Chronmy przestepcow.

Jesli jestes nastoletnia, samotna matka, ktora nie ma ochoty pracowac, ktora chcialaby wygodnie sobie zyc z zasilkow, dostac za darmo dom oraz dofinansowanie do rachunkow, przeprowadz sie do Anglii.* Panstwo o ciebie slicznie zadba, nic sie nie martw.

Jesli w dodatku chcialabys popelniac przestepstwa, Anglia to jest rajem!

Jesli chcesz sie rozwiesc, placisz prawnikowi od £150 do £300 za godzine. Jesli kupujesz dom, placisz prawnikom tysiace funtow. Ale jesli popelnisz przestepstwo, dostajesz prawnika za darmo. To znaczy niezupelnie za darmo – rzad placi firmie prawniczej. I prosze nie mylic tego z ‘prawnikiem z urzedu’. Tutaj kazda osoba oskarzona o przestepstwo moze sobie wybrac prawnika, ktorego sobie wymarzy, i nie zaplaci ani funta. Firma prawnicza dostanie pieniadze od rzadu.

Jak to jest w Polsce?

Bilecik.

Do Grecji jeszcze wroce, obiecuje, tylko musze notatki przejrzec!

A tymczasem zycie wrocilo do normy.

Intuicja mi podpowiadala, ze dostane mandat. I dostalam. Wiec sama jestem sobie winna. Tak naprawde.

Bo po co parkowalam na podwojnej zoltej linii? Podwojna zolta oznacza zakaz parkowania 24 godziny na dobe.

Moja uliczka, w centrum miasta, waska jest. Samochodow na niej parkuje od liku. Jest to strefa kontrolowanego parkowania. Aby zaparkowac w godzinach 8:30-18:00 trzeba miec pozwolenie. Przed 8:30 i po 18 parkowac moze kazdy. Kontrolerzy, pieszczotliwie przez moja mame nazywani ‘bilecikami’, laza i sprawdzaja. W godzinach dziennych kazdy parkuje porzadnie. Ale wtedy nie ma tez problemu – ludzie sa w pracy.

Problem sie zaczyna od godziny 17, kiedy to mieszkancy wracaja do domow. I niestety, jak sie nie pospiesza, to nie maja gdzie zaparkowac.

A nie maja, bo biuro parkingowe wydaje zbyt wiele pozwolen – po dwa na dom (a ulica przed domem sie nie rozciaga, niestety), a w wielu wypadkach dom podzielony jest na dwa mieszkania, w zwiazku z tym dostaje 4 pozwolenia. Miastu sie to oplaca, bo maja z tego pieniadze. A ze pozwolen jest dwa razy wiecej niz miejsc parkingowych? To nie szkodzi, bo przeciez, wedlug wladz, ludzie nie parkuja caly czas, jest rotacja.

Akurat. Ludziska parkuja gdzie moga, bo wracaja do domu, i nie ma nigdzie miejsca.

Do tej pory nie bylo problemu, o ile wyniesli sie z podwojnej zoltej do 8:30 rano. Ale ostatnio bileciki zaczeli chodzic wczesniej. Wywachali chyba, ze sobie do pensji moga dorobic.

Zatem dzisiaj o 8 rano dostalam mandat.

£70.

To mnie nauczy nie parkowac na podwojnej zoltej. Bilecik z radosci rece zacieral. Miasto sie troche wzbogaci. A problem parkowania w centrum miasta nie zniknie. Jutro ktos inny dostanie mandat, bo wrocil do domu, i nie mial co z samochodem zrobic.

No problem!

Niedziela.

Spalysmy tylko kilka godzin. Nastawilam budzik na 7, bo chcialam odwalic Akropol z rana, zanim pojawia sie tlumy. Nie tylko poszlysmy spac pozno (2 nad ranem) ale stracilysmy tez godzine snu – zmiana czasu z zimowego na letni. Zatem z oczami czerwonymi jak arbuzy i malymi jak lebki od szpilek idziemy zwiedzac Akropolis.

Jedna z zalet podrozowania poza sezonem (w Grecji sezon dopiero sie zaczyna w kwietniu, na wyspach greckich wiele osrodkow jest jeszcze zamknietych do polowy kwietnia) jest to, ze wszystko jest tansze. Druga zaleta, rownie wazna, jest brak tlumow. My mialysmy Akropol niemalze tylko dla siebie – kilkoro ludzi tu, kilkoro tam. Po poludniu bylo ich nieco wiecej, ale to i tak nic w porownaniu z latem – latem podobno czeka sie pare godzin na wejscie na Akropolis.

