Ubud, Bali

Na pobyt w Bali wybralam Ubud. Z kilku powodow. Na Bali bylam juz, i oblatalam wszystkie turystyczne atrakcje. Ubud pamietalam bardzo dobrze. W Bali bylismy tylko jeden pelny dzien. No i Ubud byl w polowie drogi pomiedzy lotniskiem a portem. Zatem Ubud.

Po wyladowaniu na Bali zaladowalam aplikacje, cos w stylu Uber, sa dwie, Gojek i Grab. Ceny maja bardzo podobne, ale Gojek chyba jest lepszy, bo ma wiecej lokalizacji i szybciej samochod przyjezdza. Wiec zamowilam Gojek do Ubud. Cena: 350,000 , czyli okolo 18 funtow. Pomimo, ze to tylko 36 kilometrow, jechalismy 2 godziny – korki sa okropne. Turyzm w Bali potroil sie podobno po Covid.

Nasz hotel okazal sie przecudowna oaza spokoju, a tereny hotelu wygladaja jak dzungla…. 

Poszlismy na lunch, zjadlam zupe rybna i popilam piwem, oraz napojem Jamu – tradycyjny drink z imbirem, kurkuma oraz cytryna. Chyba zaczne sobie taki w domu robic codziennie rano. Mozna go pic na zimno i na goraco.

 Polazilismy troche bo glownej ulicy Ubud, znajduja sie na niej sklepy, restauracje, oraz salony masazu. Zobaczylismy rowniez palac w Ubud.

Wieczorem wybralam sie na tradycyjny balijski masaz, ktory kosztowal 143,000 rupii, czyli nieco ponad 7 funtow za godzine! A to  bylo drogo, bo mozna masaz za 100,000 rupii, czyli niecale piec funtow. Najpierw umyly mi stopy w wodzie, w ktorej plywaly rozne kwiaty, a pozniej zaprowadzily mnie do pokoju z przyciemnionym swiatlem i lagodna muzyka, gdzie odbyl sie masaz. 

Nasz hotel znajdowal sie tuz obok Monkey Forrest, parku, w ktorym zyja setki malp. Pani w recepcji ostrzegla nas, aby nie zostawiac zadnych rzeczy wartosciowych na zewnatrz, bo malpy przychodza do pokoju. Niestety, nie posluchalismy jej… rano obudzilam sie, i na tarasie bylo pobojowisko! Stol przewrocony, popielniczka na podlodze, pety dookola, telefon na podlodze, resztki jedzenia (wzielismy na wynos) porozwalane po tarasie a pudelka porozdzierane. Na podlodze lezal jakis staniczek, ktory do mnie nie nalezal, recznik, ktory do suszenia sie lezal na daszku ponizej, moja sukenka oraz bluza, ktore tez sie suszyly, zniknely. Sukienka znalazla sie pozniej na schodach, ale bluza przepadla, nie ma jej nigdzie…. 

Na tarasie malpy urzadzaly sobie uczte, oraz bawily sie w berka. Sa bardzo zuchwale, jedna podchodzila do mnie szczerzac zeby, az musialam uciec do pokoju.

Poszlam pozniej na sniadanie, w pewnym momencie pagoda, pod ktora siedzialam i pilam herbate zaczela sie cala trzasc. Ziemia tez sie trzesla. Myslalam, ze to znowu malpy wariuja na dachu, myslalam sobie ilez toto ma sily, aby takie trzesienie pagody wywolac, ale biegnie do mnie pracownik krzyczac: madame, emergency, emergency! Zlapalam telefon i tableta, i wyszlam spod pagody, myslac, ze moze cos z konstrukcja i sie zaraz zawali. Okazalo sie, ze wlasnie doswiadczylam pierwszego w swoim zyciu trzesienia ziemi! 7 wrzesnia, o godzinie 9:51, w skali 4.9!! 

Drugi dzien w Ubud byl nieco leniwy, rano poszlismy na ‚art market’ – czyli po prostu rynek ze straganami pelnymi pamiatek, koszulek, magnesow i otwieraczy do butelek w ksztalcie penisa. 

Pozniej byl masaz, 90 minut kosztowalo 250 tysiecy rupii, czyli nieco ponad 12 funtow. To byl masaz z goracymi kamieniami. Super!

