Magiczny Zamek

Jednego dnia wybralismy sie do miasteczka zwanego Sintra. Zapewniano nas, ze jest cudowne, piekne, warte odwiedzenia. Podroz pociagiem (okolo 40 minut) odbywala sie przez paskudne dzielnice, blokowiska upstrzone brzydkim graffitti. Zupelnie nie przygotowala nas na to, co zobaczylismy.

Bo Sintra okazala sie cudownym, uroczym miasteczkiem, pelnym malych sklepikow, kawiarni, i tradycyjnych portugalskich wypiekow. Jest na liscie UNESCO. Otoczona lasami, z kolorowymi palacykami pstrzacymi urokliwe wzgorza, z widokami na Atlantyk.

       

Dookola Sintra jest kilka zamkow – wszystkie z latwym dostepem (sa trzy autobusy, ktore jezdza do wszystkich zamkow). W hotelu powiedziano nam, ze jesli mamy wybrac tylko jeden zamek, to powinien to byc Quinta da Regaleira. Och, jakze bardzo mieli racje!!

Jest to totalnie magiczne miejsce – zaczarowany zamek, pelny urokliwych wiezyczek, fontann, sciezek i ukrytych drozek, podziemnych tuneli. Spedzilismy tam dwie godziny, i zdecydowanie nie odkrylismy nawet polowy zaczarowanych zakatkow.

Zamek na zewnatrz

Jedna z ukrytych studni, z kretymi schodami. Wchodzi sie na dole, a wychodzi na gorze w zupelnie innym miejscu w ogrodzie (lub w druga strone, oczywiscie).

Podziemny tunel, ukryty posrod gaszczy zieleni. Musielismy sie go niezle naszukac!

Dzielnica Belem (Lizbona)

Dzisiaj oprowadze Was po uliczkach Lizbony. Bardzo widowiskowych. Przygotujcie sie na wiele, wiele zdjec!!

Pierwsza rzecza, ktora odwiedzilismy, byla Jernonimos Monastery (co, jak wygooglowalam, po polsku jest klasztorem Hieronimitow) w dzielnicy Belem. Klasztor zostal wpisany na liste swiatowego dziedzictwa UNESCO. Zaiste, bardzo majestatyczny i piekny jest.

Jeronismos Monastery

Tuz obok byla kaplica, az dech zapiera, taka majestatyczna, olbrzymia. I pomyslec, ze zostalo to wybudowane zanim ludzie mieli dostep do dzisiejszych maszyn, komputerow, i czego tam jeszcze…

Pozniej spacer po dzielnicy Belem. Miala to byc najpiekniejsza dzielnica Lizbony, ale szczerze mowiac mnie nie urzekla. Wszystko pozamykane, dosyc biednie, i pieknej architektury tez nie bylo.

 

Ponizej kilka zdjec okolicy klasztoru – obok klasztoru byla wieza, na ktora mozna bylo wjechac winda (4 euro) i poogladac piekne widoki. Poczatkowo blednie zalozylismy, ze jest to slynna wieza Belem. Okazalo sie, ze nie byla. I tak sie dalismy naciagnac na 4 euro od osoby…. ale widoki byly sliczne.

Klasztor widziany z gory.

Dzielnica Belem.

I wszechobecne domy, ktore na zewnatrz sa wykladane kafelkami. Nie wiem, w jakim celu – czy tylko dekoracyjnie? Ale wyglada ciekawie.

Zdjecia w pelnej rozdzielczosci wygladaja o wiele lepiej, ale niestety blox nie pozwala duzych zdjec wstawiac. Poza tym zmniejszajac je cos sie porobilo z ostroscia, i wydaja sie nieostre. Przepraszam. Chyba bede musiala wymyslec jakis inny sposob na zdjecia… 

 

Lizbona kuliniarnie

Spacer promenada pelna swiatel, ludzi, atmosfery, kolacja w restauracji z widokiem na morze, ocieranie lokci z innymi turystami… tak sobie wyobrazalam pierwszy wieczor w Lizbonie.

Nic z tego. Promenada ciemna – latarnie powylaczane. Jedyni ludzie obecni to fanatycy sportu, ktorzy wybrali sie na wieczorny jogging. No i my, oczywiscie. Restauracje pozamykane. O co chodzi? To jest promenada w piatkowy wieczor??

Po godzinie lazenia w ta i z powrotem, totalnie przemoczeni (bo zaczal padac deszcz) w koncu znalezlismy jedna otwarta restauracje. Rybna. W restauracji biale obrusy, wiele stolikow, i wszystkie puste. Tylko przy dwoch stolikach siedzialy male grupki turystow.

