Jakie zmiany w wygladzie?

Blox poprosil, abym sie z nimi skontaktowala odnosnie zmian w wygladzie nowego szablonu. Nie wiem, na ile beda mogli pomoc, i jakie zmiany beda mozliwe, ale zanim do nich napisze, prosze o Wasze opinie – co Was najbardziej denerwuje w tym szablonie, co sie Wam nie podoba, co chcielibyscie, aby zostalo zmienione.

Ja osobiscie chcialabym zmniejszyc nieco czcionke, bo za duza jest. No i boczna szpalta – czasami jest widoczna, czasami nie jest. Czy u Was tez tak jest?

Prosze o komentarze, mysle, ze napisze do Bloxa w czwartek.

xx

Galaretka

Bardzo dziekuje tym z Was, ktorym chcialo sie kliknac na ankiete i wyrazic swoja opinie.

Jednoczesnie tak mi przykro! Wiekszosc z Was woli stara szate bloga, ale gdy zmienilam na stara, to mi poucinalo wszystkie zdjecia w polowie. Wiec zeby je bylo widac, musialabym je recznie (wszystkie) zmniejszac… Probowalam zmienic nieco wyglad nowego szablonu, ale jakos chyba nie mozna. Napisalam do Blox, zobaczymy, co mi odpisza.

A dzisiaj po raz pierwszy mialam okazje wykorzystac cos z dzialki – rabarbar.

Wielkie toto rosnie, wiec urwalam kilka galazek. W domu mysle: zrobie z tego kompot, bo na ciasto to za cienkie te badyle sa. Poza tym piec nie umiem.

Ugotowalam w wodzie z cukrem, wygladalo jak wymiociny. Niezbyt apetycznie. Postanowilam, ze skorzystam ze swojego nowo zakupionego blendera, i zmiksuje kompot, zeby mial jednolita konsystencje.

Wlaczylam blender. A kompot (wrzacy) jak nie chlusnie! Spektakularnie sie robryznal – po blacie, po kuchence, podlodze, moim szlafroku, i oczywiscie po scianach.

W tym momencie mnie natchnelo, ze zrobie jednak galaretke. Wyciagnelam zelatyne, i wsypalam dwie lyzki. Potem jeszcze dwie, tak na wszelki wypadek. Rozpuszczala sie srednio, wiec postanowilam znow zmiksowac (trzeba wykorzystac blender, skoro sie go juz ma!).

Z kompotu/galaretki zrobila sie gesta piana. Wiedzieliscie? Ze zmiksowana zelatyna sie pieni? Ja tez nie.

Wlalam do miseczek, i do lodowki.

Wieczorem zjadlysmy moj deser z pierwszego rabarbaru – trzywarstwowa bryla skladajaca sie z:

– warstwy dolnej, czyli rabarbaru z zelatyna;

– warstwy srodkowej, czyli wody w formie galaretki

– warstwy gornej, czyli zbitej piany smakujacej jak, hmmmm, ubite ptasie mleczko, tylko o wiele gorzej?

Dzieciom smakowalo bardzo. Ja zjadlam robiac dobra mine do zlej gry.

Ankieta

Prosze o odpowiedzi. Pare osob wyrazilo swoj sprzeciw co do nowej szaty graficznej Olzusow, zatem przeprowadzam ankiete.
 
Stare, czy nowe?
 
Czy bardziej podobal Ci sie stary, czy nowy wyglad Olzusow?

Stary. Po co zmieniac to, co dziala?

 

Nowy. Trzeba do przodu!

 

A co to za roznica? Cos sie zmienilo?

