Zgodnie z tradycja parapetowka musi byc. Kilka miesiecy po przeprowadzce w koncu sie zebralam, i postanowilam urzadzic impreze jakiej swiat nie widzial!
Wprawdzie dom jeszcze zupelnie nie gotowy (na przyklad gole tynki na scianie), ale nie bedzie gotowy jeszcze przez wiele miesiecy, wiec nie ma sie co szczypac, goscie zrozumieja.
Planowanie imprezy zaczelam od tzw. dupy strony.
Przygotowalam muzyke, wymarzylam sobie, ze bedzie bar z drinkami, no i generalie wytwornie bardzo.
Potem zrobilam liste gosci, i zaczelam zapraszac.
Jak juz policzylam tych, ktorzy przyjda, to wyszlo mi okolo 25 osob. I do tego z 12 dzieci. No male wesele, po prostu 🙂
Im wiecej tym lepiej, mowia, wiec sie nie stresowalam.
Jeszcze nie.
Zaczelam robic zakupy. Nie mam firmy gastronomicznej, to nie wiem, ile tego wszystkiego mi trzeba. Wiec kupowalam ‘na oko’. Ale jak juz wydalam £800 to zdecydowalam, ze wystarczy, a jak zabraknie, to trudo, zadzwonie po pizze albo wysle kogos po flaszke to “Tesco 24 godziny”. Szklanek, talerzy i kieliszkow tez mi zabraknie, wiec w ogole ich nie wyjme, beda plastiki. Cosmopolitan w plastikowym kubku? Wytwornosc i klase szlag trafil jeszcze zanim sie party zaczelo!
Mama glosem rozsadku uswiadamia mi, ze ‘trzy dni bede gotowala’ no i ‘gdzie ty tych wszystkich ludzi pomiescisz???’
W sobote sie okaze! Jak sie nie pomieszcza, zawsze jest jeszcze ogrodek, grunt, zeby sie dobrze bawili, prawda?


Pokoj wyglada jak wyglada. Staroswiecko. Mialo byc nowoczesnie, pieknie i lekko, a wyszlo jak u babci. No bo te skorzane kanapy. 