Ubud, Bali

Na pobyt w Bali wybralam Ubud. Z kilku powodow. Na Bali bylam juz, i oblatalam wszystkie turystyczne atrakcje. Ubud pamietalam bardzo dobrze. W Bali bylismy tylko jeden pelny dzien. No i Ubud byl w polowie drogi pomiedzy lotniskiem a portem. Zatem Ubud.

Po wyladowaniu na Bali zaladowalam aplikacje, cos w stylu Uber, sa dwie, Gojek i Grab. Ceny maja bardzo podobne, ale Gojek chyba jest lepszy, bo ma wiecej lokalizacji i szybciej samochod przyjezdza. Wiec zamowilam Gojek do Ubud. Cena: 350,000 , czyli okolo 18 funtow. Pomimo, ze to tylko 36 kilometrow, jechalismy 2 godziny – korki sa okropne. Turyzm w Bali potroil sie podobno po Covid.

Nasz hotel okazal sie przecudowna oaza spokoju, a tereny hotelu wygladaja jak dzungla…. 

Poszlismy na lunch, zjadlam zupe rybna i popilam piwem, oraz napojem Jamu – tradycyjny drink z imbirem, kurkuma oraz cytryna. Chyba zaczne sobie taki w domu robic codziennie rano. Mozna go pic na zimno i na goraco.

 Polazilismy troche bo glownej ulicy Ubud, znajduja sie na niej sklepy, restauracje, oraz salony masazu. Zobaczylismy rowniez palac w Ubud.

Wieczorem wybralam sie na tradycyjny balijski masaz, ktory kosztowal 143,000 rupii, czyli nieco ponad 7 funtow za godzine! A to  bylo drogo, bo mozna masaz za 100,000 rupii, czyli niecale piec funtow. Najpierw umyly mi stopy w wodzie, w ktorej plywaly rozne kwiaty, a pozniej zaprowadzily mnie do pokoju z przyciemnionym swiatlem i lagodna muzyka, gdzie odbyl sie masaz. 

Nasz hotel znajdowal sie tuz obok Monkey Forrest, parku, w ktorym zyja setki malp. Pani w recepcji ostrzegla nas, aby nie zostawiac zadnych rzeczy wartosciowych na zewnatrz, bo malpy przychodza do pokoju. Niestety, nie posluchalismy jej… rano obudzilam sie, i na tarasie bylo pobojowisko! Stol przewrocony, popielniczka na podlodze, pety dookola, telefon na podlodze, resztki jedzenia (wzielismy na wynos) porozwalane po tarasie a pudelka porozdzierane. Na podlodze lezal jakis staniczek, ktory do mnie nie nalezal, recznik, ktory do suszenia sie lezal na daszku ponizej, moja sukenka oraz bluza, ktore tez sie suszyly, zniknely. Sukienka znalazla sie pozniej na schodach, ale bluza przepadla, nie ma jej nigdzie…. 

Na tarasie malpy urzadzaly sobie uczte, oraz bawily sie w berka. Sa bardzo zuchwale, jedna podchodzila do mnie szczerzac zeby, az musialam uciec do pokoju.

Poszlam pozniej na sniadanie, w pewnym momencie pagoda, pod ktora siedzialam i pilam herbate zaczela sie cala trzasc. Ziemia tez sie trzesla. Myslalam, ze to znowu malpy wariuja na dachu, myslalam sobie ilez toto ma sily, aby takie trzesienie pagody wywolac, ale biegnie do mnie pracownik krzyczac: madame, emergency, emergency! Zlapalam telefon i tableta, i wyszlam spod pagody, myslac, ze moze cos z konstrukcja i sie zaraz zawali. Okazalo sie, ze wlasnie doswiadczylam pierwszego w swoim zyciu trzesienia ziemi! 7 wrzesnia, o godzinie 9:51, w skali 4.9!! 

Drugi dzien w Ubud byl nieco leniwy, rano poszlismy na ‚art market’ – czyli po prostu rynek ze straganami pelnymi pamiatek, koszulek, magnesow i otwieraczy do butelek w ksztalcie penisa. 

Pozniej byl masaz, 90 minut kosztowalo 250 tysiecy rupii, czyli nieco ponad 12 funtow. To byl masaz z goracymi kamieniami. Super!