Obejrzalysmy, po czym okazalo sie, ze zgubilam mape, ktora dostalam w hotelu. Hotel piec minut od Akropolu, wiec wrocilysmy po kolejna mape. Jasmine (recepcjonistka) zjebke mi dala, ze jak ja moglam mape zgubic! Pol zartem pol serio mowila, a potem o mapie mi codziennie przypominala – ale masz mape? pytala. (A to dlatego, ze sezon sie jeszcze nie zaczal – map nie mieli! To samo bylo pozniej, na Santorini, nasz hotel byl ekskluzywny, ale map JESZCZE nie mieli! 🙂 ).

Nie bede Wam opisywala co zwiedzalysmy w Atenach, bo od tego sa przewodniki. Ale napisze Wam, ze na Syntagma Square bylysmy swiadkami jakiegos wielkiego maratonu. A wieczorem demonstracji. Grecy uwielbiaja demonstracje, i co tydzien jakas sie odbywa na Syntagma Square. My mialysmy szescie, i udalo sie nam jedna zobaczyc. Nie wiem, o co im chodzilo, bo po grecku bylo….

Zobaczylysmy tez wartownikow narodowych, ktorzy nosza sukienki. Zrobilam sobie z nim zdjecie, ale dziwnie wyszlo, bo nieco sie krepowalam. Zapytalam go grzecznie, czy moge. Nie odpowiedzial. To stanelam obok niego, i powiedzialam mu, ze jest przystojny. Nawet nie mrugnal!

Po poludniu wybralysmy sie na jarmark staroci. Niezapomniane przezycie. Ciagnie sie kilometrami, w kretych uliczkach, tu i tam. Sprzedaja wszystko – militaria, procelane, ubrania, obrazy, antyki, tanie pamiatki dla turystow, twoje imie po grecku z wyginanego drutu, podrobki torebek i zegarkow. Raj dla zakupocholikow! Rozmawialam z jednym sprzedawca, bo mial dzbany, ktore mi sie podobaly, ale na angielskie wygladaly. Okazalo sie, ze jezdzi do Anglii, na car boot sales kupuje rozne duperele, a potem je sprzedaje na rynku staroci w Atenach. Co za patent!!

Mnostwo ulicznych klaunow, tancerzy i innych ‘artystow’. Co kilka krokow stoi pan ze stojakiem, i jakimis biletami na tym stojaku. Zapytalam kelnerke w restauracji, w ktorej zatrzymalysmy sie na lunch, co to takiego te bilety. Pokazala mi swoj – co sobote kupuje. Bilet na loterie, z wydrukowanymi juz cyframi. Od lat kupuje, mowi, co sobote. Nigdy jeszcze nic nie wygralam – dodala, i rozesmiala sie z calego serca. Grecy maja bardzo pozytywne nastawienie do rzeczy. Wszystko tutaj jest ‘NO PROBLEM’.

Acropolis House z gornoplukiem.

Dzisiaj na szybko kilka zdjec z naszego hotelu w Atenach, a kolejny wpis juz jutro. Przepraszam za jakosc i kierunek zdjec, ale sa jeszcze nie obrobione. Zdjecia, sie znaczy.

Gornopluk, ktorego Ola nie umiala obslugiwac.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A gdzie sie splukuje?

Po dlugim i meczacym locie (z przesiadka w Monachium, bo bylo taniej) o polnocy wyladowalysmy w Atenach! Do hotelu mialysmy jechac taksowka (stala oplata z lotniska do centrum 35 euro), ale i tak juz przekroczylam budzet na wakacje, zanim jeszcze wakacje sie zaczely, wiec znalazlam tansza opcje – autobus. 5 euro, i dowozi nas do centrum, skad juz tylko 5 minut spacerkiem do hotelu. A ze juz po polnocy? No trudno, jak sie nie ma, to sie chodzi, a mi nigdy odwagi nie brakowalo.

Zatem wyladowalysmy, kupilam bilet na autobus, dojechalysmy do centrum (godzina), i dziarsko zaczelysmy maszerowac. Godzina 1 rano. Zero dzieci na ulicach. Ja, jak zawsze inna, ciagne walizke i dwojke maluchow za soba. Ale ulice za to pelne ludzi, ulice zakorkowane, zupelnie jak w Warszawie w poludnie! Pozniej zauwazylam, ze Ateny ida spac dopiero nad ranem. Grecy obiad jedza o 22, potem drinki i tance. Zdziwienie moje wielkie spowodowal fakt, ze facet z wozka przenosnego sprzedaje rogale z sezamem o 1 w nocy!

