem przed tą przeszkodą.

Wczoraj również po raz pierwszy spróbowałam galopu. I to było piękne. Prędkość konia i wrażenie, że się płynie daje niesamowite uczucie lekkości.

Konie i komary

– Bardzo dobrze, widzę duży potencjał! – powiedział pan trener.

Na koniu nie jeździłam już od trzech lat, zatem uważam, że koń by się uśmiał z tego mojego potencjału. Chociaż może nie klacz, na której jeździłam wczoraj, bo tej się pewnie wydawało, że z jakiegoś dziwnego powodu wór kartofli kazali jej na grzbiecie wozić. Moje posiniaczone krocze również by się nie zgodziło z tym “bardzo dobrze” trenera. No, ale czymże jest krocze albo koń w porównaniu ze słowami trenera, prawda?

Sama placówka jest przecudowna. Duża, piękna, jest 18 koni, ścianka wspinaczkowa, park linowy. Ba, są nawet koce na tarasie na chłodne wieczory!

Dookoła lata kilka psów, masa komarów, ludzie są przyjacielscy i weseli, jak to koniarze, czego więcej można chcieć!

Zuzia i Ola bawią się bardzo dobrze. Ola zaprzyjaźniła się z Paragrafem i rzuca mu patyki do aportowania. Czasami rzuca też patyki gościom, ale goście do aportowania się nie kwapią. Może dlatego, że te patyki w buzię im są rzucane przez pomyłkę.

Zuzia z kolei obiecuje non stop, że następnym razem to już tego konia na słup drewniany nie wprowadzi. Ale przecież nie powinna się przejmować, prawda, w końcu koń ślepy nie jest i gdzie idzie widzi. Więc skoro słucha dziewięciolatki i na słupy włazi, to sam jest sobie winien!

Z przygodami na konie.

Jechałam sobie spokojnie autostradą A2. Chociaż co to za autostrada, ja się pytam, skoro muszę się co kilkadziesiąt kilometrów zatrzymywać żeby myto zapłacić? Cztery razy mnie zatrzymywali, za każdym razem po 13 złotych. Razem wychodzi 104 PLN w obie strony. Czyste zdzierstwo w biały dzień, jeśli mnie kto pyta.

No ale jadę sobie spokojnie, dozwolonym 130km/godzinę, podśpiewując ostatnie przeboje za Radiem Zet, gdy tu nagle jak nie huknęło, jak nie walnęło! Odruchowo w lusterku sprawdziłam, czy aby czasem mi tylne kolo nie odpadło, ale nie, nic tam na tej autostradzie nie było.

Zapaliło mi się tylko małe światełko sugerujące, ze coś nie tak z akumulatorem. Przyjmując swoje beztroskie podejście do życia doszłam do wniosku, że akumulator to mi przecież nie wypadł, wiec nie ma się co martwić.

Dla świetego jednak spokoju, swojego, bo nie matki przecież, postanowiłam, że zadzwonię do rodzicielki mojej, a właścicielki samochodu, który gruchnął. Reakcja była dokładnie taka, jakiej się spodziewałam. Panika i wrzask. Ale poradziła mi mama, żebym jednak zjechała gdzieś na stację, i poprosiła kierowcę tira tudzież innego zmotoryzowanego pana o pomoc.

Tak też zrobiłam. Na zjeździe był pan ochroniarz, ktory na pytanie, czy zna sie na samochodach odpowiedział, że nie, po czym bezbłednie odkrył przyczynę tajemniczego huku – pęknął pasek klinowy.

Zadzwoniłam po pomoc drogową. Po 45 minutach przyjechał jowialny pan, ktory załadował autko moje na lawetę, i odholował nas do zakładu. Dwie godziny i 60 złotych później wyruszyłam w dalszą drogę.