 
 
pollcode.com free polls

Wyspa Espritu Santo

Poniedzialek. Budze sie totalnie obolala. Skora piecze, dotyk koldry boli. Do tego cos mi sie stalo w oko, i tez mnie boli. Starosc nie radosc. Tony kremu nalozone na poparzone nogi, i idziemy na sniadanie. Wliczone w cene pokoju. Ale jak sie okazuje, sniadanie dostane tylko ja i Zuzia. Ola juz nie, bo dzieci nie dostaja sniadania. A jesli chca sniadanie, to rodzice musza zaplacic ekstra. Serio? Po 20 minutowej rozmowie z managerem, podczas ktorej uslyszalam siedem razy ‘tak, ale nie’ (co to znaczy? tak ale nie??? ) odchodze z niczym.

Na sniadanie – tost, dzem, i kawa. Doslownie. Juz nawet nie pytali, czy chcemy kawe czy herbate. Po prostu przyniesli kawe. I tosta – dwa, po jednym na osobe. I dzem.

Dzieci jedza tosty. Ja podziwiam widoki (piekne widoki). Raz kupilam sobie sniadanie. Nazywalo sie ‘rozwiedzione jajka’. Dwa jajka sadzone, rozdzielone fasola (wszechobecna, ta fasole serwowali nam w Meksyku doslownie do wszystkiego), jedno jajko polane zielona salsa, jedno polane czerwona salsa. Zjadliwe, powiedzmy.

20150401_08.52.00_copy

Po sniadaniu jedziemy na wyspe Espritu Santo – wpisana na liste UNESCO. Tania wycieczka nie byla, chyba okolo $100 od osoby kosztowala. W dodatku tutaj zwyczaj jest taki, ze przewodnikowi daje sie napiwek w wysokosci 20% (!!!!!!) wartosci wycieczki. Prosze bardzo, nazywajcie mnie skapcem, ja nie dawalam. Uwazam, ze jesli place $300 za wycieczke, kolejne $60 to juz przesada.

Przewodnik pojawil sie rano, zainkasowal naleznosc, i obiecal powrocic o 10. Zwyczajem meksykanskim spoznil sie 45 minut. Zapakowali nas do zoltego atobusu, i pojechalismy po miescie zbierac kolejnych turystow chetnych zobaczyc cos pieknego.

Po pol godzinie dojezdzamy do plazy. Czekamy kolejne 40 minut (bo przygotowuja ceviche. A nie wiedzieli, ze przyjezdzamy? Nie mogli wczesniej przygotowac?). Para Amerykanow sie zdenerwowala i postanowila nie jechac. Jeden Francuz glosno sie oburzal.

W koncu wyruszamy. Ja ubrana w dlugi rekaw i sukienke do ziemi (skora mi odpada). Na przeciwko mnie siedzi facet z San Diego, z trojka dzieci. Buzia mu sie nie zamyka, caly czas ze mna rozmawia (do tej pory do mnie wypisuje na What’s up). Po drodze zauraczaja nas przepiekne widoki.

20150330_16.13.59_copy20150330_20.35.55_copy

Przystanek pierwszy – plywamy sobie z fokami! Wskakujemy do wod Zatoki Kalifornijskiej (Morze Corteza), podplywamy do fok, slyszymy, jak sie awanturuja, widzimy, jak sie bawia, jedna z nich podplywa do Oli i ja dotyka!!! (filmiki wstawie pozniej, jak znajde i wybiore). Foki to takie dziwne zwierzeta, moim zdaniem wygladaja zlosliwie. I sa olbrzymie.

 20150330_21.07.37_copy20150330_20.35.25_copy1

 Kolejne pol godziny w lodzi, i dojezdzamy do przepieknej plazy, na ktorej jemy lunch. Dzieciaki sobie plywaja, ja sie chowam od slonca.

 IMG_5825_copyIMG_5803_copyIMG_5779_copy

 

Boooo! Piraci tu byli!!!

IMG_5848_copy

 

Na zakonczenie mijamy przedziwne zbiorowisko przedziwnych ptakow – ptaki te jedza ryby, mieszkaja przy morzu, jednak gdy ich skora dotknie wody, to sie topia! W zwiazku z tym maja piora pokryte specjalnym tluszczem (a skad ja mam wiedziec, jaki to jest specjalny tluszcz? Przewodnika tak powiedzial! ) i maja dzioby jak haczyki, dzieki ktorym moga z latwoscia zlapac rybe zanurzajac w wodzie tylko dziob.

