Ksiazki czytane, czyli o uchodzcach i o sprzedazy organow

Kazdy kij ma dwa konce, nieprawdaz… kazda sytuacja ma dwie strony…

Jadac do Liverpool z dziewczynkami wpadlam na genialny pomysl, i sciagnelam sobie audiobooka, czyli ksiazke czytana. Nigdy mnie to nie interesowalo, bo jestem wzrokowcem, i lubie widziec, a jak slysze, to do mnie nie dociera (nie, nie jestem nastolatkiem, ani mezczyzna 😛 ). Ale 10 godzin jazdy samochodem (5 w kazda strone) pomyslalam sobie, sprobuje. Sciagnelam sobie The Dutch House (Holenderski dom), i tak mnie to wciagnelo, ze sciagnelam sobie rowniez inna ksiazke, The beekeeper of Aleppo (Pszczelarz z Aleppo).

Obie ksiazki doskonale, i napisze o nich, kiedys pisalam tu recenzje ksiazek przeczytanych, pozniej przestalam…

Dzisiaj nie recenzja, ale cos, co mi dalo duzo do myslenia.

Pszczelarz z Aleppo (moje tlumaczenie tytulu) jest fantastyczna ksiazka o uchodzcu z Syrii, i jego podrozy do Anglii…. Ksiazka dala mi wiele do myslenia. Przyznaje, zawsze krzywo patrzylam na uchodzcow, na te ich nielegalne podroze, lodziami, ciezarowkami, ich proby dostania sie do Europy… Zjezdzaja tutaj chmarami, i oczekuja Bog wie co…

Po wysluchaniu tej ksiazki troche mi sie zmienilo. Ksiazka jest opowiescia o pszczelarzu z Aleppo, w Syrii, ktory stracil syna, i ktory, ratujac zycie swoje, i swojej zony, probuje dostac sie do Anglii. Opisuje swoja podroz, ktora kosztuje go oszczednosci calego zycia, zdrowie psychiczne i fizyczne, i ktora trwa wiele, wiele miesiecy!

Historia jest opowiedziana z jego punktu widzenia. Pozwolila mi dostrzec, ze to rowniez sa ludzie, co wiecej, ludzie, ktorzy przezyli o wiele wiecej ode mnie i od przecietnego Europejczyka, ludzie, ktorych los doswiadczyl o wiele ciezej niz nas. Ludzie, ktorzy sa pozbawieni szans, ktore my mamy, i po prostu probuja nawet nie polepszyc sobie zycie, ale w ogole uzyskac szanse na PRZEZYCIE…

Pozniej, zupelnie przypadkowo, ogladala program o przeszczepie organow.

Program byl o tym, jak to wlasnie takich uchodzcow, ktorzy nie maja pracy, ani mozliwosci pracy, poniewaz nie maja legalnych praw, nie maja rowniez pieniedzy, zwabiaja ‘zniwiarze organow’, placa im $4000 lub $5000 za nerke. Czesto ich oszukuja, ze organ odrosnie… Czesto uchodzcow po prostu porywaja, i zabijaja ich dla organow. Lub kradna im watrobe, lub nerke… Kradna dzieci, ktorym pobieraja organy na sprzedaz…

Ogladam, i mysle, Boze, co za okropienstwo… straszne to jest….

A potem naszla mnie mysl…

Jesli moje dziecko potrzebowaloby nerki, i nie byloby dawcy…

Czy kupilabym nerke na czarnym rynku?

Czy uratowalabym zycie swojego dziecka, wiedzac, ze kupuje organ ukradniety od kogos, lub kupiony od kogos, kogo zycie stoi na ostrzu noza?

Odpowiedz jest tak, kupilabym, najprawdopodobniej… Pewnie to sprawia, ze jestem okropnym czlowiekiem… lub moze po prostu jestem matka? nie wiem.

