– A dzisiaj bedziemy spadac! powiedzial trener. Po czym pokazal nam, jak w klusie i galopie zleźć z konia. Wystarczy wyrzucić nogi ze strzemion, złapać konia za szyje, przerzucić nogę nad jego grzbietem i wylądować na ziemi. Łatwizna.
No cóż. Zrobiło mi się słabo. Myślałam, ze zwymiotuję, ale wyjścia nie miałam, musiałam to zrobić. Wsiadłam na konia, trener liczy: RAZ (nogi ze strzemion. Ok, zrobiłam). DWA (złapać konia za szyję. Ok, zrobiłam). TRZYYYY (zeskok). No i tutaj niestety, zawiesiłam się, tak jak komputer się zawiesza. Po prostu nie mogłam.
Następnym razem było już łatwiej, potem to juz bułka z masłem, skakałam z tego konia zupełnie tak łatwo, jak się zeskakuje z huśtawki.
Zuzi zeskoki z konia w kłusie spodobały się tak bardzo, że poprosiła o drugą rundkę. Każdy uczestnik obozu podziwiał ją za odwagę i siłę. Po zakończeniu ćwiczenia dostała brawa!
Spadanie z konia okazało się – jak dla mnie – łatwiejsze od skakania przez przeszkody. Bo to też już robiłam. Niestety, nie potrafię się rozluźnić, i gdy mam skakać przez przeszkodę cała się napinam. Aby tego uniknąć zaczęłam sobie śpiewać tuż przed skokiem: Coś się przypala, siala la la la, chyba kuchnia nawala, siala la la la la… ale zanichałam tego ponieważ koń jak usłyszał mój śpiew tak wyrwał kitę, że prawie wyleciałam za jego zadem przed tą przeszkodą.
Wczoraj również po raz pierwszy spróbowałam galopu. I to było piękne. Prędkość konia i wrażenie, że się płynie daje niesamowite uczucie lekkości.
Ktoz by pomyslal, ze wiejskie wesele moze sie wiazac z roznorakimi rozterkami. Moze byc rowniez zrodlem niezapomnianych wrazen.
Nadeszly wakacje i przylecialysmy do Polski.

Moja silownia nalezy do miasta. To znaczy wlascicielem nie jest zadna firma, ani osoba prywatna, ale urzad miasta. Silownia jest calkiem ladna, ale poniewaz nalezy do miasta nie cieszy sie wysokim prestizem ani opinia miejsca, w ktorym nalezy byc widywanym. Bogaci biznesmeni i szykowne paniusie chodza do bardziej wytwornych miejsc, takich jak LA Fitness czy prywatny klub Esporta.