 

IMG_5912_copyIMG_5883_copyIMG_5884_copy

 

Wieloryby duponiby.

Powiem od razu. Wieloryby mialy byc glownym punktem programu. Cala wycieczka do Baja California zaczela sie od tego, ze od grudnia do marca w okolicach plywaja wieloryby – matki z dziecmi, ‘faceci’, sa tych wielorybow setki. Najpiekniejsze jest to, ze matki podplywaja z dziecmi do samych lodzi, bo chca swoim dzieciom pokazac ‘swiat’, i to, ze te wieloryby mozna dotknac, poglaskac. Z tego, co ludzie opisywali w internecie, przezycia sa niesamowite.

No i jesli mialabym oceniac wakacje na tej podstawie, to byla to totalna klapa.

Juz pisze.

Rano o 8 Enrique zainkasowal 2000 pesos (okolo 450 zlotych – to tanio, bo sama poszukalam ‘kapitana’. Wycieczki organizowane przez lokalne biura podrozy w La Paz lub Cabo San Lucas sa o wiele drozsze, okolo 100 dolarow amerykanskich od osoby) i zabral mnie, moje dzieci, i pare Niemcow z dziewczynka w wieku Oli do lodzi. Lodz byla przyczepiona do samochodu, i przez miasteczko Puerto San Carlo, po tych piaszczystych drogach, w lodzi ciagnietej samochodem dojechalismy nad morze.

Wielorybow widzialysmy kilka. I z daleka. Niestety, pod koniec marca wiekszosc matek z dziecmi, i samocow, odplynela juz w chlodniejsze wody oceanow. Jeszcze dwa tygodnie przed nami ludzie widzieli dziesiatki wielorybow, ktore przyplywaly do lodzi. Grudzien, styczen, luty – to najlepsze miesiace.

Whale_watching_copy

Widzialysmy za to sporo delfinow, i rozmaitych ptakow.

Puerto Can Carlos i morze nauczyly mnie pokory do slonca. Wszystkie trzy bardzo sie poparzylysmy tego dnia – nigdy w zyciu jeszcze nie bylam tak spalona. Skora na nogach piekla, myslalam, ze za chwile mi odpadnie. Nie moglam jej nawet dotknac, dotyk koca wieczorem w lozku bolal (do tej pory skora mi schodzi!). Ola buzie miala tak sparzona, ze az jej sie rany porobily na policzkach. Zuzia nie lepsza. A przeciez posmarowalysmy sie kremem numer 30!

Na drugi dzien kupilam krem SPF 50, wielka tube balsamu do ciala (cala zuzylysmy), i przez kilka kolejnych dni cierpialysmy z bolu. No i od slonca sie chowalam, co nie bylo latwe, bo Meksyk to przeciez plaze!

Wieczorem poszlysmy ponownie do ‘naszej’ restauracji (pisalam juz, ze w restauracji byli sami tubylcy, a po podlodze w toalecie przechadzal sie karaluch? I ze nikt, ale to absolutnie nikt nie mowil po angielsku?). Tym razem wzielam olbrzymiego, swiezutkiego homara, wylowionego tego ranka. Przepyszny, chociaz osobiscie uwazam, ze homary sa przereklamowane, maja malo smaku, i ich smak tak naprawde zalezy od sosu, z ktorym sa podawane.

Do tego lokalny napoj – Michelada. Podobno jak potrafisz wypic michelada i sie nie skrzywic, to mozesz zabawic w Meksyku na dluzej. Co to jest? To piwo, przygotowane z sokiem z limonki, z roznymi sosami, przyprawami i papryczkami chilli. Serwowane w szklance z brzegiem umoczonym w soli. Jesli ktos chce przeczytac wiecej, tutaj jest artykul Wikipedia. A jak to smakuje? Jak piwo z ketchupem i proszkiem chilli. W supermarkecie kupilam sobie taki specjalny sos do robienia michelady, ale jeszcze w domu sobie nie zrobilam.