Nie zniechecamy sie. Siadamy. Nie ma menu, tak naprawde. Wybiera sie ryby i owoce morza, ktore sa rozlozone na pokruszonym lodzie tuz przy wejsciu. Jedzenie jest ‘na wage’ – nie ma cen za potrawe, sa ceny za kilogram. Placi sie tyle, ile wazyla porcja.

Wybralismy kraba, krewetki, i cos, co polecil nam wlasciciel – opisal to jako ‘portugalska ryba-waz’, po portugalsku nazywa sie to lampareja. Czarne. Niezle nawet.

Gdy czekalismy na kolacje, na stole postawiono chleb, maslo, barylke sera, oraz wybor wedlin. Oczywiscie nikt nam nie powiedzial, ze za to placi sie dodatkowo. Ja jestem z Polski, wiec znam te sztuczki, i nie dalam sie nabrac. Ale wielu turystow pozywia sie tym ‘poczestunkiem’, a pozniej sie dziwi, ze na rachunku jest doatkowe 2 euro za chleb… Zauwazylam pozniej, ze w kazdej restauracji podaja chleb, maslo i wedliny na poczatku. W niektorych pytaja, czy sobie zyczysz, w innych po prostu stawiaja na stole, majac nadzieje.

Po kolacji czas na deser. Podjezdza wozek z licznymi ciastami na nim, i wybiera sie to, na co sie ma ochote. Ja sprobowalam ciasta zrobionego z miazszu dyni. Bardzo smakowite.

Generalnie jedzenie w Lizbonie bardzo mi smakowalo. Pomimo tego, ze wiekszosc rzeczy plywala w oleju. Moja ulubiona okazala sie osmiornica. Jadlam ja dwa razy, raz jako przystawka, pokrojona w cieniutkie plasterki, posypana papryka i krysztalkami soli.

osmiornica / octopus

Za drugim razem osmiornica byla daniem glownym. Oczywiscie plywala w oliwie!

osmiornica / octopus

Mniam!

Chociaz nie zawsze dostawalam na talerzu to, czego sie spodziewalam. Na przyklad zamowilam tiramisu z marakuja (chyba tak to sie tlumaczy, passion fruit?). Dostalam sloj (olbrzymi sloj, jak slowo honoru, taki duzy jak w Polsce na ogorki kiszone!) wypelniony herbatnikami i bita smietana (recznie ubijana, widzialam, jak kucharz ubijal), oraz polany syropem z marakuji. Pyszne, ale jak zjesc tyle bitej smietany?? (zjadlam, oczywiscie).

Albo raz poprosilam o cos, co nazywalo sie ‘czarne chorizo’. Nie bylo toto ani czarne, ani chorizo mi nie przypominalo, ale bylo pyszne. Podane z esami-floresami z octu balsamicznego i ze slodko-ostrym sosem.

Black chorizo

 

Zmeczeni lazeniem po uliczkach usiedlismy w restauracji na lampke wina. Poprosilam o ‘duza lampke wina’. Dostalam….. butelke (350ml). Oto i ona – lampka wina po portugalsku 🙂

Large glass of wine Portugese way

Ja przepraszam, za te wszystkie zdjecia kulinarne, ale naprawde jedzenie w Portugalii bylo przepyszne, i nawet nie zdawalam sobie sprawy z tego, ile tych fotek z zarciem trzasnelam! Dopiero w domu sie okazalo – tu jedzenie…. i tu jedzenie…. i tutaj…… 🙂

No to jeszcze dwa. Z supermarketu. Suszone ryby solone, oraz fios de ovos – czyli wlosy aniola – tradycyjny deser portugalski – nitki zrobione z jajka, gotowane w wodzie z curkem.

 

Fios de ovos wlosy aniola angels hair

Walizki.

A najbardziej w wakacjach nie lubie rozpakowywania walizek. Bo nie tylko wakacje sie skonczyly, ale jeszcze trzeba te wszystkie brudne ubrania powyciagac, wrzucic do prania, rozpakowac aparaty, ksiazki, pamiatki i inne duperele. A czlowiek wlasnie spedzil dlugi weekend robiac NIC.

Napisze wiecej w ciagu kilku nastepnych dni, dzisiaj chyba pojde juz spac, walizke rozpakuje jutro.

P.s. dom bez dzieci i bez psa wydaje sie taki cichy!!!

Krematorium.