Czasu wiele nie minęło, i rozpętała się burza. Z piorunami i deszczem. Zwalniam do 40 kilometrów na godzinę, nic nie widzę, bo wycieraczki też kiepsko działają, a Radio Zet żałośnie zawodzi:

♪♪ Why does it always rain on meeeee♪♪ (dlaczego to na mnie zawsze pada deszcz).

W końcu jednak udało się. Z przygodami, a jakże, w końcu u nas nie może być inaczej, dojechałyśmy. Do stadniny. Na koniki!

Trauma od moczymordy.

Ktoz by pomyslal, ze wiejskie wesele moze sie wiazac z roznorakimi rozterkami. Moze byc rowniez zrodlem niezapomnianych wrazen.

Ale zacznijmy od poczatku.

Sobotnie wesele bylo zabawa w stylu Wyspianskiego. Takim ze schabowym, flaczkami, i wodka na stole. Nie to, żeby u Wyspiańskiego flaczki serwowali, ale tradycyjnie było.

Srednia wieku gosci wynosila 50 lat. Kilku reprezentantów młodzieży, cała masa dziadków i babć, oraz ja z moim weselnym partnerem w wieku młodszo-średnim.

Partner mój, nazwijmy go Janek, jest stomatologiem, a wiadomo, na wsi stomatolog cieszy sie poważaniem. Ale Janek to nie tylko zwykły dentysta, on jest również pracodawcą panny młodej!! Wyobrażacie sobie tą presję?

Biedulek nie wiedział, co ma robić. Mówi tak:

– Jak człowiek nie wypije, to powiedzą, że sztywniak i się wywyższa. Jak wypije i się będzie bawił, to powiedzą, że moczymorda. I bądź tu człowieku mądry!

Jako że Jasiek chłopakiem rozrywkowym jest, wybrał opcję numer dwa i postanowił się dobrze bawić. Ja, oczywiście, jako przykładna osoba towarzysząca, postanowiłam się dostosować.

Jasiu chołubce wywija, muzyka ani partnerka mu w tańcu nie przeszkadzają. Mnie również, po odpowiedniej ilości alkoholu, wydaje się, że tancerka ze mnie przednia. Nie muszę dodawać, że na tle par tańczących tradycyjnie na dwa lub na trzy wyróżnialiśmy się raczej bardzo.

Jedna z babć drżącym głosem wyznała:

– Państwo to tak pięknie tańczą! Napatrzeć się nie mogę!! Długo będę Państwa pamiętała….

No, założę się. Że do końca życia pewnie. Kobiecina się traumy nabawiła przez rozrywkowego dentystę i jego partnerkę..

Spotkanie w dworku.

Spotkalam sie ze swoim glosem rozsadku.Glos rozsadku znam od kilku lat, z Kataru, glos wciaz mieszka w Katarze, a spotkalysmy sie pod Warszawa jako ze obie jestesmy akurat w Polsce.

Uwielbiam rozmowy z moim glosem rozsadku, bo ona zazwyczaj bardzo rezolutnie potrafil sprowadzic mnie na ziemie, gdy bylo trzeba, potrafil logicznie wytlumaczyc, ze nie ma co sie zamartwiac i stresowac, a trzeba dzialac, i najlepiej to zrobic to i owo, co bedzie mialo takie to a nie inne konsekwencje, albo tez mozna zrobic tamto, co w rezultacie spowoduje cos tam. Niezwykle praktyczna jest.

W mojej obecnej sytuacji nawet i glos rozsadku nie mial zbyt wielu pomyslow, pewnie dlatego, ze sytuacja lekko bezwyjsciowa jest. Ja wiem, ja wiem, z kazdej sytuacji jest wyjscie, ale zadne z wyjsc nie bedzie takie, jakie ja bym chciala.

W ramach pocieszenia zatem zezarlam pol kilo polskiej kielbasy, domowej roboty, upieczonej nad ogniskiem, wypilam trzy piwa (w towarzystwie glosu, glos tez pil) i zostalam zywcem pozarta przez komary.