20150329_14.17.10_copy

Gdy juz sie pozywilysmy, wsiadlysmy w samochod i ruszylysmy w droge powrotna, autostrada numer 1, do La Paz. Tym razem nasz hotel byl nad samym morzem, tuz przy malecon, czyli deptaku.

Zauwazylam, ze Meksykanie uwielbiaja glosna muzyke. Muzyke slychac wszedzie – w samochodach, dobiega z otwartych okien domow, budowlancy puszczaja sobie muzyke przy pracy, slychac ja w lobby hotelu… i jest to w 99% muzyka hiszpanska. Cudowne!

I jeszcze jedna rzecz zauwazylam – Meksykanie (przynajmniej w Baja California) sa bardzo uprzejmymi kierowcami – pozwalaja przylaczyc sie do ruchu, nikt nie trabi, jak sie czlowiek zagapi i nie rusza po pol sekundy po zmianie swiatla na zielone, ba, jak sobie jechalam 20km na godzine i podziwialam ocean i lodzie, nikt na mnie nie trabil! Po prostu mnie wyprzedzali jak sie nadarzyla okazja, a jak nie, to sobie wolno za mna jechali. A, i przepuszczaja pieszych. Zawsze. Natychmiast. Nawet jak nie ma pasow.

 

Miasteczko rybackie Puerto San Carlos

Na sniadanie dzisiaj dostalysmy nachos z fasola, a to wszystko polane zielona salsa. Smakowicie toto nie wyglada, ale nawet zjadliwe bylo. Chcialam napic sie zielonej herbaty, zeby miec energie na podroz, ale nauczylam sie lekcji numer 1 – w Meksyku tak naprawde nie pija sie herbaty. Tylko kawe. I piwo. Piwo tansze jest od wody, za butelke dwulitrowa placilam okolo £3.50. Zatem herbaty nigdzie w hotelach nie mieli, czarna tylko czasami, o zielonej nie slyszeli, ale najczesciej jak prosilam o herbate, to dostawalam rumianek.

20150328_07.09.41

Po sniadaniu wyruszylysmy w droge do Bahia Magdalena, miasteczka Puerto San Carlos. Jedziemy przez 4 godziny. Po drodze mijamy wiele, bardzo wiele mostow. Kazdy most jest oznaczony tabliczka, i ma swoja nazwe. Jak sie pozniej dowiedzialam, mosty sa bardzo wazne, bo w czasie powodzi woda pod nimi plynie, nie zalewajac drog.

Po drodze mijamy tzw. luncheons, czyli bary przydrozne, odpowiedniki barow dla tirowcow przy autostradzie, podejrzewam, gdzie mozna tanio  zjesc i napic sie kawy. Wszystkie maja jedna wspolna ceche – wygladaja jak totalne rudery. No i mijamy setki, tysiace wrecz kaktusow.

W pewnym miejscu na autostradzie byly roboty drogowe. Polegaly one na tym, ze droga nagle sie konczyla, i robil sie z niej wielki dol z piachu, objazd to droga piaszczysta obok, a na ‘budowie’ stoi jeden kowboj (w kapeluszu i butach kowbojskich, a jakze!), do tego drugi, obydwaj sie w glowe drapia i debatuja. A, byla  jeszcze jedna koparka.

IMG_5519

Nasz hotel w Puerto San Carlos byl bardzo biedny, ale tez i tani byl, wiec nie narzekalam. Rozpakowalysmy walizki, i poszlysmy sobie na plaze. Oczywiscie latwo sie domyslic, plaza byla pusta, tylko my i ocean.