Wieczorem poszlismy na obiad, w internecie ktos polecal restauracje Laka Leke, wiec tam sie wybralismy. Bardzo sie ciesze, bo pomimo ze musielismy isc do niej 30 minut, to zdecydowanie bylo warto! Restauracja znajduje sie wsrod przecudownych ogrodow, stoliki sa poustawiane wsrod zieleni, mozna siedziec albo przy tradycyjnym stoliku, lub przy niskim, na poduszkach na podlodze. Jedzenie jest znakomite, ceny przystepne, i obsluga bardzo mila. Zamowilismy chrupiaca kaczke, sajgonki, zupe tom yum z krewetkami, oraz przystawke – 2 nadziewane tofu, 2 sajgonki, 2 szaszlyki z kurczaka, oraz butelke wina rose. Obiad kosztowal nas 665,000, czyli 33 funty na dwie osoby. 

Kolega, z ktorym podrozuje, zostawil w restauracji swoj kapelusz, taki, z ktorym podrozuje po swiecie, i na ktorym ma przypinki z flagami krajow, ktore odwiedzil. Tuz przy hotelu zorientowal sie, ze nie ma kapelusza, i juz mielismy wracac (kolejne 30 minut w kazda strone), a tu nagle podjezdza na motocyklu pracownik restauracji, machajac do nas kapeluszem kolegi!!! Jak sie zorientowali, ze zostawilismy kapelusz, wyslali ;pracownika na motocyklu, aby nas znalazl i oddal kapelusz! Niesamowite!

Nastepnego dnia rano mielismy zamowiona taksowke, ktora zabrala nas do portu Penang Bai (350,000, 18 funtow). Pomimo malej odleglosci, podroz zajela 2 godziny – slynne balijskie korki! W porcie odprawilismy sie, i czekalismy na nasza lodz, ktora zawiezie nas do Lombok. Wybralam szybka lodz, pomomo, ze byla drozsza od wolnej lodzi, z dwoch powodow, po pierwsze czas podrozy to 2.5 godziny, a nie 5 lub 6 godzin na wolnej lodzi, po drugie szybka lodz przyplywa do portu Senggigi, w Lombok, a ten port jest lepiej usytuowany w stosunku do moich planow w Lombok. 

Lodz okazala sie dyskoteka na oceanie, siedzialam sobie na dworzu, z glosnika walila letnia muzyczka (Coco Jumbo i Modern Talking), ludzie popijali piwko (ocywiscie cena na lodzi wywindowana na maksa, 300 procent amarzy), jacys mlodociani z Walii wrecz tanczyli sobie! 🙂 

Lodz dojechala do portu, i jestesmy w Lombok!

Liveaboard, czyli podwodne safari

2/9 – pierwszy dzien na lodzi. Rano stawilismy sie w centrum nurkowym, wsadzili nas do minivana, odebralismy jeszcze kilkoro ludzi, i odstawiono nas do portu. Nie bylo kolejek, wiec w ciagu kilku minut doslownie bylismy na naszej lodzi, ktora nazywa sie Cajoma IV. Myslalam, ze kajuta bedzie maciupenka, ale wcale nie byla az taka mala (aczkolwiek powiedzmy przytulna). Na dole na dole byly trzy kajuty (w tym nasza), pozniej na glownym poziomie byla kuchnia, jadalnia oraz miejsce gdzie sie przygotowywalismy do nurkowania. Tutaj staly tez butle z powietrzem i caly sprzet potrzebny do nurkowania. Jeszcze jedno pietro wyzej byl, nazwijmy to, taras, miejsce z lezakami, gdzie mozna sie bylo zrelaksowac pomiedzy nurkami. Mielismy nawet jacuzzi! 

Na lodzi spedzimy kolejne 3 noce i 4 dni. Kazdego dnia mamy trzy nurki.

Nie bede Was zanudzala opowiesciami o swoich nurkowaniach, ale pierwszego dnia nurki mialam okropne! Pierwszy od razu z mety byl z bardzo silnymi pradami…. Zwazywszy, ze ciezar mialam bardzo zle dobrany, caly czas po prostu skupialam sie na tym, aby przezyc (nie doslownie, ale prawie). Nie widzialam nic, i nie mialam z tego zadnej przyjemnosci.

