Torby spakowane, GPS naladowany, wyjezdzamy na wakacje!! Tym razem do Kornwalii. Kto czyta bloga od dawna wie, ze lubie wakacje intensywne, podczas ktorych cos sie dzieje. Tym razem (troche z braku pieniedzy, troche z lenistwa) postanowilam, ze wakacje beda dla dzieci (ha, dobra ze mnie matka). Miejscem, ktore zapewnia dzieciom rozrywke sa parki karawanowe. Wakacje dosyc popularne tutaj, zwlaszcza wsrod niezbyt zamoznych rodzin z malymi dziecmi.
W karawanie jest przewaznie pokoj dzienny, lazienka, sypialnie (liczba zalezy od wielkosci karawanu), kuchnia. Wyposazenie – w zaleznosci od standardu – moze byc albo bardzo podstawowe, albo super wypasione, jak w luksusowym domu.
Podczas wakacji w karawanie dla dzieci organizowane sa zajecia – w ciagu dnia i wieczorami. Dyskoteka, przedstawienia, strzelanie z luku, itd.
Znalazlam cos takiego w internecie, i pomyslalam sobie – dzieciom sie spodoba. Ok. Jedziemy.
Torby spakowane. Lista rzeczy do zrobienia “tuz przed wyjsciem z domu” – podlac kwiatki, wylaczyc telewizor, wyniesc smieci – odznaczona.
Jedziemy samochodem. Piec godzin. Wbrew pozorom, wcale nie bylo ciezko, moze dlatego, ze ja lubie prowadzic. Po drodze trzy krotkie przerwy – jedna na siusiu i kanapke, 15 minut. Druga na posprzatanie wymiocin Oli (dobrze, ze duzo tego nie bylo). Trzecia – bo Zuzia myslala, ze jej tez sie chce wymiotowac.
Park, w ktorym sa nasze wakacje jest olbrzymi. Nie wiem, ile karawanow, ale duzo. Niektore tuz nad samym brzegiem morza. Nasz, na szczescie, jest tuz obok recepcji i centrum rozrywki. Dobrze, bo mamy blisko na wieczorne przedstawienia, disko, i na basen.
Z karawanami roznie bywa, slyszalam historie mrozace krew w zylach – na przyklad zaplesniala kanapka za telewizorem, albo zdechla mysz pod kanapa… no dobra, krew nie zamarza, ale i tak mozna sie zniechecic. Nasz okazal sie nie tylko czysty, ale rowniez bardzo przestronny – trzy sypialnie, w mojej jest nawet i dodatkowa toaleta!
Zaczelam rozpakowywac torby. Najpierw oczywiscie towar pierwszej potrzeby – piwo do lodowki.
A potem…
Oczywiscie jest to moja historia, nie moglo sie obyc bez przygody, prawda?
Zatem potem okazalo sie, ze zapomnialam….
Walizki.
Tak. To mozliwe. Nie, nie wiem, jak. Widocznie powinnam zaczac wpisywac na moja liste rzeczy do zrobienia tuz przed wyjsciem z domu: ‘zabrac walizki’.
Ale walizka zostala w domu. A w niej aparat fotograficzny (najwazniejsza rzecz). Inhalator Oli. Jej antybiotyk. Szczotki do zebow. Makijaz. Kurtka (lepiej zeby bylo slonce!!). I pare innych rzeczy pierwszej potrzeby…
Bylam w glebokiej rozpaczy, bo bardzo chcialam porobic piekne zdjecia – Kornwalia jest przecudownie widowiskowa – nawet sobie poczytalam jak robic swietne pejzaze… i sie okazalo, ze nie mam aparatu ;(
p.s. zdjecia karawanu i parku nie sa mojego autorstwa, znalezione w necie.