Wieczorem poszlismy na obiad, w internecie ktos polecal restauracje Laka Leke, wiec tam sie wybralismy. Bardzo sie ciesze, bo pomimo ze musielismy isc do niej 30 minut, to zdecydowanie bylo warto! Restauracja znajduje sie wsrod przecudownych ogrodow, stoliki sa poustawiane wsrod zieleni, mozna siedziec albo przy tradycyjnym stoliku, lub przy niskim, na poduszkach na podlodze. Jedzenie jest znakomite, ceny przystepne, i obsluga bardzo mila. Zamowilismy chrupiaca kaczke, sajgonki, zupe tom yum z krewetkami, oraz przystawke – 2 nadziewane tofu, 2 sajgonki, 2 szaszlyki z kurczaka, oraz butelke wina rose. Obiad kosztowal nas 665,000, czyli 33 funty na dwie osoby. 

Kolega, z ktorym podrozuje, zostawil w restauracji swoj kapelusz, taki, z ktorym podrozuje po swiecie, i na ktorym ma przypinki z flagami krajow, ktore odwiedzil. Tuz przy hotelu zorientowal sie, ze nie ma kapelusza, i juz mielismy wracac (kolejne 30 minut w kazda strone), a tu nagle podjezdza na motocyklu pracownik restauracji, machajac do nas kapeluszem kolegi!!! Jak sie zorientowali, ze zostawilismy kapelusz, wyslali ;pracownika na motocyklu, aby nas znalazl i oddal kapelusz! Niesamowite!

Nastepnego dnia rano mielismy zamowiona taksowke, ktora zabrala nas do portu Penang Bai (350,000, 18 funtow). Pomimo malej odleglosci, podroz zajela 2 godziny – slynne balijskie korki! W porcie odprawilismy sie, i czekalismy na nasza lodz, ktora zawiezie nas do Lombok. Wybralam szybka lodz, pomomo, ze byla drozsza od wolnej lodzi, z dwoch powodow, po pierwsze czas podrozy to 2.5 godziny, a nie 5 lub 6 godzin na wolnej lodzi, po drugie szybka lodz przyplywa do portu Senggigi, w Lombok, a ten port jest lepiej usytuowany w stosunku do moich planow w Lombok. 

Lodz okazala sie dyskoteka na oceanie, siedzialam sobie na dworzu, z glosnika walila letnia muzyczka (Coco Jumbo i Modern Talking), ludzie popijali piwko (ocywiscie cena na lodzi wywindowana na maksa, 300 procent amarzy), jacys mlodociani z Walii wrecz tanczyli sobie! 🙂 

Lodz dojechala do portu, i jestesmy w Lombok!

Liveaboard, czyli podwodne safari

2/9 – pierwszy dzien na lodzi. Rano stawilismy sie w centrum nurkowym, wsadzili nas do minivana, odebralismy jeszcze kilkoro ludzi, i odstawiono nas do portu. Nie bylo kolejek, wiec w ciagu kilku minut doslownie bylismy na naszej lodzi, ktora nazywa sie Cajoma IV. Myslalam, ze kajuta bedzie maciupenka, ale wcale nie byla az taka mala (aczkolwiek powiedzmy przytulna). Na dole na dole byly trzy kajuty (w tym nasza), pozniej na glownym poziomie byla kuchnia, jadalnia oraz miejsce gdzie sie przygotowywalismy do nurkowania. Tutaj staly tez butle z powietrzem i caly sprzet potrzebny do nurkowania. Jeszcze jedno pietro wyzej byl, nazwijmy to, taras, miejsce z lezakami, gdzie mozna sie bylo zrelaksowac pomiedzy nurkami. Mielismy nawet jacuzzi! 

Na lodzi spedzimy kolejne 3 noce i 4 dni. Kazdego dnia mamy trzy nurki.

Nie bede Was zanudzala opowiesciami o swoich nurkowaniach, ale pierwszego dnia nurki mialam okropne! Pierwszy od razu z mety byl z bardzo silnymi pradami…. Zwazywszy, ze ciezar mialam bardzo zle dobrany, caly czas po prostu skupialam sie na tym, aby przezyc (nie doslownie, ale prawie). Nie widzialam nic, i nie mialam z tego zadnej przyjemnosci.

Dopiero pozniej, jak w koncu mialam odpowiednio ciezar dobrany, nurkowanie znow bylo przyjemnoscia.. troche winie za to przewodniczke, nalegala ze mam miec 5kg ciezaru, podczas gdy ja jej mowilam, ze potrzebuje 8. W koncu po kilku nurkach doszlismy do 8… mowilam jej. No ale to byj jej pierwszy rejs, dopiero zdobyla tytul ‚Master diver’, wiec nie bede sie czepiala.

