List do wrozki zebowej.

Oli rusza sie zab. Zgodnie z tutejsza tradycja, jak wypadnie zab, wklada sie go pod poduszke, i wrozka zebowa przynosi pieniazka, i zabiera zeba. Zazwyczaj jest to £1. Chyba ze wrozka jest glupia jak jedna taka matka polka, i daje £10. Raz sie tak zdarzylo, tuz po przyjezdzie do Anglii.

Zatem Ola jest bardzo podekscytowana tym ruszajacym sie zebem. Zapytala mnie, czy wrozka zebowa przychodzi do kazdego domu. Dzis wieczorem przyniosla mi trzy skrawki papieru. Ktore okazaly sie byc listami do wrozki zebowej.

Oto one:

1.

“Droga mala wrozko. Jestem Ola. Chcialam tylko powiedziec, ze mala wrozka… (tu sie nie moglam doczytac)! Od Oli. xxxxx”

2.

“biedna jestes, wrozko, musisz leciec do kazdego domu i sprawdzac, czy cos jest pod poduszka. Ola. xxxxxxxxxxxxxxxxxxx”

3.

“Czy wrozki maja urodziny? Czy wrozki maja dom? Czy ty tez masz swoje lozeczko, tak jak ja? xxxxx Ola xxxxxxxxxxxx”

 

xxx znacza buziaki.

No czy to dziecko nie jest wyjatkowe??

Oczywiscie wrozka zebowa napisze super wrozkowy list do dziewczynki o imieniu Ola, ktora tak sie martwi o wrozki. I moze wrzuci pod poduszke £2, a nie £1….

Przypomnialam sobie…

O moj Boze….

Nie wiem, czy moglabym przeczytac swojego wlasnego bloga od poczatku. Chyba byloby mi za ciezko. Ludzie zapominaja, i nie dzieje sie to bez powodu. Ciezko byloby nam zyc, gdybysmy pamietali wszystko, co sie w naszym zyciu wydarzylo.

Bartosz zostawil komentarz w jednym z moich starych wpisow. Kliknelam, przeczytalam. Przeczytalam tez wpis. Boze drogi, zupelnie zapomnialam, jak to bylo!

Przypomnialam sobie o czyms takim, jak ksiazeczka ubezpieczeniowa, czarna lista! Rany boskie, zupelnie zapomnialam o tej polskiej biurokracji szpitalnej. Tutaj nikt mnie o zadne ksiazeczki nie pyta.

Przypomnialam sobie, jak Ola zawsze wyla, gdy miala pobierana krew, jak nigdy nie moglam byc przy pobieraniu krwi, jak miala poklute lapki… tutaj matka jest przy dziecku caly czas, do dziecka sie mowi, zabawia, odwraca uwage przy pobieraniu krwi. Smaruje kremem Emla (znieczulajacy taki), skacze sie dookola dziecka, zeby mialo jak najmniej stresu. Jak zupelnie inaczej od polskiego szpitala, gdzie to pielegniarka musi miec latwa robote…

Przypomnialam sobie o operacji Oli, gdy miala roczek. I o chlopcu z rozszczepieniem, ktorego mama non stop grala mu na telefonie komorkowym piosenke “Kanikuly”, bo on sie wtedy usmiechal.

Przypomnialam sobie, jakie to byly poczatki diagnozowania Olinej mukowiscydozy, i jak sie wtedy tym nie przejmowalam, bo nie wierzylam, ze ona moze to miec.

Przypomnialam sobie, ze Ola zachowywala sie jak nacpana – “rzuca sie do tylu i bardzo ja to raduje, smieje sie w glos; gapi sie na zabki wymalowane na scianie, i gada do nich, dyskutuje, argumentuje….” – teraz z perspektywy czasu WIEM, ze to jest po prostu cala Ola, ona taka jest i juz 😀

Przypomnialam sobie, jak Ola wstawala, mimo, ze wstawac nie powinna. I to tez cala Ola – robi co chce, uparciuch jeden, i w nosie ma wszystkie zalecenia.

Dowiedzialam sie z wlasnego wpisu, ze wycieli Oli wyrostek… czego to sie czlowiek nie dowie o wlasnym dziecku z wlasnego bloga.

Tyle bolu sobie przypomnialam po przeczytaniu jednego wpisu z przeszlosci… a wtedy to tak nie bolalo, wtedy to bylo zycie, z ktorym trzeba sie bylo wziac za bary, i ktoremu trzeba bylo stawic czola. Dopiero z perspektywy czasu widac, jakie wielkie te bary byly….

Sushi w Londynie.

Wybralam sie z dziecmi do Londynu. Pomyslalam sobie, ze spacer po sklepach to bedzie swietna rozrywka. Nie, nie bylam pijana, tylko zbytnio optymistyczna moze. Wrocilam z Londynu z dziecmi sklocona, glodna, i bez zakupow.

A to bylo tak.

Poczatkowo wszystko szlo gladko. Widzialam nawet buty Louboutin w szmatlandzie za £100. Nowe zaczynaja sie od £500 w gore. Bardzo, bardzo ciezko sie zastanawialam, czy ich aby nie przymierzyc, pomimo, ze ja rozmiar 39, a buciki rozmiar 36… ale skoro siostry Kopciuszka mogly, to czemu nie ja…

Pozniej dzieci zaczely sie klocic pomiedzy soba. Normalka. Jak juz przestaly, to Zuzia sie na mnie obrazila, bo za duzo chodzic musiala. Okolo poludnia (wyjechalysmy o 9) dzieci mialy juz dosyc, i byly glodne. Niedelikatnie oznajmily, ze zakupy sie skonczyly. Dobra, co chcecie do jedzenia?

– SUSHI – autorytatywnie stwierdzila Ola.

Ok, sushi zatem. Moj iPhone pokazal mi, ze najblizsze sushi jest w zasiegu 10-minutowego spacerku. No to idziemy. Ale po 10 minutach znalazlysmy sie na stacji metra Victoria. Sushi ani sladu. Ok, zajrzymy do Marka i Spencera (Marks & Spencer, ale ja lubie ich tak po polsku pieszczotliwie nazywac…), kupimy sushi w pudelku. Nie bylo. Ok, Ola, co chcesz jesc?

Sushi.

Nastepne sushi jest odlegle o 20 minut, albo jazde metrem z dwoma przesiadkami.

Chcesz jechac?

Nie.

To co chcesz jesc?

Sushi.

A moze pojedziemy do domu, i pojdziemy do naszego lokalnego Yo Sushi, co?

Nie, ona chce sushi tu i teraz. Ale nie chce isc.

W koncu zaciagnelam ja do najblizszego pubu. W pubie pelno otylych Angoli zlopiacych ale lub piwko. Do jedzenia hamburgery i ryba z frytkami.

Ok, Ola, co zamawiasz?

Sushi – odpowiada niczym nie zniechecone dziecko.

Wkurzylam sie, wyszlam z pubu, za mna obrazona Zuzia, za nia wyjaca Ola.

Takiej wycieczki do Londynu jeszcze nie bylo. Sushi tez nie bylo. I zakupow nie bylo….

Blado, blado!

Anglia rozkwitla polem bladych nog. Wyszlo troche slonca, zrobilo sie troche cieplo, a Angielki zalozyly spodniczki. Przewaznie krotkie. I przewaznie pokazujace nogi biale jak ciasto na pizze. Czasami spodniczki sa za krotkie, nogi ciut za grube, i mozna podziwiac swietnie dozywiony cellulitis. Jedno jest pewne – slonce swiecilo przez caly tydzien. Lato dobiega konca.