Weselne rozterki.

Czy osoba towarzyszaca idaca na wesele doklada sie do prezentu slubnego? Pytam, bo nie wiem. Kolega mnie zaprosil, wiec pojde balowac, ale nie wiem jakie sa w Polsce zwyczaje.

Czy jest cos, czego absolutnie nie powinnam robic na weselu? Poza, oczywiscie, upijaniem sie na umor i wywaleniem sie na parkiecie?

Wypada isc w krotkiej mini?

Dziekuje za pomoc i dam znac, jak bylo 🙂

Nie moge sie doczekac, ostatni raz bylam na weselu cztery lata temu. Lubie polskie zwyczaje weselne. Lubie wiejskie kapele, lubie wujka z czerwona twarza pijacego wodeczke, lubie majteczki w kropeczki. Lubie “a kto w lipcu urodzony ma wstac, ma wstac, ma wstac”. I odwiecznego schabowego z ananasem.

Wesela zachodnie pozbawione sa takiego folkloru, ba, coraz wiecej polskich wesel jest bardziej nowoczesnych, z didżejem i, powiedzmy, klasa. Ale coz to za frajda, gdy na weselu (np. w Anglii) podaje sie tylko obiad z deserem (nie wyzerka przez cala noc, bron Boze!), cale wesele trwa do godziny 1 nad ranem, a potem goscie ida do – oplaconych przez siebie – pokoi hotelowych?

Ino reszte przynies…

MoneyNadeszly wakacje i przylecialysmy do Polski.

Nie bylam w Polsce juz dawno, ostatni raz chyba na wielkanoc dwa lata temu. Polska jako taka sie nie zmienila, przynajmniej na razie nie zauwazylam.

Zmienily sie za to ceny. Zawsze wydawalo mi sie, ze w Polsce jest tanio. Szlam do sklepu, cen nie sprawdzalam, kupowalam jak szlo. Tym razem spotkala mnie nieprzyjemna niespodzianka! W Carrefour kupilam kilka rzeczy, Twoj Styl (ktory nieopatrznie zostawilam w wozku), troche slodyczy, polskiej wedliny, mleko. Wydalam 250 zlotych!! Pozbieralam szczeke z podlogi, zaplacilam, i zaczelam sie zastanawiac – jak ludzie tutaj zyja? Jak ich stac? Ile wynosi pensja? Zarabiaja mniej niz w Anglii, to na pewno, a ceny sa porownywalne! A wiele rzeczy (jak chociazby ekskluzywne kosmetyki czy perfumy) sa wrecz drozsze!!

Pewnie wielu z Was mialo babcie, ktora dala dziecku pieniazka i mowi: Idz, dziecko, kup sobie lizaka, ino reszte przynies…

No coz, ja stalam sie taka babcia. Dalam dzieciom swoim po 2 zlote, myslac, ze jaka to ja hojna jestem. Dzieci poszly do sklepiku, i okazalo sie, ze to moje marne 2 zlote ledwo co na najtanszego loda wystarczy, bo na lepszego to juz nie.

Reszty, dodawac nie musze, nie bylo…

Usmiechniety tata?

– Mama, tata to sie nie usmiacha – oswiadczyla Ola.

– No, nie usmiecha sie – przyznala nieco zaskoczona tym odkryciem Zuzia. Ja przestalam robic to, co akurat robilam, czyli wyciagac wode z zamrazanika 60-cio mililitrowa strzykawka.

– To dlatego, bo tatowie w ogole sie nie usmiechaja – doszla do wniosku Ola.

– A mama sie usmiecha? zapytalam zaciekawiona.

– Tak. Czasami.

Dalo mi to do myslenia. Za malo sie usmiechamy. Za malo jest radosci w naszym zyciu, a za duzo stresow, zmartwien i problemow. Niestety, przenoszonych (nieswiadomie) na dzieci.

