Kolezanka z pracy odchodzila wczoraj na emeryture. Kanapeczki, ciasteczka, herbatka…. przed odejsciem chciala sie jeszcz przysluzyc, i postanowila, ze pozbedzie sie faksu, ktorego nikt nigdy nie uzywa. Od lat. Mlodziez dzisiaj to chyba juz nie wie, co to w ogole faks jest….
Faks jest w malym biurze, ktore przylega do biura glownego. Slysze w pewnym momencie bang, bang, wali cos w sciane.
– Nie stresujesz sie az tak bardzo, ze glowa w sciane walisz? pytam zartobliwie.
– Nieee, tylko kabel od faksu odrywam (kabel byl przypiety metalowymi zszywkami do sciany).
Po 10 minutach nagle nie ma internetu. Pytam, czy czasem nie odlaczyla.
Kolezanka nagle zrobila sie biala jak sciana.
– O Jezu, o Jezu, o Jezu, o Jezu – zaczela jeczec…
Patrze na kolezanke, a ona w jednej dloni trzyma kabel i rozlacznik telefoniczny. W drugiej nozczki.
Po dluzszym dochodzeniu, i po tym, jak juz sie uspokoila na tyle, ze mogla mowic, udalo mi sie z niej wydobyc, ze zaczynajac od faksu ciagnela kablel, idacy po scianie, az doszla do rozlacznika, do ktorego faks byl wpiety. Kabel za rozlacznikiem sie dalej gdzies ciagnal. A ze kolezanka nie mogla odlaczyc kabla od faksu, a dalej za rozlacznik sie dostac nie mogla, bo staly tam szafki z dokumentami, to zlapala za nozyczki, i ciach, ciach, kabel odciela….
Pozbawiajac tym samym calego biura internetu. I odlaczajac serwer….
Oczywiscie o pracy juz mowy nie bylo – niesamowite jak dzisiejsze biura silnie polegaja na internecie, bez internetu nie mozna zrobic juz nic!
Wiec wypilysmy herbatke, zjadlysmy kanapeczki i ciasteczka, a kolezanka na emeryture odeszla w wielkim stylu – tego dnia na pewno nikt szybko nie zapomni…
A my w biurze zadzwonilysmy do naszej firmy IT, ktora bedzie musiala szkody naprawic… Kolezanka zaoferowala, ze zaplaci za szkody wyrzadzone, ale szefowa wszystko przyjela z lekkim sercem, stwierdzajac:
– Shit happens…





















































