Zuzia wrocila z uniwersytetu do domu. Zanim przyjechala, lodowke zapelnilam polskim jedzeniem, kielbasy, sery, salatki, sledzie, wszystko, co bylo w polskim sklepie.
Bo, jak to mowia dzieci, jak jest swiezo upieczony chleb i lodowka pelna polskiego jedzenia, to znaczy ze jestesmy w domu.
Ty tego nie rozumiesz, mowia do mnie, bo ty tak mialas na codzien, a dla nas lodowka z polska kielbasa oznacza, ze jestesmy w domu.
Wiec na powitanie dziecka zapelnilam ta lodowke.
Zuzia szykuje sobie sniadanie, radosnie spiewajac, podtyka mi pod nos poska musztarde (hmmmm, Polska, wachaj! mowi), wyciaga parowki….
Liczy je skrupulatnie, i pyta:
– Czy ty zjadlas pol parowki?
Ja na to, ze tak, a bo co? Jedz ile chcesz i nie licz.
– Nie moge, bo mnie Ola zabije, mowi Zuzia.
– Wiesz, my juz tak nie wyliczamy wszystkiego w domu – mowie do Zuzi, nawiazujac do tego, jak moje dzieci (jak to kazde rodzenstwo) skrupulatnie wszystko na pol dziela, ciasto z linijka przekrawaja, aby kazdy dostal taki sam kawalek, groszki na sztuki licza….
Na co Zuzia do mnie mowi tak:
– Bo Ty zresz co chcesz, a Ola musi z tym zyc! 😀 😀