4/09/2024 – Z samego rana mielismy dwa nurki w miejscu, gdzie jest bardzo duzo mant (manta ray, zwane diablami morskimi). Sa to przepiekne stworzenia, olbrzymie, i takie majestatyczne! Wiedzielismy ich bardzo duzo, pierwszy raz widzialam tyle mant, w pewnym momencie 5 z nich plywalo sobie obok nas! Szkoda, ze widocznosc byla kiepska, bo widea, ktore nagralam dupy nie urywaja. Ale w naturze bylo przecudownie. Jesli bede miala jakies zdjecia z go pro, to wstawie tutaj, abyscie mogli zobaczyc.

Pozniej pojechalismy zobaczyc Pink Beach – plaza z rozowym piaskiem. Piasek jest rozowy poniewaz koralowce ‚gubia skore’, kawalki koralowcow sie odrywaja, i zabarwiaja piasek na rozowy kolor.

Nie mielismy duzo czasu, bo w planie byly jeszcze warany z Komodo. Komodo to wyspa, ktora znajduje sie w archipelagu Flores.

Doplynelisy do Komodo, gdzie przywital nas przewodnik. Zabral nas na godzinny spacer – najpierw przez wioske, gdzie ludzie zyja swoim zyciem, widzielismy szkole, w ktorej dzieci uczyly sie Koranu, cmentarz, gdzie na grobach kozy sobie odpoczywaly i chronily sie przed goracym sloncem, szkole podstawowa, ktora byla na przeciwko cmentarza. Kobiety robiace pranie, dzieci bawiace sie z kotami, i kury leniwie drapiace w suchym piasku. Przed wieloma domami wystawione stoly z pamiatkami z komodo, glownie warany rzezbione w drewnie, oraz miseczki, nie jestem pewna z czego. Oraz bransoletki z koralikow. 

Pozniej doszlismy do terenow, gdzie byl sam piach, oraz gdzieniegdzie drzewa. I pod tymi drzewami wlasnie warany z komodo chronia sie przed upalem.

Warany wystepuja tylko na Komodo i na pobliskiej wyspie Rinca. Chyba tez na wyspie Flores. Sa to olbrzymie jaszczury, ktore osiagaja 3 metry i waza do 150 kilogramow. Przewodnik powiedzial nam, ze jest tylko 1500 waranow na wyspach. Jest to gatunek ginacy, niestety. Ciaza u nich trwa 5 miesiecy, samica znosi do 20 jaj. Niestety, potem zjada wiekszosc swoich nowo wyklutych dzieci….

Widzielismy calkiem sporo waranow, siedzialy zupelnie nami nie zainteresowane. Przewodnik porobil nam zdjecia (ktore wyszly beznadziejne, bo warany sie wtapialy w cien rzucany przez drzewa…).

Wieczorem wybralismy sie na spacer aby zobaczyc zachod slonca z wyspy Padar – trzeciej (po Komodo i Rinca) najwiekszej wyspie w parku narodowym Komodo.

Najwieksza chyba atrakcja na tej wyspie jest spacer na szczyt wyspy – 800 ‘schodow’ (kamieni raczej), bardzo stromych. Wspinaczka zajmuje przecietnie 30 minut, 20 jak ktos jest super wysportowany. Na szczyt dotarlam totalnie spocona, zasapana, i z drzacymi nogami, ale bylo warto! Duzo widzialam juz, ale tak przepieknego widoku nie widzialam chyba nigdy! Slowa tego nie opisza, wiec popatrzcie tylko na zdjecia!

To byla nasza ostatnia noc na lodzi, wiec przygotowali nam specjalny posilek na tarasie, grillowana kalamarnica, ryba z rodzin tunczykowatych, szaszlyki z wolowiny, kurczaka, krewetek, zupa z dyni z imbirem, caly stol zastawiony przepysznym jedzeniem. A po kolacji rozlozylismy sie na lezakach, i podczas gdy lodz plynela przez wody morskie (morze Flores, ktore jest polaczone z oceanem Indyjskim) obserwowalismy gwiazdy… Magiczny dzien!

A skoro juz o jedzeniu mowa, to wspomne, jak nas karmili na lodzi. Codziennie byly sniadania, obiad, i kolacja, oraz dwie przekaski pomiedzy posilkami. Do wyboru zawsze byly jakies warzywa, salatka, tofu i tempe w sosie, smazona ryba, kurczak, zawsze byla jakas zupa (kazda przepyszna), makaron, ryz lub ziemniaki (smazone, frytki, gotowane i tluczone z czosnkiem), oraz owoce. Przeslodkie, bardziej znane takie jak arbuz, papaja czy ananas, oraz mniej znane takie jak dragon fruit, snake fruit.

5/9/24, czwartek.