Bez wiekszych problemow (google maps!) dotarlysmy do hoteliku naszego. Po drodze ktos zapytal, czy potrzebujemy pomocy, i wskazal nam wlasciwa droge do hotelu. Ola stwierdzila: Ale oni tutaj sa mili! Hotel nazywa sie Acropolis House hotel. W recepcji siedzial staruszek, ktory na nasz widok wyciagnal olbrzymia, staroswiecka ksiege, do ktorej wpisal nasze nazwiska i numery paszportow. Nie umknela mojej uwadze kartka z napisem, ze wszelkie platnosci prosimy w gotowce, bo kart nie przyjmujemy. Jak sie pozniej okazalo, w calym hotelu czlowiek czul sie jakby przyjechal odwiedzic swojego dziadka. Staruszek wskazal nam schody, i powiedzial, ze nasz pokoj jest na 3 pietrze. Windy nie bylo (czy ktos widzial kiedykolwiek winde w domu u dziadka?), wiec zaciagnelysmy nasze walizki, po waskich, kretych schodach, na to trzecie pietro. A w pokoju staroswieckie przelaczniki do swiatla, masywne, rzezbione szafy z poprzedniej epoki, koronkowe serwetki i dywanik.

Ola poszla do toalety. Po chwili mnie wola: Mamooooo! Ale jak sie tutaj splukuje? Dziecko w zyciu gornopluka nie widzialo, a ten dodatkowo mial lancuszek schowany za zaslonka prysznica. Stylowa, w niebieskie delfiny. Pod kolor niebieskich kafelkow, a jakze.

Klimatyzacja nie dziala, nie ma cieplej wody, slychac kazde trzasniecie drzwiami, kazdy krok (a pamietacie? spac tutaj chodzi sie pozno), ale za to widok z okna – powalajacy! Akropol oswietlony, cudowny, zapierajacy dech w piersiach! A z drugiej strony balkon z widokiem na atenskie dachy, na ktorych suszy sie pranie oraz rosna drzewa cytrynowe i pomaranczowe. Westchnelam sobie z ulga, zakrylam uszy poduszka, i poszlam spac.

P.s. Jesli wybieracie sie do Aten, to jednak goraco polecam Acropolis house. Moze i staroswiecki, moze i bez luksusow, ale za to 5 minut od Akropolu, w samym centrum Aten (my wszedzie chodzilysmy na pieszo, i nigdzie nie bylo dalej niz 30 minut), czysty, ma przystepne ceny, i niesamowita, rodzinna atmosfere. Staruszek z recepcji, Jasmine, ktora jest w recepcji w ciagu dnia, kucharki – bardzo mili i pomocni. A panie, ktore sprzataja, sa w tym swietne – codziennie byl pokoj wydmuchany.

Wakacje!

Podobno sprzedaz wycieczek w okolicach Wielkiej Nocy skoczyla drastycznie w tym roku. Wcale sie nie dziwie. Anglicy maja dosyc dlugiej, szarej i ZIMNEJ zimy. Ok, dwa stopnie w Polsce to zadna rewelacja, ale tutaj dwa stopnie przez dwa miesiace non stop to juz powazna sprawa.

Nie tylko chlod na ulicach dokucza ludziom. W domach wcale nie jest cieplej. U mnie, na przyklad, codziennie rano notuje….. 11 stopni. Tak, 11 stopni. Wieczorem wzrasta do 12, a jak mamy szczescie to jest 13.

Wiec ludzie maja dosyc, chca troche slonca, i wykupuja wycieczki na Teneryfe czy Majorke.

Ja tez mam dosyc, i zabieram dzieci do Grecji. Bedziemy podziwiac Akropolis, cieszyc sie sloncem, i obcowac z greckimi bogami. A przed wyjazdem dzieci pilnie zapoznaja sie z mitami greckimi

Fejsbukowe oswiadczenia.

Mam dwoje takich znajomych. Para z nich byla bardzo zakochana. A potem cos sie stalo, jak to w zyciu bywa, no i milosc sie skonczyla, zwiazek sie rozpadl.

A teraz widze wpisy na fejsbuku (zwanym tez facebook). Jej i jego.

Ona pisze o depresji, wrzuca obrazki z filozoficznymi tekstami na temat mezczyzn, zycia, tego jak sie nie dac.

On wrzuca zdjecia swoje z seksowna blondyna i opisuje jak to swietnie sie bawi na wakacjach na Teneryfie.

Kobiety i mezczyzni jednak bardzo sie roznia. A moze to nie kwestia plci, moze to kwestia tego, kto kogo porzucil. Bo w zwiazkach rzadko sie tak zdarza, ze obydwoje juz nie chca.

Ona usunela go z facebooka. Albo on usunal ja. Ona oswiadczyla, ze jest ‘single’. On oswiadczyl, ze jest w zwiazku z Kasia P. Przeciez powszechnie wiadomo, jak sie nie obwiescilo na facebooku, to oficjalnie sie nie zdarzylo.

Bez mrugniecia okiem.

Ola chodzi na lekcje fletu. Albo raczej powinna chodzic, bo permanentnie, z uporem maniaka, co tydzien, ZAPOMINA.

Ja- Ola, bylas dzisiaj na flecie?

Ola – (ze stuprocentowa pewnoscia siebie) Bylam!