“Albowiem niceśmy nie przynieśli na ten świat, bez pochyby że też wynieść nic nie możemy”

Dzisiaj po raz pierwszy wzielam udzial w angielskim pogrzebie. Po raz pierwszy rowniez bylam w krematorium. Tutaj kremacja jest chyba czestsza niz pogrzeb tradycyjny.

Kaplica byla duza. Z jednej strony jest poczekalnia, gdzie gromadzi sie rodzina i przyjaciele zmarlego. Zaskoczylo mnie, jaka radosna atmosfera panowala w poczekalni. Nikt nie byl smutny, nikt nie plakal, ludzie gawedzili wesolo i wybuchy smiechu slychac bylo z kazdego kata sali.

Gdy przyjechala limuzyna z trumna, wszyscy wyszli na zewnatrz, i kontynuowali pogawedki. Zona zmarlego, ubrana w szara bluzke i czarne spodnie, rozmawiala z ludzmi, ale nigdy bym sie nie domyslila, ze to jest swieza wdowa – smiala sie, rozmawiala, generalnie wygladalo to jak slub niemalze. Wytlumaczono mi, ze dla ludzi tutaj pogrzeb to jest swietowanie zycia zmarlego – milych wspomnien z nim zwiazanych, dobrych rzeczy, ktore zrobil… ale ja mysle rowniez, ze ma to zwiazek z konserwatywna natura Anglikow, ktorzy sa bardzo powsciagliwi w wyrazaniu swoich emocji. W koncu nie wypada szlochac przed tymi calymi tlumami…

Pozniej zaproszono wszystkich do kaplicy – duza, z wielkimi oknami. Pieknie udekorowana. Trumne wniesli synowie zmarlego. Postawili z boku, na piedestale. Rodzina usiadla z przodu, pozostali goscie z tylu. Na lawkach rozlozone broszurki – zdjecie zmarlego, modlitwy, hymny spiewane. Zaproszenie na stype.

Ceremonia zupelnie nie przypomina tej polskiej. Nie ma pompatycznej muzyki. Sa za to przemowienia – zabawne! Pastorka czytala wspomnienia rodziny i przyjaciol zmarlego – jak brat chodzil z nim do sklepu, jako dzieciak osmioletni, i kradl slodycze. Jak siostra wyzerala z nim frytki zakupione w restauracji, przyniesione do domu, i matka byla wsciekla, bo frytek bylo malo… jak podszczypywal kuzynke w tylek, zeby ja zdenerwowac….

Modlitwa byla krotka – tylko Ojcze Nasz. Potem – piosenka. Sluchalam, i chociaz nie znalam osobiscie tego mezczyzny, to z oczu mi lzy plynely.

A pozniej, pozniej zaslonka sie zasunela i zaslonila trumne. To taki odpowiednik pierwszej garstki ziemi rzuconej na trumne. Zonie-wdowie z oczu lzy plynely. Pociagala nosem. Trumna zostala odtransportowana. Do pieca. I tyle. Dziekujemy. Do widzenia. Zbieramy datki na hospicjum, w ktorym przebywal zmarly.

Stypa odbywala sie w restauracji nalezacej do klubu golfowego. Bylo wino, bylo jedzenie, byly ciasta. I znow, nikt nie plakal. Ludzie gawedzili, i smieli sie.

Ale teraz siedze w domu, slucham piosenki z pogrzebu, i mysle sobie, jaki to okropny wieczor musi byc dla tej biednej kobiety… jaki pusty musi wydawac jej sie dom. Jakie puste musi wydawac jej sie zycie, po czterdziestu latach spedzonych z kims, kogo juz nie ma.. 😦

Oto piosenka, ktora zakonczyla ceremonie pogrzebowa….

Pypec.

Zuzi wyskoczyl pypec na nodze. Nastolatka, to i bardzo sie tym przejmowala, bo to brzydko wyglada… W dodatku jakas ropa zaczela z tego wyplywac.

Poszlysmy do lekarza, ktory nie mial pojecia, co to jest, wiec dal skierowanie do dermatologa. Po dwoch tygodniach wizyta zostala wyznaczona. Pojechalysmy.

Siedzimy w poczekalni, Zuzia biedna cala w nerwach, bo co jak lekarze bedzie MEZCZYZNA???

Byla kobieta. Obejrzala, i mowi, ze mamy dwie opcje: albo may wycinek pobrac i biopsje zrobic, albo od razu cale wyciachac.

– Od razu cale! bez wahania oswiadcza Zuzia.