Usmiechnij sie. Bez powodu. Do siebie. I do kogos, kto jest obok. 🙂

 

smile

Dziewczyny z kalendarza.

Staram sie chodzic na silownie. Nic w tym nadzwyczajnego, duzo ludzi sie stara.

La fitnessesportaMoja silownia nalezy do miasta. To znaczy wlascicielem nie jest zadna firma, ani osoba prywatna, ale urzad miasta. Silownia jest calkiem ladna, ale poniewaz nalezy do miasta nie cieszy sie wysokim prestizem ani opinia miejsca, w ktorym nalezy byc widywanym. Bogaci biznesmeni i szykowne paniusie chodza do bardziej wytwornych miejsc, takich jak LA Fitness czy prywatny klub Esporta.

Urzad miasta daje znizki studentom i emerytom. Na autobusy, zajecia edukacyjen, i na silownie tez. Oznacza to, ze na mojej silowni 90% czlonkow to emeryci, srednia wieku wynosi chyba z 70 lat, a ja tam jestem najmlodsza. I obok mnie na biezni zazwyczaj posuwa siwy pan w szortach jak do golfa i takowych butach; albo siwa pani w getrach i koszulce. Nie ma miesniakow i przystojniakow, niestety.

Serio, czasami czuje sie jakbym byla na zlocie dla staruszkow. Ale przyznaje, ze podziwiam ich za to, ze im sie chce, za to, ze dbaja o siebie i swoje cialo.

A skoro juz o ciele mowa, juz nie musze sie zastanawiac jak wyglada to nalezace do 70 letniej kobiety. Juz nie musze sobie wyobrazac, czy piersi sa bardzo wiszace i pomarszczone. Juz nie musze sie glowic, czy owlosienie lonowe tez siwieje czy nie. Nie musze, bo widze na wlasne oczy, niemalze codziennie. Dziarskie staruszki z mojej silowni bez krępacji lecą na golasa pod prysznic, a potem na golasa stoja przed lustrem i susza sobie wlosy.

A ja do tej pory myslalam, ze to tylko faceci fujarkami swoimi wywijaja w przebieralni i udaja, ze nie patrza, podczas gdy tak naprawde caly czas porownuja, czy aby czasem ich nie jest najmniejszy…

Zbieraj punkty, konsumencie.

Dziecko, wez ta karte do Tesco, nabija Ci punkty, i wez tez te kupony, to znizke dostane na maslo – mowila mi kiedys, rok czy dwa lata temu, mama, jak na zakupy sie wybieralam w moim polskim miescie.

I nie zapomnij torby wziac, bo za reklamowke bedziesz musiala zaplacic – dodawala.

A ja sie buntowalam. Co to ja jestem, biedota jakas, zeby z kuponami do supermarketu latac? Toreb tez nosila nie bede, bo mi sie nie chce.

Przeniesmy sie do terazniejszosci. Moj portfel peka od kart lojalnosciowych – takich, na ktorych sie zapisuje punkty za zakupy. Do Sainsbury (supermarket), do Tesco (supermarket), do Boots (drogeria). W kolejnej przegrodce znienawidzone kupony – 50 dodatkowych punktow jesli kupisz dwa litry mleka; podwojne punkty przy zakupie powyzej £50….

Oczywiscie za uzywanie wlasnych toreb rowniez dostaje sie dodatkowe punkty, wiec lepiej reklamowek nie uzywac. Pomijajac fakt, ze jesli uzywasz reklamowek, to patrza na ciebie jak na morderce i truciciela srodowiska.

Ale najdziwniejsze jest to, ze w Polsce uzywanie kuponow i kart lojalnosciowych w supermarketach kojarzylo mi sie z bieda. Tutaj uzywa ich kazdy i podajac karte debetowa od razu podaje sie tez i karte lojalnosciowa….

A za zgromadzone punkty kupie sobie butelke wina, a co!