Dzis rano obudzilam sie do wywiadu w Radio Zet z kims tam kims tam (z kosciola), kto przekonywal sluchaczy dlaczego Kosciol Katolicki absolutnie nie pochwala Halloween (bo to swieto poganskie. A znicze tez kiedys byly poganskie, dopytuje reporter. Ale znicze to swiatlo, to znak zycia, a poza menora (swiecznik zydowski) to juz od dawna w religii jest, wiec znicz nie jest poganski, no i w dodatku naukowe badania udowodnily, ze jak dzieci sie przebieraja na Halloween i widza slodycze w ksztalcie duchow i tak dalej, to bardzo to przezywaja, i to prawie jest jak trauma).
Jak to jest naprawde z tymi badaniami naukowymi to nie mam pojecia, ale postanowilam, ze sie wymaluje do pracy, bo fajny filmik instruktazowy widzialam. I sie wymalowalam. Ola od samego rana mi tylek trula, ze chce lazic na tzw. Trick or Treat – bardzo popularna w UK i w Stanach Zjednoczonych tradycja. W dniu Halloween domy sa dekorowane – dynie z powycinanymi ‘mordami’ i swieczka w srodku, kosciotrupy, duchy, nietoperze, pajeczyny, i wszelkiego rodzaju rozne takie. Dzieci (z kims doroslym) chodza od domu do domu, gdy ktos otworzy drzwi krzycza: “Trick or treat!!!” (czyli albo dacie nam slodycze, albo wam splatamy psikusa). I dostaja cala mase slodyczy, ktore w normalnym zyciu dzieci jadlyby przez caly rok, no ale przeciez jest Halloween!
Olka od samego rana tylek mi trula, ze chce chodzic po domach. Jak do tej pory dziewczyny co roku w Halloween byly u ojca, wiec nie mialam problemu, przejmowac sie nie musialam. W tym roku dla odmiany na mnie spadl obowiazek ‘psikusowania’. Wcale mi sie nie chcialo, i powiedzialam, ze absolutnie nie.
Wracam z pracy.
Powitalo mnie dziecko, ktore samo sie przerobilo na ‘szalona pielegniarke’. Bylam pod wrazeniem! Wysmarowala sie sztuczna krwia, na szyi zrobila sobie ‘rane’, lub ‘naciecie’ – cala jej kreatywnosc wyszla – uzyla papieru, pomalowanego make up-em, wypelnionego sztuczna krwia, i do szyi przyklejonego MIODEM!!!! (bo klej nie trzymal, jak sie dowiedzialam).
Nie moglam odmowic! Wyszlysmy na ulice.
Hordy dzieciakow szwedaly sie od drzwi do drzwi, co trzeci dom ma dynie wystawiona przed domem.
Ponad godzine zajelo nam przejscie dwoch ulic (wcale nie takich znow dlugich…..).
Po poltorej godzinie wrocilysmy do domu, z zapasem slodyczy dzieki ktorym mozna 10 kilo utyc.
Ola szczesliwa. Ja tez, bo szczescie dziecka przynosi radosc.
A oto moja pielegniareczka (nie wiem, co sie dzieje ze zdjeciami, kazde jest w poprzek!!!).

