Wczoraj wieczorem Ola spadla z krzesla. Rozbila sobie podbrodek, i nabila guza z tylu glowy.
– Jak to sie stalo? – zapytalam. No bo jak mozna i z przodu, i z tylu, w tym samym czasie?
No mozna.
Podbrodek rozbila sobie o podloge. A potem zaatakowalo ja krzeslo, z ktorego spadla, i uderzylo ja w glowe (przewracajac sie).
Poszlysmy do lekarza, bo rana wydawala mi sie dosyc gleboka. Lekarz sie smial z historii Oli (opowiedzianej przez nia sama). Co z kolei rozsmieszylo Ole.
Odeslal nas do szpitala, zeby jednak szwy zalozyc.
Na pogotowiu czekalysmy godzine (emergency to sie nazywa, czyli nagle wypadki. Godzina to nie tak duzo jesli chodzi o NAGLY wypadek, nie?) zanim zobaczyla nas pielegniarka, ktora wypytala, co nas sprowadza. I kazala dalej czekac. To czekalysmy.
Poczekalnia pelna byla poobijanych dzieciakow. Czy ci rodzice naprawde nie moga swoich dzieci pilnowac, zeby sobie glow nie rozbijaly? Totalny brak odpowiedzialnosci, jesli by sie ktos pytal.
Po kolejnych dwoch godzinach (nagle wypadki…) przyszedl do nas lekarz, Czech. Zalozyl Oli takie specjalne plastry na rane, posmarowal je klejem z tubki, ktora wygladala jak super klej, i kazal jechac do domu. Po szesciu dniach plastry same odpadna, powiedzial, ale szrama bedzie.
A Ola znow znajomym bedzie opowiadala, ze ma WSZY (bo wiecie, szwy…)