Dzisiaj jest ostatni dzien. Myslalam, ze zrobie tylko dwa nurkowania, bo jutro lecimy na Bali, a trzeba miec okreslona ilosc czasu pomiedzy nurkowaniem a lotem w samolocie, ale ‘dive master’ powiedziala, ze spokojnie mozemy nurkowac trzy razy.

To byly  nurkowania w calym pobycie!! Pierwszy nurek byl latwy i przyjemny, mialy byc prady, ale nie bylo. Drugi i trzeci, o moj Boze! Obydwa byly nieco inne, poniewaz ze wzgledu na prady przypielismy sie do kamieni hakami, i stalismy w jednym miejscu obserwujac zycie podwodne dookola. W pewnym momencie widzielismy SZESC white spot rekinow, ktore plywaly sobe w ta i z powrotem, tuz obok nas! Niesamowite! Widzielismy tez olbrzymie lawice ryb,  morze ryb, ze sie tak wyraze! 

Ale niestety, czas na lodzi sie skonczyl, i trzeba bylo sie zbierac… jedna noc w Labuan Bajo, a rano lot na Bali! Zegnaj, Cajoma IV!

Witamy w Indonezji!

W Indonezji wyladowalismy 31/8, w Jakarcie. Zatrzymalismy sie w hotelu tuz przy lotnisku, poniewaz na drugi dzien rano mielismy lot do naszego miejsca docelowego – Labuan Bajo. –

Labuan Bajo jest malym miasteczkiem na wyspie Flores, w ktorym nie za wiele sie dzieje. Na kazdym kroku za to znajduja sie budki oferujace jednodniowe, dwu lub trzydniowe wycieczki do Parku Narodowego Komodo, z obowiazkowa wizyta na wyspie Komodo lub Rinca aby zobaczyc slynne warany z Komodo.

Widok z naszego pokoju hotelowego.

Zatrzymalismy sie na lunch, zjadlam tumis bunga pepaya, czyli gotowane liscie manioka z kwiatami papai oraz suszonymi krewetkami.

O godzinie trzeciej Labuan Baja byl spiacym miasteczkiem, z pustymi ulicami. Dopiero po zmierzchu zrobilo sie nieco zwawiej. Ludzie wyszli na ulice, sklepy sie pootwieraly, ulice zapelnily sie motocyklami.

Wybralismy sie obejrzec zachod slonca nad morzem, a po spacerze zrobilismy sobie przerwe na zimne piwo. Komary prawie nas zjadly!

Po piwie poszlismy na spacer glowna ulica, az do nocnego rynku rybnego. Stragany ze swiezo dzisiaj zlowionymi rybami ustawione wzdluz ulicy, a sprzedawcy przyrzadzaja rybe w taki sposob, w jaki sobie klient zazyczy. Nie tylko ryby byly dostepne, rowiez krewetki, raki, homary, osmiornice… wszystko, co zostalo z morza tego dnia wylowione.

My zamowilismy sobie rybe, ktora sprzedawca nazwal: ‚jak napoleon’, oraz olbrzymia krewetke – krewetki te trzymane sa w plastikowych butelkach, gdy zapytalam, dlaczego, powiedziano mi, ze dlatego, bo maja szczypce i szczypia. Sprzedawca obrobil rybe na drewnianym klocu, polozonym na podlodze, i upiekla ja na grillu z jakims slodkawym sosem. Krewetka byla usmazona w panierce. Do tego podano nam salatke, i ryz. Moim zdaniem bylo wysmienite!

A rano nastepnego dnia stawiamy sie w centrum nurkowym, i zaczyna sie nasza przygoda na lodzi!

No to znow jedziemy!

Dzisiaj jade na lotnisko, a z lotniska lece na wakacje! Hura!

Planowalam je przez wiele godzin, poniewaz logistycznie sa skomplikowane. Lecimy do Indonezji!

Ladujemy w Jakarcie, gdzie spedzimy noc, po czym na drugi dzien lecimy na Komodo. Slyszeliscie o waranach z Komodo? Ja o nich przeczytalam jako dziecko, w jedynej ksiazce podroziczej, ktora mialam. Czytalam w niej o roslinach kakaowca, drzewa chlebowego, i waranow z Komodo. Takie to wszystko bylo egzotyczne, ale pochodzac z niezamoznej rodziny, gdzie mama sama sie nami opiekowala i pracowala na zmiany jako pielegniarka, nigdy mi przez mysl nie przeszlo, ze kiedykolwiek w zyciu bedzie mi dane to zobaczyc na wlasne oczy. To byly basnie, przygody wielkich podroznikow, a nie cos, co taka dziewczynka z malego miasteczka kiedykolwiek zobaczy… jak sie czasy zmienily… chlebowca, mango, kakaowca, duriana, i wiele wiecej z tej ksiazki juz widzialam, waranow jeszcze nie.