Dopiero pozniej, jak w koncu mialam odpowiednio ciezar dobrany, nurkowanie znow bylo przyjemnoscia.. troche winie za to przewodniczke, nalegala ze mam miec 5kg ciezaru, podczas gdy ja jej mowilam, ze potrzebuje 8. W koncu po kilku nurkach doszlismy do 8… mowilam jej. No ale to byj jej pierwszy rejs, dopiero zdobyla tytul ‚Master diver’, wiec nie bede sie czepiala.

4/09/2024 – Z samego rana mielismy dwa nurki w miejscu, gdzie jest bardzo duzo mant (manta ray, zwane diablami morskimi). Sa to przepiekne stworzenia, olbrzymie, i takie majestatyczne! Wiedzielismy ich bardzo duzo, pierwszy raz widzialam tyle mant, w pewnym momencie 5 z nich plywalo sobie obok nas! Szkoda, ze widocznosc byla kiepska, bo widea, ktore nagralam dupy nie urywaja. Ale w naturze bylo przecudownie. Jesli bede miala jakies zdjecia z go pro, to wstawie tutaj, abyscie mogli zobaczyc.

Pozniej pojechalismy zobaczyc Pink Beach – plaza z rozowym piaskiem. Piasek jest rozowy poniewaz koralowce ‚gubia skore’, kawalki koralowcow sie odrywaja, i zabarwiaja piasek na rozowy kolor.

Nie mielismy duzo czasu, bo w planie byly jeszcze warany z Komodo. Komodo to wyspa, ktora znajduje sie w archipelagu Flores.

Doplynelisy do Komodo, gdzie przywital nas przewodnik. Zabral nas na godzinny spacer – najpierw przez wioske, gdzie ludzie zyja swoim zyciem, widzielismy szkole, w ktorej dzieci uczyly sie Koranu, cmentarz, gdzie na grobach kozy sobie odpoczywaly i chronily sie przed goracym sloncem, szkole podstawowa, ktora byla na przeciwko cmentarza. Kobiety robiace pranie, dzieci bawiace sie z kotami, i kury leniwie drapiace w suchym piasku. Przed wieloma domami wystawione stoly z pamiatkami z komodo, glownie warany rzezbione w drewnie, oraz miseczki, nie jestem pewna z czego. Oraz bransoletki z koralikow. 

Pozniej doszlismy do terenow, gdzie byl sam piach, oraz gdzieniegdzie drzewa. I pod tymi drzewami wlasnie warany z komodo chronia sie przed upalem.

Warany wystepuja tylko na Komodo i na pobliskiej wyspie Rinca. Chyba tez na wyspie Flores. Sa to olbrzymie jaszczury, ktore osiagaja 3 metry i waza do 150 kilogramow. Przewodnik powiedzial nam, ze jest tylko 1500 waranow na wyspach. Jest to gatunek ginacy, niestety. Ciaza u nich trwa 5 miesiecy, samica znosi do 20 jaj. Niestety, potem zjada wiekszosc swoich nowo wyklutych dzieci….

Widzielismy calkiem sporo waranow, siedzialy zupelnie nami nie zainteresowane. Przewodnik porobil nam zdjecia (ktore wyszly beznadziejne, bo warany sie wtapialy w cien rzucany przez drzewa…).

Wieczorem wybralismy sie na spacer aby zobaczyc zachod slonca z wyspy Padar – trzeciej (po Komodo i Rinca) najwiekszej wyspie w parku narodowym Komodo.

Najwieksza chyba atrakcja na tej wyspie jest spacer na szczyt wyspy – 800 ‘schodow’ (kamieni raczej), bardzo stromych. Wspinaczka zajmuje przecietnie 30 minut, 20 jak ktos jest super wysportowany. Na szczyt dotarlam totalnie spocona, zasapana, i z drzacymi nogami, ale bylo warto! Duzo widzialam juz, ale tak przepieknego widoku nie widzialam chyba nigdy! Slowa tego nie opisza, wiec popatrzcie tylko na zdjecia!

To byla nasza ostatnia noc na lodzi, wiec przygotowali nam specjalny posilek na tarasie, grillowana kalamarnica, ryba z rodzin tunczykowatych, szaszlyki z wolowiny, kurczaka, krewetek, zupa z dyni z imbirem, caly stol zastawiony przepysznym jedzeniem. A po kolacji rozlozylismy sie na lezakach, i podczas gdy lodz plynela przez wody morskie (morze Flores, ktore jest polaczone z oceanem Indyjskim) obserwowalismy gwiazdy… Magiczny dzien!

