Kupilam swoja pierwsza szczoteczke do zebow. Taka wibrujaca. Pierwsza wibrujaca. Podobno stomatolodzy utrzymuja, ze takie szczoteczki usuwaja o 90% wiecej nalotu niz tradycyjne szczoteczki do zebow. Ja tam nie wiem, ale na wyprzedazy byla, wiec kupilam.
Pierwsze mycie totalnie mnie zszokowalo. Tak, wiem, niewiele mi do szoku potrzeba.
Szczoteczka warczy jak wsciekly pies.
Policzki wibruja.
Laskocze mnie w jezyk jak nie wiem co.
Dziasla sie trzesa, lub przynajmniej takie mam wrazenie.
Piana tworzy sie jak szalona. Po 30 sekundach piany w ustach mam tyle, ze mi sie nie miesci, wylewa sie, i kapie po brodzie, biuscie, brzuchu…. (nie, nie mam brzucha wielkosci biustu, na golasa stalam i toczylo sie od gory w dol, ok?).
Ale nie moge przestac, bo szczoteczka 2 minuty ma chodzic, i tyle mam szczotkowac.
To szczotkuje, przechylona nad zlewem, zeby piana do zlewu leciala, a nie po mnie.
Wyszczotkowalam juz wszystkie zeby, od gory do dolu, przod i tyl i wszystkie zakamarki. Zazwyczaj juz bym skonczyla, ale szczotka warczy groznie, wiec nie przerywam, szczotkuje po raz drugi od poczatku.
Zatrzymalo sie. W polowie drugiego cyklu mojego. To co teraz mam zrobic? Zostawic polowe zebow wyszorowanych dwa razy, a polowe raz? Czy moze wlaczyc i ‘doszorowac’ druga polowke? A moze w dni parzyste powinnam prawa strone robic dwa razy, a w nieparzyste lewa?
Po kilku dniach w ogole sie nie przyzwyczailam do nowego doswiadczenia (czy tak sie czuja dzieci, ktorym sie zeby szczotkuje? Albo psy?). Za to wieczorem szczoteczka nie zawarczala…. bateria siadla. Zapomnialam naladowac….
Do dupy z takimi wynalazkami.
Wyciagnelam tradycyjna, niezawodna Oral B. Nie ma to jak reczna robota.