Dygresuje. Wiec ladujemy w Komodo, a pozniej mamy czterodniowy rejs dookola archipelagu, gdzie bedziemy nurkowac po kilka razy dziennie. Nurkowanie podobno jest cudowne, mozna zobaczyc ogromne rekiny, lawice tunczykow, manty, i piekne rafy, ktore sa dobrze zachowane, poniewaz podlegaja ochronie – znajduja sie w Parku Narodowym.

Podczas rejsu odbedzie sie przynajmniej jedna wycieczka na lad, wlasnie aby zobaczyc slynne warany z komodo. Mam nadzieje, ze uda mi sie zrobic swietne zdjecie, aby Wam pokazac!

Po zakonczeniu safari lecimy na slynne Bali na dwa dni – tam sie nauczylam nurowac i zrobilam certyfikat. Pozniej lodzia na Lombok – kolejna wyspa Indonezyjska. W trakcie pobytu na Lombok odwiedzimy wysepki Gilli, wynajmiemy skuter, aby zwiedzic wyspe, pojezdzimy konno przy oceanie… no takie sa plany, a co wyjdzie, to jak zwykle, okaze sie w trakcie.

Lece z kolega. Z kolega juz na wakacjach bylismy kilka razy, znamy sie od 12 lat chyba. Poznalismy sie przypadkiem, gdy robilam sobie lazienke budowlaniec, ktorego zatrudnilam, przyprowadzil elektryka. Zaczelam sobie z elektrykiem rozmawiac, i sie okazalo, ze pochodzi z tego samego malego miasteczka co i ja! I tak jakos sie zaprzyjaznilismy, i do dzisiaj ta przyjazn trwa.

Na wakacjach juz bylismy dwa razy razem, raz w Egipcie i raz w Tobago (nie napisalam o Tobago, jakos tak czasu nie bylo, a potem to juz bylo dawno temu…) – podrozowanie samemu kosztuje prawie tyle samo, co w dwie osoby, wiec warto z kims, bo wychodzi po prostu taniej.

Z kolega podrozuje sie nam swietnie, swietnie sie dogadujemy, aczkolwiek jakos tak wychodzi, ze przynajmniej raz podczas wycieczki porzadnie sie klocimy. Z Tobago jak wracalismy, to siedzielismy obok siebie w samolocie i nie odezwalismy sie ani slowem. Mozecie sobie wyobrazic 😂 Ale pozniej zawsze sie jakos godzimy.

Wiec zobaczymy jak bedzie tym razem, poniewaz po pierwsze, przez 4 dni bedziemy w ciasnej kajucie na lodzi, non stop razem, po drugie wycieczka ponad dwa tygodnie – do tej pory jezdzilismy tylko na tydzien. Wiec jak widzicie, mozliwosci na to, ze jedno z nas zostanie pozarte przez rekiny, wrzucone do morza lub zjedzone przez warana z Komodo i nie wroci do domu, sa calkiem spore.

Odezwe sie po powrocie, buziaki dla moich wiernych (i przypadkowych lub nowych) czytelnikow! xxx

20 lat minelo jak jeden dzien

Wlasnie sobie uswiadomilam, ze w tym roku mija 20 lat odkad wyjechalam z Polski.

Czy tesknie za Polska? Nie jestem pewna. Oczywiscie tesknie za Mamusia, zwlaszcza teraz, po wszystkich wydarzeniach. Moze czasami jakas tam nostalgia mnie dopada, za Polska, za zyciem, ktore tam mialam… Ale tak naprawde, to nie, nie tesknie za bardzo.

Czy wyobrazam sobie powrot do Polski i zycie w kraju? Tez chyba nie bardzo. Mysle, ze bym sie nie odnalazla jednak. Oczywiscie nigdy nie mow nigdy, bo ‘nigdy’ nic nie wiadomo, ale w tym momencie – nie.

Gdzie jest dom? Tego tez nie wiem. Nie Polska. Anglia tez nie. Wiec gdzie? Nie wiem. Gdybym umarla dzisiaj, nie wiem, gdzie chcialabym byc pochowana. Albo moze wiem, chcialabym byc skremowana, i aby moje prochy zostaly rozrzucone na Rum Point na Kajmanach. Mysle, ze bylabym wtedy szczesliwa. Czy Wy myslicie o takich rzeczach czasami? Macie takie dylematy?