A skoro juz o jedzeniu mowa, to wspomne, jak nas karmili na lodzi. Codziennie byly sniadania, obiad, i kolacja, oraz dwie przekaski pomiedzy posilkami. Do wyboru zawsze byly jakies warzywa, salatka, tofu i tempe w sosie, smazona ryba, kurczak, zawsze byla jakas zupa (kazda przepyszna), makaron, ryz lub ziemniaki (smazone, frytki, gotowane i tluczone z czosnkiem), oraz owoce. Przeslodkie, bardziej znane takie jak arbuz, papaja czy ananas, oraz mniej znane takie jak dragon fruit, snake fruit.

5/9/24, czwartek.

Dzisiaj jest ostatni dzien. Myslalam, ze zrobie tylko dwa nurkowania, bo jutro lecimy na Bali, a trzeba miec okreslona ilosc czasu pomiedzy nurkowaniem a lotem w samolocie, ale ‘dive master’ powiedziala, ze spokojnie mozemy nurkowac trzy razy.

To byly  nurkowania w calym pobycie!! Pierwszy nurek byl latwy i przyjemny, mialy byc prady, ale nie bylo. Drugi i trzeci, o moj Boze! Obydwa byly nieco inne, poniewaz ze wzgledu na prady przypielismy sie do kamieni hakami, i stalismy w jednym miejscu obserwujac zycie podwodne dookola. W pewnym momencie widzielismy SZESC white spot rekinow, ktore plywaly sobe w ta i z powrotem, tuz obok nas! Niesamowite! Widzielismy tez olbrzymie lawice ryb,  morze ryb, ze sie tak wyraze! 

Ale niestety, czas na lodzi sie skonczyl, i trzeba bylo sie zbierac… jedna noc w Labuan Bajo, a rano lot na Bali! Zegnaj, Cajoma IV!

Witamy w Indonezji!

W Indonezji wyladowalismy 31/8, w Jakarcie. Zatrzymalismy sie w hotelu tuz przy lotnisku, poniewaz na drugi dzien rano mielismy lot do naszego miejsca docelowego – Labuan Bajo. –

Labuan Bajo jest malym miasteczkiem na wyspie Flores, w ktorym nie za wiele sie dzieje. Na kazdym kroku za to znajduja sie budki oferujace jednodniowe, dwu lub trzydniowe wycieczki do Parku Narodowego Komodo, z obowiazkowa wizyta na wyspie Komodo lub Rinca aby zobaczyc slynne warany z Komodo.

Widok z naszego pokoju hotelowego.

Zatrzymalismy sie na lunch, zjadlam tumis bunga pepaya, czyli gotowane liscie manioka z kwiatami papai oraz suszonymi krewetkami.

O godzinie trzeciej Labuan Baja byl spiacym miasteczkiem, z pustymi ulicami. Dopiero po zmierzchu zrobilo sie nieco zwawiej. Ludzie wyszli na ulice, sklepy sie pootwieraly, ulice zapelnily sie motocyklami.

Wybralismy sie obejrzec zachod slonca nad morzem, a po spacerze zrobilismy sobie przerwe na zimne piwo. Komary prawie nas zjadly!

Po piwie poszlismy na spacer glowna ulica, az do nocnego rynku rybnego. Stragany ze swiezo dzisiaj zlowionymi rybami ustawione wzdluz ulicy, a sprzedawcy przyrzadzaja rybe w taki sposob, w jaki sobie klient zazyczy. Nie tylko ryby byly dostepne, rowiez krewetki, raki, homary, osmiornice… wszystko, co zostalo z morza tego dnia wylowione.

My zamowilismy sobie rybe, ktora sprzedawca nazwal: ‚jak napoleon’, oraz olbrzymia krewetke – krewetki te trzymane sa w plastikowych butelkach, gdy zapytalam, dlaczego, powiedziano mi, ze dlatego, bo maja szczypce i szczypia. Sprzedawca obrobil rybe na drewnianym klocu, polozonym na podlodze, i upiekla ja na grillu z jakims slodkawym sosem. Krewetka byla usmazona w panierce. Do tego podano nam salatke, i ryz. Moim zdaniem bylo wysmienite!

A rano nastepnego dnia stawiamy sie w centrum nurkowym, i zaczyna sie nasza przygoda na lodzi!