Spacer promenada pelna swiatel, ludzi, atmosfery, kolacja w restauracji z widokiem na morze, ocieranie lokci z innymi turystami… tak sobie wyobrazalam pierwszy wieczor w Lizbonie.
Nic z tego. Promenada ciemna – latarnie powylaczane. Jedyni ludzie obecni to fanatycy sportu, ktorzy wybrali sie na wieczorny jogging. No i my, oczywiscie. Restauracje pozamykane. O co chodzi? To jest promenada w piatkowy wieczor??
Po godzinie lazenia w ta i z powrotem, totalnie przemoczeni (bo zaczal padac deszcz) w koncu znalezlismy jedna otwarta restauracje. Rybna. W restauracji biale obrusy, wiele stolikow, i wszystkie puste. Tylko przy dwoch stolikach siedzialy male grupki turystow.
Nie zniechecamy sie. Siadamy. Nie ma menu, tak naprawde. Wybiera sie ryby i owoce morza, ktore sa rozlozone na pokruszonym lodzie tuz przy wejsciu. Jedzenie jest ‘na wage’ – nie ma cen za potrawe, sa ceny za kilogram. Placi sie tyle, ile wazyla porcja.
Wybralismy kraba, krewetki, i cos, co polecil nam wlasciciel – opisal to jako ‘portugalska ryba-waz’, po portugalsku nazywa sie to lampareja. Czarne. Niezle nawet.

Gdy czekalismy na kolacje, na stole postawiono chleb, maslo, barylke sera, oraz wybor wedlin. Oczywiscie nikt nam nie powiedzial, ze za to placi sie dodatkowo. Ja jestem z Polski, wiec znam te sztuczki, i nie dalam sie nabrac. Ale wielu turystow pozywia sie tym ‘poczestunkiem’, a pozniej sie dziwi, ze na rachunku jest doatkowe 2 euro za chleb… Zauwazylam pozniej, ze w kazdej restauracji podaja chleb, maslo i wedliny na poczatku. W niektorych pytaja, czy sobie zyczysz, w innych po prostu stawiaja na stole, majac nadzieje.
Po kolacji czas na deser. Podjezdza wozek z licznymi ciastami na nim, i wybiera sie to, na co sie ma ochote. Ja sprobowalam ciasta zrobionego z miazszu dyni. Bardzo smakowite.

Generalnie jedzenie w Lizbonie bardzo mi smakowalo. Pomimo tego, ze wiekszosc rzeczy plywala w oleju. Moja ulubiona okazala sie osmiornica. Jadlam ja dwa razy, raz jako przystawka, pokrojona w cieniutkie plasterki, posypana papryka i krysztalkami soli.

Za drugim razem osmiornica byla daniem glownym. Oczywiscie plywala w oliwie!

Mniam!
Chociaz nie zawsze dostawalam na talerzu to, czego sie spodziewalam. Na przyklad zamowilam tiramisu z marakuja (chyba tak to sie tlumaczy, passion fruit?). Dostalam sloj (olbrzymi sloj, jak slowo honoru, taki duzy jak w Polsce na ogorki kiszone!) wypelniony herbatnikami i bita smietana (recznie ubijana, widzialam, jak kucharz ubijal), oraz polany syropem z marakuji. Pyszne, ale jak zjesc tyle bitej smietany?? (zjadlam, oczywiscie).
Albo raz poprosilam o cos, co nazywalo sie ‘czarne chorizo’. Nie bylo toto ani czarne, ani chorizo mi nie przypominalo, ale bylo pyszne. Podane z esami-floresami z octu balsamicznego i ze slodko-ostrym sosem.

Zmeczeni lazeniem po uliczkach usiedlismy w restauracji na lampke wina. Poprosilam o ‘duza lampke wina’. Dostalam….. butelke (350ml). Oto i ona – lampka wina po portugalsku 🙂

Ja przepraszam, za te wszystkie zdjecia kulinarne, ale naprawde jedzenie w Portugalii bylo przepyszne, i nawet nie zdawalam sobie sprawy z tego, ile tych fotek z zarciem trzasnelam! Dopiero w domu sie okazalo – tu jedzenie…. i tu jedzenie…. i tutaj…… 🙂
No to jeszcze dwa. Z supermarketu. Suszone ryby solone, oraz fios de ovos – czyli wlosy aniola – tradycyjny deser portugalski – nitki zrobione z jajka, gotowane w wodzie z curkem.