A co dalej? Tez nie wiem… zawsze mowilam, ze jak dzieci dorosna, przeprowadze sie do cieplego kraju. Dzieci juz z gniazda tak naprawde wylecialy, ale nie potrafie jeszcze podjac tak drastycznej decyzji..

Czy Wy potrafilibyscie odnalezc sie w zyciu za grancia? Lub, jesli mieszkacie na obczyznie (sporo z Was mieszka), to gdzie jest dom? Moglibyscie wrocic do Polski? Moze chcielibyscie wrocic do Polski?

Sporu ze skarbnikiem ciag dalszy

Jak wiecie, mialam spotkanie z dwojka dyrektorow zarzadu. I musze przyznac, ze bylam bardzo mile zaskoczona. Na wstepie przeprosili mnie, ze nie zareagowali, i ze nie powstrzymali tego, co sie stalo. Powiedzieli, ze byli w szoku, ze totalnie ich to zaskoczylo, ze oni sie ucza jak reagowac na takie sytuacje, i przeprosili, ze mnie zawiedli.

Ja im powiedzialam, ze takie zachowanie jest nie do zaakceptowania (ze strony skarbnika, a nie zarzadu), ze nie ma prawa na mnie krzyczec, ze czulam sie, ze krytykuje moja prace, do czego nie ma podstaw, bo sie nie zainteresowal nigdy co i w jaki sposob robie, ze urazilo mnie to, bo swoja prace wykonuje bardzo dokladnie i jestem z tego dumna, ze nawet jesli nie krytykowal, to powinien sie w inny sposob wyrazic, a nie zaczac na mnie krzyczec, powiedzialam im tez, ze zarowno ja, jak i CEO czujemy, ze on sie nad nami wywyzsza, ze uwaza, ze jest lepszy, ze on chce nam mowic, ze mamy skakac, a my tylko powinnysmy zapytac, jak wysoko, zanim skoczymy. Powiedzialam rowniez, ze to jest jego obowiazek przygotowywanie raportow dla zarzadu, a on tego nie robi, i ja wraz z CEO spedzamy dlugie godziny probujac to zrozumiec i cos przygotowac, chociaz nie mamy wyksztalcenia finansowego, a jego rola konczy sie na krytyce wszystkiego, co zrobimy.

V i N (czlonkowie zarzadu, Chairs) powiedzieli, ze jego zachowanie nie bedzie akceptowane, ze to pracownicy ‘niosa’ organizacje, a zarzad jest od wspierania, ze dobro pracownikow zawsze bedzie na pierwszm miejscu, i ze jesli skarbnik tego nie bedzie potrafil zrozumiec, lub nie bedzie sie umial dostosowac, to wtedy bedzie musial odejsc. I jeszcze raz mnie przeprosili.

WOW.

Takiej reakcji sie nie spodziewalam!

Dzisiaj beda miec spotkanie ze skarbnikiem w tej sprawie. Napisze Wam, jak sie cokolwiek dowiem.

N, nasza CEO, podejrzewa, ze byc moze po tej rozmowie on odejdzie. Bo nie za bardzo ma dla nas czas i tak i tak, a poza tym nie spodoba mu sie to, ze ktos sie na niego poskarzyl. Co byloby najlepszym rozwiazaniem chyba. N powiedziala, ze chociaz bedziemy musieli poszukac nowego skarbnika, to jestesmy teraz (ja i ona) w dobrej pozycji, rozumiemy nasze finanse, wiemy, jak przygotowywac te raporty finansowe dla zarzadu, wiemy, jak czytac finanse organizacji.

Dziekuje Wam wszystkim za wsparcie i slowa otuchy, duzo mi pomogly podczas rozmowy!

20 lat Olzusow

Kiedy to minelo!!! Dzisiaj jest 20 rocznica Olzusow, kiedys znanych jako Mazusy… Wiem, ze calkiem sporo z Was jest ze mna od samego poczatku. Szmat zycia, i tyle sie wydarzylo…

Zaczelo sie tak:

Pokrotce moze opowiem, o co chodzi.
Trzy tygodnie temu powiedziano nam, ze jedziemy do Kataru, na Srodkowym Wschodzie. Powiedziano nam rowniez, ze jedziemy juz teraz. Zatem Matt, moj maz, wyjezdza juz w ta niedziele. My (tzn. ja i nasza corka, Zuzia) zostajemy w Warszawie do polowy sierpnia.
Tyle jest rzeczy do zrobienia przed wyjazdem, ze az mnie to przeraza. Ale miejmy nadzieje, ze sobie poradzimy.
Jak do tej pory udalo mi sie rzucic prace, co wcale nie bylo takie latwe. Ja bardzo lubie swoja prace, bardzo lubie swojego szefa (chyba z wzajemnoscia…), wiec bylo to traumatyczne przezycie.
Miejmy nadzieje, ze uda mi sie pracowac zdalnie przez Internet z Kataru, bo inaczej z nudow tam umre….

