A wiecie, jaka istota na swiecie jest najsilniejsza, a jednoczesnie najslabsza?
Matka.
Matki sa silne. Nosza na grzbiecie swoje ciezary, i ciezary swoich dzieci. Matka jest zazwyczaj tylko tyle szczesliwa, ile jej najbardziej nieszczesliwe dziecko.
Ale matki rowniez sa bardzo slabe, jesli chodzi o ich dzieci, i najlepszym tego przykladem jestem teraz ja. Zlamalam sie, i w ostatnim momencie zaproponowalam Oli, aby wrocila do domu jednak. Nie moglam zniesc mysli, ze nie bedzie jej tutaj, ze mna. Nie moglam patrzec, jak bardzo byla nieszczesliwa wiedzac, ze bedzie musiala zostawic swoja szkole, wszystkich swoich znajomych, swoje cale pietnastolentie zycie.
Ola obiecala, ze po pierwsze, bedzie mnie traktowala z szacunkiem, a po drugie bedzie ze mna o wszystkim szczerze rozmawiala. Bo o te dwie rzeczy tylko poprosilam.
O durna ty matko, durna ty kobieto!
Ola wrocila do domu, i cyrk sie zaczal od razu, tak samo jak przedtem, o ile nie gorzej. To dziecko potrafi dac popalic, trzeba jej to przyznac. Juz po kilku dniach wielka racje przyznawalam tym wszystkim, ktorzy mowili, ze to bedzie najlepsze rowzwiazanie, jesli Ola pojedzie mieszkac z ojcem. Po tygodniu moja depresja osiagnela nowe szczyty.
Ale pewnego dnia Ola zgodzila sie isc na terapie rodzinna. Zdziwilo mnie to bardzo, bo proponowalam jej wiele razy, i zawsze slyszalam kategoryczne NIE. Wiec nie marnujac czasu natychmiast poszukalam terapeutki, ktora wydawala sie idealna, bo i mila buzie na zdjeciu miala, i zajmuje sie dziecmi wlasnie z takimi problemami, z jakimi zmagamy sie my. Umowilam wizyte, i poszlysmy.
Kobieta zaimponowala Oli spodniami (z Urban Outfitters, tzw. lifestyle retailer, ktory kojarzy sie z mlodymi mentalnie ludzmi, i “inspiruje klientow poprzez polaczenie unikalnych produktow, kreatywnosci i zrozumienia kulturowego”). Poza tym wiecej sluchala, niz mowila, i absolutnie nie przyjmowala zadnej strony – nie probowala Oli na sile pokazac, ze jej zachowanie nie jest ok. Bardziej na zasadzie: czyli jak mama robi to, to ty sie czujesz tak?
Wiec Ola zachwycona terapeutka, i sesja okazala sie bardzo owocna dla nas obu. Glownie dlatego, ze Ola sluchala tego, co mam do powiedzenia (w domu nigdy nie slucha, wychodzi z pokoju i nie chce rozmawiac w ogole), i sama tez sie otworzyla.
Ola zauwazyla, ze jej mama nie jest potworem, ktory tylko chce jej zmarnowac zycie. Ze mama sie stara. Byla w szoku, gdy dowiedziala sie, ze bardzo duzo czytam na temat autyzmu i ze rzeczy, ktorych sie ucze, wlaczam w zycie. Ja bylam w szoku, ze tego nie wie, ale tak naprawde skad miala wiedziec, jesli jej tego nigdy nie powiedzialam?
Ja z kolei dowiedzialam sie, ze Ola jest na mnie wsciekla caly czas i bez powodu bo tak jest jej latwiej. Ze gdy nie jest na mnie zla, to musi sobie radzic z cala tecza roznych emocji, wiec latwiej jej po prostu byc na mnie zla i koniec.
Umowilysmy sie na nastepna sesje za dwa tygodnie (Ola chciala). I jak do tej pory, odpukac w niemalowane, minelo 8 dni, i zycie znow jest fajne… Ola sie stara, i chociaz czasami mamy ‘maly deszczyk’ to nie przeradza sie on w burze z piorunami i niszczace tornado…
Ja wiem, ze to tylko poczatek, i ze nie jest to ‘i zyli dlugo i szczesliwie’. Ale to jest dobry poczatek. Trzymajcie kciuki!