Wiekszosc z nas juz opanowala przedswiateczna goraczka. Czytam sobie gazetki, a w nich, oczywiscie, bozonarodzeniowe wspomnienia.
I ja zaczelam sobie wspominac. A najbardziej pamietam te nietypowe…
Pewna Wigilie spedzilam na lawce w parku. Towarzystwa dotrzymywal mi wtedy chlopak mojej siostry. Dopiero wiele lat pozniej zdalam sobie sprawe, ze tak zachowalby sie tylko prawdziwy przyjaciel. I dopiero wiele lat pozniej to docenilam. Swoja droga szkoda, ze zazwyczaj doceniamy rozne rzeczy dopiero po fakcie, kiedy juz jest za pozno, albo kiedy je stracimy…
Albo swieta spedzone na Hawajach. Zamiast choinki palmy, zamiast karpia ananas, zamiast sniegu piasek i slonce. A wieczorem podzielilam sie hawajskim koktajelm z wspolokatorem, ktory dzielil ze mna pokoj w hostelu.
Albo pierwsze swieta w Anglii. Nie polecialam do Polski, zeby dzieci mogly tate w swieta zobaczyc. Wyszlo tak, ze dzieci tate zobaczyly, a ja bylam zupelnie sama w domu, ‘prawie byla’ rodzina mnie nie zaprosila, przyjaciol jeszcze zadnych nie mialam. Siedzialam na kanapie, opilam sie nieludzko, a rano podjelam decyzje, ktora zawazyla na calym naszym przyszlym zyciu. Bardzo dobra decyzje podjelam, wiec pomimo, ze swieta byly najgorszymi w moim zyciu, to jednak byly do czegos potrzebne.
Pamietam rowniez jedne swieta, kiedy bylam zupelnie malym dzieciakiem, i wtedy jedyny chyba raz przyszedl do nas prawdziwy Mikolaj. Zapukal do drzwi, w czerwonym fraku i z biala broda, i przyniosl prezenty dla nas i dla naszych kuzynow… wiele lat sie dziwilam, skad on wiedzial, jak mam na imie.
A Wam jakie swieta najbardziej zapadly w pamiec? I dlaczego?