A potem to juz bylo drugie dziecko, rozwod, przeprowadzka do innego kraju, podroze, choroby i szczescia, zmartwienia i radosci.

Czytacie mnie z kilku krajow:

Nie ma latwego sposobu aby znalezc statystyki od poczatku bloga, poza tym poczatkowo blog byl na Blox, pozniej jak blox sie zamknal, przenioslam go do WordPress.

Prawie 1800 postow, i niemalze 400 tysiecy slow mi sie napisalo…

Taki szmat zycia jestesmy juz razem, az sie wierzyc nie chce….

Skoro to taka piekna, wielka rocznica, to proponuje konkurs – ktory wpis z calego bloga chcialabys/chcialbys wyroznic? Ktory wpis byl dla Ciebie byl najfajniejszy, lub najsmieszniejszy, lub najsmutniejszy, lub taki, ktory najbardziej zapadl Ci w pamiec? Napisz z krotkim uzasadnieniem dlaczego. A z osob, ktore napisza, przypadkowo wylosuje jedna osobe i przesle jej karte podarunkowa z Amazon na 25 zlotych.

Zagubione komentarze

Zajrzalam dzisiaj na panel bloga, zazwyczaj po prostu klikam ‘pisz’ i pisze, ale dzisiaj zajrzalam na panel, i odkrylam, ze mam komentarze, ktore oczekuja na zatwierdzenie! Niektore z 2021 roku!

Bardzo Was przepraszam, nie ignorowalam ich, tylko po prostu nie wiedzialam, ze one tam sa, bo nie dostalam maila ani zadnego innego powiadomienia.

Odpisalam na nie, wiec nie zdziwcie sie, jesli dostaniecie odpowiedz na komentarz, ktory zostawiliscie trzy lata temu!

A tymczasem zyczcie mi powodzenia na dzisiejszym spotkaniu o 16, zaczelam robic liste argumentow, ktore przedstawie zarzadowi!

Popstrzykalam sie

Popstrzykalam sie z naszym skarbnikiem.

Pracuje w swojej organizacji juz od 11 lat. Zaliczylam 3 CEO, i powoli wspinalam sie do pozycji, na ktorej teraz jestem. Jedna z moich rol (bo mam ich trzy) sa finanse. Jestem bardzo dumna z tego, jak pracuje, i jak opiekuje sie finansami organizacji.

Nasz skarbnik, wolontariusz i czlonek zarzadu (wszyscy czlonkowie zarzadu sa wolontariuszami) pochodzi z Pakistanu. Podejrzewam, ze z powodu kultury, wydaje mu sie, ze jest ponad nami (mowie tutaj o mnie i o naszej CEO), ze jest wazniejszy, i ze to, co on powie, to tak ma byc.

N (nasza CEO) nigdy mu sie nie sprzeciwia, i zazwyczaj robi to, co on powie. Ja z kolei, mam odwage sie mu postawic, i jesli cos mi sie nie podoba, to to mowie. Co z kolei jemu sie nie podoba.

W piatek mielismy spotkanie, N, skarbnik, oraz dwoch przewodniczacych zarzadu. W pewnym momencie skarbnik zasugerowal, ze nalezy sprawdzac transakcje finansowe, aby upewnic sie, ze zadne szachrajstwa sie nie dzieje. Oczywiscie, trzeba, ja sie z tym zgadzam. Ale sposob, w jaki on to powiedzial, uderzyl bezposrednio we mnie, w moja prace. Poczulam sie tak, jakby krytykowal to, co ja robie. Ciezko to opisac, ale jego sugestia brzmiala jak oskarzenie.

Wiec zaczelam z nim dyskusje. Ze ja swoje obowiazki wykonuje solidnie, ze wszystko jest sprawdzane i udokumentowane. Nawet nie wiem jak, ale w pewnym momencie on zaczal na mnie krzyczec, uzywac tonu i jezyka, ktorego nikt nie powinien uzywac w miejscu pracy. Powiedzial mi, abym mu nie przerywala, jak on mowi (zamknelam sie), ale jak ja mowilam, on mi nie dal dojsc do glosu, i krzyczal nade mna, na przyklad.

