
Mam problem. Z zebem i z funduszami. Zab boli, funduszy na dentyste brak.
Jeden z moich zebow madrosci opil sie i nie wie, jak rosnac. Wyglada tak jak na zalaczonym obrazku. Zaczelo bolec tydzien temu, na poczatku tabletki pomagaly, potem juz nie. Wdalo sie zakazenie, i bol stawal sie nie do zniesienia.
Zaczerpnelam porady internetu, i dowiedzialam sie, ze prywatne usuniecie takowego zeba kosztuje okolo £2000. Panstwowo bedzie taniej.
U panstwowego dentysty nie bylam od dwudziestu lat, ale coz mam poczac? Nie mam £2000 na zbyciu.
Pozny wieczor, zab boli coraz bardziej, nie da rady, dzwonie do NHS (tutejsza publiczna sluzba zdrowia) na linie ratunkowa od naglych wypadkow.
Pani zadaje mi pytania, tak ze dwadziescia, o dolegliwosc, o adres, date urodzenia, czy mam opuchlizne, krwawienie, alergie i tak dalej. Potem mowi, ze mnie przekieruje na odpowiednia linie.
Po kilku sygnalach druga pani zadaje mi ten sam zestaw pytan, o dolegliwosc, o adres, date urodzenia……
Ktos do mie oddzwoni niedlugo – dowiaduje sie na koniec rozmowy. Ok. Czekam.
Oddzwonili, nawet szybko. Pani pyta mnie. O dolegliwosc, o adres, date urodzenia….
Potem mowi, ze musze zadzwonic na taki to a taki numer, bo oni sa od mojego rejonu.
Dzwonie. Ktos juz zgadl? Tak, historia sie powtarza, slysze ten sam zestaw pytan. Potem sie dowiaduje, ze ktos do mnie oddzwoni.
Dzwonia. Po raz piaty opisuje dolegliwosc, podaje adres, date urodzenia… Po czym dowiaduje sie, ze dentysta dyzurny od naglych wypadkow nie pracuje od poniedzialku do piatku, i musze zadzwonic rano. A teraz prosze do Tesco bryknac i kupic sobie tabletki przeciwbolowe.
No tak, ale ja biore, i one nie dzialaja, dlatego dzwonie.
Trudno, nic nie poradze, moze prosze sprobowac inny rodzaj tabletek.
Po nieprzespanej nocy dzwonie rano i po raz kolejny odpowiadam na standardowy zestaw pytan. Pani umawia mi wizyte do panstwowego dentysty, w miescie oddalonym o 30 minut, bo w moim akurat nie ma zadnych terminow, ale nie narzekam, zab boli, pojade.
Jade. W gabinecie siedzi skosnooka panna, ktora nawet dzien dobry nie powiedziala. Nie ma pojecia, ze mam przyjechac. Daje mi forme do wypelnienia, potem kaze isc i czekac.
Ide i czekam. Po godzinie dentysta wola mnie do gabinetu. Bardzo podstawowy ten gabinet, nawet panstwowy przybytek w moim miasteczku, w ktorym bylam 20 lat temu to szczyt techniki w porownaniu z tym, co zobaczylam.
Siadam na fotelu, dentysta spojrzal do buzi i juz. Po robocie. Siada i recepte pisze. Antybiotyk. A potem zarejestruj sie do dentysty i on juz ci powie dalej, co robic.
A ten antybiotyk, to jedna tabletka mam wziac? pytam. Ta.
Jeden raz? dociekam. Nie powinnam. Dentysta z niecierplwoscia macha na mnie reka i mowi: Ta. W aptece powiedza. Nastepny!
I tyle. Jeszcze tylko musialam zaplacic (po pieciu minutach czekania, bo skosnooka panna przez telefon rozmawiala, a po rozmowie nawet nie przeprosila, ze musialam czekac) i bryknac do apteki po antybiotyk.