Dermatolog z niedowierzaniem popatrzyla, upewnila sie, ze Zuzia na pewno chce, i zabrala sie do roboty, oswiadczajac przy tym, ze zazwyczaj to jest na odwrot, to ona musi pacjentow przekonywac, zeby cos wyciac.

Zuzia rozlozyla sie na kozetce w gabinecie, dostala znieczulenie miejscowe, pani dermatolog rozkazala mi usiasc (bo ludzie mdleja, jak to widza, a ja nie chce sie zajmowac pacjentka i jej  mdlejaca matka…) za skalpel zlapala, ciach ciach, i skonczone. Potem tylko szwy, i do domu.

Po kilku dniach przyszedl list od dermatologa, skorowany do Zuzi, kopia do lekarza ogolnego, gdzie posrod medycznych opisow pani napisala:

“Musze powiedziec, ze Zuzanna zniosla zabieg bardzo dobrze, o wiele lepiej niz wielu doroslych, co mnie niezwykle zaskoczylo”

Zawsze wiedzialam, ze Zuzia jest hardkorowa!

 

 

Zima po angielsku

A skad wiadomo, ze nastapila angielska zima? Podkreslam, angielska.

A bo zamykaja szkoly. Jak sa komunikaty, ze szkoly pozamykane, to znaczy ze wreszcie, znienacka, nadeszla zima. Czyli spadl snieg.

Gdy spadnie snieg, ulice staja sie jednym wielkim korkiem. Dziaiaj rano popadalo, na przyklad, i poranna podroz samochodem, ktora zazwyczaj zajmuje 30 minut (najwiecej) zajela mi…. 2 godziny. Ksiazke zdazylabym przeczytac. Jeden taki samochod jechal przede mna z predkoscia, UWAGA! 4 mile na godzine. CZTERY MILE!!! To tak z siedem kilometrow, albo cos… na pieszo szybciej by bylo…. No szlag mnie trafial, jak slowo honoru. Patrzylam na strzalke predkosciomierza, i niemalze sie modlilam, zeby do piatki dobila. Nie dobila.

Zamknieto niektore szkoly. Szkoly Zuzi i Oli pozostaly otwarte, ale w radio wymieniono kilka szkol, ktore dzisiaj zostaly zamkniete ze wzgledu na opady sniezne.

Wiele ludzi nie dotarlo do pracy….

Zima. Jak slowo honoru, zima przyszla. A Anglicy jak co roku – zaskoczeni! Jak to? Luty jest, i zima jest? Toz to rzecz nieslychana!!

A oto i zaspy sniezne, ktore sparalizowaly Surrey dzisiejszego poranka.

English winter

No zaspy, nie? Totalnie zaspy!

Dzieci i geje

Mialam byc gotowa o 19. Ale jakos tak mi zeszlo, obejrzalam film, potem sobie kanapke zrobilam, potem prysznic, i ani sie spostrzeglam, byla godzina 18. A tutaj jeszcze wlosy sobie zrobic, makijaz, kreacje wybrac!!!

O 19, gdy bylam w polowie przyklejania sobie drugiej sztucznej rzesy, kolezanka do drzwi sie dobija – bo juz jedziemy!

Zrezygnowalam ze sztucznych rzes, w pospiechu nie da sie ich przykleic. Szminka czerwona usta maznelam (a mialy byc dopracowane, pedzelkiem i konturowka….), szpilki zalozylam i jedziemy.

Uwielbiam przyjecia. Lubie sie stroic, lubie z ludzmi rozmawiac o dupie marynie, lubie pic wino i tanczyc. Na tym przyjeciu bylo duzo ludzi okolo szescdziesiatki, sporo mlodziezy, no i bardzo malo osob w moim wieku. Ale party i tak bylo przednie. A przyslowiowa wisienka na torcie bylo to, ze podobno mlodzi panowie (mowimy tutaj o chlopcach 20-25 letnich) jednoglosnie stwierdzili, ze jestem super, i namietnie wypytywali gospodynie przyjecia kim jest ta dziewczyna w niebieskiej sukience. Bardzo milo polechtalo to moje ego (w koncu jestem pania w wieku mlodszo-srednim!!).

No ale ja za dzieci sie nie biore, wole panow bardziej dojrzalych. Byl taki jeden, dosyc przystojny. Zaczelam z nim luzna pogawedke, slowo honoru, bez zadnego podrywania, bo nie zdazylam nawet. Zanim jeszcze dowiedzialam sie, jak ma na imie, uslyszalam:

– Mozesz sobie darowac, jestem gejem….