Kazdy kij ma dwa konce…

Wyfrunal ptaszek z gniazdka…

I pojechala, w swiat daleki, w swiat szeroki…

W piatek rano spakowalysmy wszystkie te bambetle, kilka toreb z garnkami, talerzami, ubraniami i jedzeniem, kilka poduszek i kocyk, ulubiona maskotke z dziecinstwa, caly dorobek jej osiemnastoletniego zycia….

Zebralysmy te manele do kupy, wpakowalysmy do samochodu… pozniej wcisnelysmy do samochodu Ole, i Freksia… na koncu ja, za kierownica, oraz Zuzia, obok.

I wyruszylysmy w pieciogodzinna podroz na polnoc.

Do Liverpool…

Bo tam wlasnie bedzie mi dziecko zylo, szalalo, i studiowalo przez kolejnych kilka lat.

Po drodze zahaczylysmy o Manczester, tam studiuje chlopak Zuzi, nie widzieli sie od tygodnia, wiec trzeba bylo podjechac, aby golabki mogly sobie pogruchac…

Do Liverpool dojechalysmy poznym popoludniem, i wybralysmy sie na spacer po miescie. Jest to cudowne miejsce, i musze przyznac, zaskoczylo mnie bardzo pozytywnie. Piekne, duzo cudnych budynkow, glownie cegla, miejscami industrialne, miejscami nastrojowe… Mnostwo sklepow, pubow, barow, muzeum, kino, teatr…

Zuzia zachwycona spiewala sobie piosenke z musical Annie, “I think I’m gonna like it, I think I’m gonna like it, I think I’m gonna like it here…”

Rano w sobote wstalysmy wczesnie, i pojechalysmy do akademika. Nowym studentom zostal wyznaczony dokladny termin, data i godzinne okienko, kiedy mogli sie stawic w akademiku. W Anglii dziala to w taki sposob, ze na pierwszym roku mieszka sie w akademiku (miejsce chyba jest gwarantowane, chociaz oczywiscie jak cale studia, platne, i to nie malo). W kolejnych latach studenci szukaja juz prywatnego zakwaterowania.

Zawiozlysmy rzeczy Zuzi do pokoju – bardzo fajnie tam maja, jej blok jest akurat nowy, z olbrzymim zielonym terenem dookola, jest rowniez jeziorko.. moga sobie wypozyczyc rower na caly rok. Blok jest podzielony na mniejsze ‘unity’ (podzespoly? Jak to nazwac?), w kazdym ‘unicie’ jest 7 jednoosobowych pokojow, kazdy z oddzielna lazienka. Maja wspolna kuchnie, 2 lodowki, kazdy ma swoja wlasna szafke w kuchni.

Zostawilysmy torby, rozejrzalysmy sie, i poszlysmy na lunch. Po lunchu Zuzia mowi:

– Mamusiu, oni wszyscy przyjezdzali z calymi zgrzewkami piwa, i butelkami wodki, a ja tylko troche wodki mam (fakt, zabrla buteleczke, ktora w domu miala, a w niej na dnie tylko troche… Zuzia nie pije duzo*). Podwieziesz mnie do Tesco, zebym sobie kupila cos?

Podwioze.

– O kurcze, zapomnialam pieniedzy!

Ach, ta stara sztuczka…

No trudno, kupie Ci juz… podjechalysmy do sklepu, i zrobilysmy typowo studenckie zakupy. Wodka, lemoniada i mleko…

Pozniej zawiozlam Zuzie z powrotem do akademika, i tyle ja widzieli…. od tej pory tylko dostaje wiadomosci, wyszlismy o 17 na impreze, wrocilam do pokoju o 4 rano… ale jestem zmeczona, dopiero sie obudzilam (wiadomosc przyszla o 13:30….).

Podobno tak jest codziennie.

My z Ola zostalysmy jeszcze jeden dzien, aby pozwiedzac sobie miasto.

Ponizej fotostory. Miasto tetni zyciem, i jest piekne, wiec jesli znajdziecie sie kiedys w okolicy, goraco polecam! Zwlaszcza fanom the Beatles. I pilki noznej 🙂

  • Nie pila, chyba powinnam powiedziec, bo kto to wie, co teraz porabia…