Puerto San Carlos to miasteczko rybackie. Jedyni turysci, ktorzy tutaj zagladaja przyjezdzaja po to, zeby ogladac wieloryby. Sa tutaj chyba tylko 2 hotele, ze dwie restauracje, a ulice w wiekszosci sa piaszczyste. Ale bardzo mi sie tutaj podobalo – wlasnie dlatego, ze nie bylo hord turystow.Po plazy poszlysmy na ‘miasto’. udalo sie nam znalezc jedna z dwoch restauracji. Menu tylko po hiszpansku, wiec na chybil trafil wybralysmy cos do jedzenia. Ja zamowilam cos, co znalam – ceviche. Ceviche to ryba, surowa, marynowana w soku z cytryny. W meksykanskiej wersji ryba jest drobno posiekana, z pomidorami, chilli i ogorkiem. PYCHOTA!

20150328_16.58.55_copy4

Po obiedzie poszukalysmy sklepu spozywczego, zeby kupic cos na sniadanie, no i oczywiscie piwo 🙂 W supermarkecie, w ktorym sciany byly udekorowane glowami losiow i krow, a mieso bylo mocno zielonkawe, kupilysmy chleb i parowki (chleb drozszy od parowek!), ser meksykanski (ktory akurat wybyl, ale pani ekspedientka poleciala gdzies i przyniosla wielki kawal specjalnie dla nas), ktory jest uzywany do lagodzenia smaku np. ostrego chilli con carne, oraz obowiazkowa butelke piwa.

Wrocilysmy do hotelu, zeby umowic sie z Enrique. Enrique to rybak, ktory byl naszym kapitanem w wyprawie do wielorybow. Kazal nam byc gotowym o 8 rano. Bedziemy!

Meksyk. Dzien pierwszy.

Nasza podroz do Meksyku zaczela sie w Atlancie, gdzie spedzilysmy jedna noc. Na drugi dzien wyladowalysmy w San Jose del Cabo. Z lotniska odebral nas reprezentant wypozyczalni samochodow. Naczytalam sie wielu strasznych historii na temat wypozyczania samochodow w Meksyku – ze trzeba bardzo dokladnie sprawdzac, kazde zadrapanie, zeby sprawdzic podwozie nawet… W naszym wypadku tak nie bylo – po szybkim obejrzeniu samochodu, kilku formalnosciach i milej pogawedce z wlascicielem firmy Cactus  (polecam!) dostalam kluczyki do samochodu i nagle musialam…. jechac!

Na szczescie w Baja California jest tylko poltorej autostrady – numer jeden, i numer 19 (krotka). Zapytalam w ktora strone, i pojechalam do La Paz. Autostrada numer 1 to 2 waskie pasy – po jednym w kazda strone. Po bokach olbrzymie gory, i wszedzie gigantyczne kaktusy. Pusto na drodze, od czasu do czasu przejezdza tylko jakas ciezarowka, albo samochod osobowy.

20150328_15.53.15_copy

Droga z San Jose del Cabo do La Paz zajela nam okolo 2.5 godziny. Meksyk jest ogromny, i miasta sa od siebie oddalone o wiele, wiele kilometrow. Po drodze zjechalysmy na plaze – bialy piasek, lazurowe morze, i totalne pustki! Dzieci pochlapaly sie w cieplej wodzie przez pol godziny, i dalej ruszylysmy w droge.

20150327_13.32.31

La Paz to male miasteczko nadmorskie, z dlugim deptakiem. Jakos bez problemu udalo sie nam znalezc hotel (Zuzia miala mape czytac, ale gdzie tam dzisiejsza mlodziez ma pojecie o mapach! Zatem tylko sie wkurzyla, bo ona nie umie; ja sie wkurzylam, bo ona nie umie. I przestalysmy rozmawiac. Byla to pierwsza z wielu klotni pomiedzy mna a Zuzia podczas wakacji. Tak naprawde Zuzia dasala sie wiekszosc czasu, i tylko jeden dzien w ciagu calych wakacji rozmawialysmy. Uwazam, ze dzieci nie powinny jezdzic z rodzicami na wakacje. Dla dzieci sa kolonie i wakacje u ojca).