Ja – A czego sie nauczylas?

Ola bez zastanowienia lapie za flet, i wygrywa melodyjke. Dmucha dziarsko, paluszkami przebiera po dziurach, i wymysla melodie az milo!

No wlasnie, wymysla, widac, ze robi totalna improwizacje.

– No, tego sie wlasnie dzisiaj nauczylam! oswiadcza z duma.

Tutaj uzylam odwiecznej sztuczki kazdej mamy:

– A ja rozmawialam z pania (akurat, nawet nie wiem, kto ich uczy tego fletu!) i pani mi powiedziala, ze cie na flecie nie bylo!

No i sie wydalo. Ola na flet nie chodzi, bo woli sie z kolezankami bawic. I zamiast grac z nut, klamie jak z nut. Gowniara szecioletnia!

Krzywo heblowane.

Jozefem nie bede. Nie dlatego, ze w zyciu nie uwierzylabym Maryi w niepokalane poczecie, ale dlatego, ze hebel, zwany tez strugiem, zdecydowanie nie jest moim przyjacielem.

Zmienilam zamek w drzwiach. Zmiana zamka kosztuje od £75 w gore, wiec postanowilam, ze zrobie to sama. Kupilam Yale, i zamontowalam. Ale wyszlo krzywo. To pozyczylam strug, i zaczelam strugac drzwi moje. Postrugalam, winka sie napilam, zamek przykrecilam. Drzwi sie nie zamykaja – zamek wystaje za bardzo.

Odkrecilam, znow sie winka napilam, podheblowalam drzwi troche bardziej, znow przykrecilam. Krzywo. Znow strug poszedl w ruch. Jak sie okazalo, zestrugalam za bardzo, i drzwi znow sie nie domykaly – tym razem dlatego, bo obie czesci Yale byly zbyt daleko od siebie.

Po trzech godzinach heblowania, przykrecania, odkrecania, i picia wina zamek Yale w koncu zostal zamontowany. W miare prosto, tylko troche krzywo. A ja, zachecona czesciowym sukcesem heblowania, postanowilam zamontowac skrzynke na listy, ktora nie chciala wpasowac sie w dziure. Udalo sie, i wiecie co? Tylko troche krzywo wisi 😀

Cynamonowe orzechy

Gotowanie na przyjecie sie zaczelo. Wczoraj zrobilam orzechy cynamonowe. Wiem, ze na tym zdjeciu wygladaja jak kupy chomika, ale w rzeczywistosci sa piekne, i smakuja wysmienicie.

Robi sie je bardzo latwo. Nalezy rozbeltac bialko jajka, wrzucic do tego orzechy – ja uzylam pekanow (tak sie nazywaja? pecan nuts), ale mozna na przyklad wloskie tez uzyc. Trzy szklanki tych orzechow wrzucamy do bialka, i mieszamy.

Kiedy robilam te orzechy pierwszy raz Zuzia popatrzyla na nie, i pyta:

– A dlaczego one sa takie obslinione?

– Bo do nich naplulam – zazartowalam.

Zuzia uwierzyla.

Ja nie sprostowalam.

Potem dodalam mieszanke cukru i cynamonu do orzechow, i dokladnie to wszystko wymieszalam, tak, aby kazdy orzeszek byl obtoczony. Mieszanka cukru i cynamonu sklada sie z 1/3 szklanki cukru, 1 porzadnej lyzki cynamonu, lyzeczki soli i cukru waniliowego. To tak oficjalnie, bo u mnie w kuchni nic nie jest wedlug przepisu, a wszystko jest na oko. W zwiazku z tym zazwyczaj jest przesolone, albo przepieprzone… no, ale jestesmy do tego przyzwyczajone i jakos sobie z tym radzimy. Tym razem mieszanka do orzechow wyszla doskonala, o dziwo.

Potem rozlozylam orzechy na papierze do pieczenia, i upieklam w 150 stopniach, przez 20 minut.

Trzeba poczekac az ostygna, porozdzielac te, ktore sie posklejaly, i przechowywac w szczelnie zamknietym naczyniu.

Albo zjesc od razu.

Zuzia nie chciala ich sprobowac (bo do nich naplulam, pamietacie?). Ola tez nie chciala, ale Ola generalnie jest a). odwazniejsza, i b). ma wszystko w nosie.

Zatem pomyslala sobie mam to w nosie, i niesmialo poczestowala sie orzeszkiem cynamonowym. Zjadla, doszla do wniosku, ze smak jest warty poswiecenia (konsumowania slina matki), i poczestowala sie kolejnym. Zuzia, zachecona pochwalami Oli, rowniez sie poczestowala w koncu.

Od tego czasu orzechy robimy dosyc czesto. Mam nadzieje, ze moim gosciom tez beda tak smakowaly, jak i nam.