Po spotkaniu N zadzwonila do mnie, zapytala, czy jestem ok. Nie bylam. Plakalam. Pierwszy raz (drugi, ale pierwszy tez byl przez niego)plakalam przez prace. Nikt nigdy mnie tak nie potraktowal, jestem dosyc gruboskorna. Ale plakalam.

Caly weekend myslalam nad tym, co zaszlo. Czy moze ja bylam zbyt ‘polska’, i zbyt duzo i glosno i otwarcie i bezposrednio sie odzywalam? Moze to ja jestem nie w porzadku, a nie on?

Dzisiaj N rozmawiala ze mna, i powiedziala mi, ze jego zachowanie jest nie do zaakceptowania. Ze to, jak sie do mnie odzywal, nie powinno sie nigdy wydarzyc. Ze on uwaza, ze jest lepszy od nas, i ze moze nami rzadzic. Zapytala, co chce zrobic. Czy my obydwie bedziemy w jakis sposob starac sie go utrzymywac w ryzach, czy tez chce zlozyc skarge do przewodniczacych zarzadu. Poniewaz do tej pory nie udalo sie nam (mi i N) zapanowac nad skarbnikiem, powiedzialam, ze chce zlozyc skarge.

N porozmawiala z zarzadem, i jutro mam z nimi spotkanie na ten temat. Chca wysluchac, co mam do powiedzenia. Pozniej spotkaja sie tez ze skarbnikiem, aby wysluchac jego strony.

Chyba otworzylam puszke Pandory.

Do jutra musze zdecydowac, jaki mam plan dzialania. Podobno jesli zloze pisemna skarge, to bedzie sie to wiazalo z ogromem pracy i procedur (domyslam sie). Skarbnik jest osoba zlosliwa, pamietna, wiem, ze bede miala teraz przechlapane z nim.

Myslalam, ze moge poprosic o przeprosiny z jego strony, wiem, ze dla niego to bedzie wielka kara, zwazywszy na to, jaki jest i z jakiej kultury sie wynosi….

Moze Wy macie jakies pomysly? Jak podejsc do jutrzejszego spotkania?

Bycie niepelnosprawnym

Dolecialysmy do Polski, z 24 godzinnym opoznieniem ale jednak.

Musze bardzo pochwalic pomoc na Heathrow. W drodze do Londynu, oraz w czwartek nie korzystalam z tzw. assistance, myslalam sobie, ze dam rade. Wiec sama ciagnelam walizke i popychalam mamusie na wozku (cala noge mam posiniaczona teraz, bo musialam sobie cialem pomagac, jednak jedna reka wozek inwalidzki pchac nie jest latwo).

Wczoraj jednak skorzystalam z pomocy. Pani przeprowadzila nas przez cale lotnisko, odprawe, bez kolejek, nie musialam sie o nic martwic. Pozniej tuz przed lotem inna pani nas odebrala, i znow, do samolotu samego podwiozla. A w Warszawie juz kolejna pani nas z samolotu odebrala, i pchala wozek az do wypozyczalni samochodow. Wszystkie byly bardzo mile, kulturalne, pomocne niesamowicie. Fajnie zobaczyc, ze osoby niepelnosprawne moga podrozowac, z udogodnieniami, ze usuwa sie ograniczenia dla takich osob.

W Anglii tak na codzien osoby niepelnosprawne ciesza sie sporymi ‘przywilejami’, lub raczej modyfikacjami umozliwiajacymi im normalne zycie. Zjazdy bezkraweznikowe to norma, przed przejsciem na ulice chodnik ma specjalne ‘pofalowania’, ze osoba niewidoma moze poczuc, ze zbliza sie do ulicy, swiatla maja dzwieki ale rowniez takie male cosik, co sie kreci, i jesli ktos jest niewidomy i gluchy, moze dotknac tego dzyndzelka, i wie, kiedy jest zielone swiatlo. Na lotnisku widzialam ‘independent travel’, gdzie osoby na wozku moga sie same odprawic.

Pracuje w firmie ktora walczy o prawa osob niepelnosprawnych, i my bardzo promujemy tzw. social model of disability. Oznacza to, ze osoba niepelnosprawna nie ma ograniczen, i ze to spoleczenstwo stwarza takie ograniczenia. Czyli na przyklad jesli osoba w wozku inwalidzkim chce pojechac do teatru, a tam sa schody, to problemem nie jest wozek, a brak podjazdu. Nie wiem, czy opisalam to zrozumiale. W Polsce wydaje mi sie, ze jednak droga jest jeszcze bardzo daleka, ale mam nadzieje, ze to sie zmienia, nawet jesli powolutku.