Dojechalysmy do hotelu, i mialam problem z otworzeniem bagaznika (jak to sie robi?), mialam problem z alarmem w samochodzie (wyl za kazdym razem, jak otworzylam samochod), mialam problem ze soba – od razu padlam na twarz. Roznica osmiu godzin jest olbrzymia, wstalysmy o 3 rano czasu meksykanskiego, wiec wieczorem juz nie wyrobilam, padlam na lozko i usnelam. Momentalnie.

Ale Zuzia i Ola nie daly mi odpoczac, o nie! Ola z upierdliwoscia malego dziecka ciagnie mnie za palec co 20 sekund i domaga sie pojscia na basen. I jesc sie domaga, bo jest glodna. Czy te dzieci naprawde maja nieskonczone poklady energii?

Zwloklam sie z lozka, i poszlysmy na ten basen (z widokiem na ocean, aaaaach!), potem pojechalysmy do miasta poszukac czegos do jedzenia.

Nie chcialam jesc w turystycznych restauracjach na deptaku. Kilka ulic w glab miasta stala kobiecinka stara jak swiat, i handlowala tacos. Tacos w meksyku nie sa twarde, jak to my tutaj w Anglii znamy, tylko miekkie, jak tortile. Na ten placek kobiecinka nalozyla kurczaka, na drugi rybe, no i to bylo tyle. Na to jeszcze sos pomidorowy. Ale nie bede narzekala, zaplacilam okolo £2, tani obiad 😉

Wrocilysmy do hotelu, i poszlysmy spac. Jutro czeka nas kolejna podroz – tym razem trzy godziny, do Bahia Magdalena, gdzie poplyniemy ogladac wieloryby!

IMG_5948Zachod slonca w La Paz.

Rosnie!!

W weekend wybralam sie na dzialke. Zobaczycie, wkrotce bedziecie mieli dosyc mojej dzialki tak bardzo, jak ja mam jej dosyc.

Aczkolwiek, tym razem czekala mnie mila niespodzianka! Cos zaczelo rosnac, i nawet kilka szparagow sie pojawilo! Niesamowite, jak bardzo w ciagu tygodnia uroslo tych kilka szparagow. Ale oczywiscie nie moge ich jesc w tym roku, musze je zostawic. I w przyszlym roku tez….

Oto dzialka, widok ogolny. Truskawki sobie rosna. Musicie przyznac, ze czesc Oli (ta, na ktorej pracuje) wyglada bardzo ladnie. Ola bardzo powaznie podchodzi do uprawiania ogrodka, porobila sobie grzadki, zaznaczyla co gdzie rosnie (z typowa dla siebie innowacyjnoscia napisala to, co rosnie na doniczkach!).

20150419_14.12.39

 

Czerwona cebulka rosnie sobie… 20150419_12.36.49

 

To chyba (chyba!) jest jakas fasola, ale nie jestem pewna. 20150419_12.37.02

 

No i moj szparag! Ze cztery czy piec takich wyroslo. 😀20150419_12.36.10

 

Chinczycy opanowali bloga!

Wczoraj rano Mamusia moja z panika w klawiaturze pisze: GDZIE SA MAZUSY?????

Rzeczywiscie, po wejsciu na strone mojego bloga wyswietlal sie on przez kilka senund, a pozniej przekierowywalo go na strone chinskiej wyszukiwarki Baidu.

Napisalam do Bloxa, obiecali, ze sie tym zajma, ale wiecej juz od nich nie uslyszalam nic.

Zaczelam wiec sama sobie szukac rozwiazania, i znalazlam tutaj, na forum Gazeta.pl. Okazalo sie, ze mam jakis tam licznik na stronie, i przez to wyskakuje chinska wyszukiwarka. Linka usunelam, i blog powrocil do normalnego zycia.