Wyprzedaze.

Tradycyjnie juz drugiego dnia swiat ulica brytyjska ozywa. A to dlatego, ze otwieraja sklepy (czesto juz o 8 rano, czasami nawet i o 6!!) i zaczynaja sie

WYPRZEDAZE!!!!

U mnie w miasteczku bylo w miare spokojnie, o 10 rano ulica wygladala tylko jak w niedzielne popoludnie, czyli czasami trzeba sie bylo przeciskac. Ale za to w Londynie sie dopiero dzialo!! Ludzie juz w nocy ustawiali sie przed sklepami, dom handlowy Selfridges zrobil obrot na poltora miliona funtow – tylko w ciagu pierwszej godziny, a towary znikaly z polek zanim sie tam jeszcze pojawily!!!

Poogladajcie sobie zdjecia, i poczytajcie sami! Bonanza, jak slowo honoru.

Sales

A takie tam sobie.

Wczoraj wieczorkiem zabralysmy sie z mama za rozpakowywanie pudel (nie chodzi o psa. Chodzi o pudelka. To znaczy pudla. Kartony. Nie mam polskich znakow…) w duzym pokoju. Przy winku udalo nam sie doprowadzic pokoj do stanu uzywalnosci.

Pokoj wyglada jak wyglada. Staroswiecko. Mialo byc nowoczesnie, pieknie i lekko, a wyszlo jak u babci. No bo te skorzane kanapy.

I rzeczy, ktore sa jedyne w swoim rodzaju, oryginalne i piekne, jesli sie na nie patrzy pojedynczo, ale zrzucone do jednego (malego) pokoju daja wrazenie… starosci. Hinduska lawa… skrzynia z metalowymi obiciami. Biurko z rzezbionymi nozkami… Perski dywan (drogi jak cholera, spadek po bylym mezu, ktory swego czasu dywan dostal od szejka arabskiego w prezencie).

I tylko telewizor nowy. I brak pomyslu jak to zrobic zeby to wygladalo ladnie, a nie staro.

To tyle na temat duzego pokoju. Dzisiaj rano pojechalysmy z mama i dzieciakami kupic choinke. Taka prawdziwa. Dla zainteresowanych – niezbyt wysoka kosztuje £35. Wieczorem bedziemy ubierac.

A okolo godziny 10 mama pisze mi smsa – pozbylam sie kaloryfera! Przed domem mialam stary kaloryfer, tez prawie antyk, ktory wywalilam z duzego pokoju (zainstalowalam nowy. Ok, to mam dwie nowoczesne rzeczy, telewizor i grzejnik). Od kilku dni zastanawialam sie, jak najtaniej pozbyc sie tego zelastwa, ciezkie toto, podniesc nie podniose, na smietnik nie wywioze… no i dzisiaj facet przejezdzal furgonetka, i mama mu ten kaloryfer wepchnela, na dokladke dorzucila zepsute palniki od kuchenki gazowej. Desek zerwanych ze scian (boazeria byla w tym domu…) zabrac nie chcial.

A robota na dzisiejszy wieczor – znalezienie prezentow, papierow do pakowania, i dekoracji na choinke. Gdzie jest pudlo numer siedemset osiemdziesiat piec, ja sie pytam???

Nowy dom.

No to przeprowadzce stalo sie zadosc.

Ubozsza o prawie tysiac funtow, bogatsza o kolejne doswiadczenie przeprowadzkowe, jestem juz w nowym domu.

Chlopaki z firmy od samego rana dziarsko zabrali sie do roboty. Kanapy moje rozmiarowo pasuja do katarskich willi, a nie do angielskich dziupli. Tak, tak, moje skorzane kanapy z Kataru wloklam do Anglii. Gdybym wiedziala, ze jedna kanapa caly pokoj zajmie, to sprzedalabym i kupilabym tutejsze, miniaturowe, no ale nie wiedzialam, a teraz to szkoda wyrzucac, bo chociaz stare, to jednak wygladaja wciaz bardzo dobrze. podobnie ze stolem jadalnym, polkami..

Ale chlopaki wprawne, to i kanapy gladko przez waskie drzwi przechodzily, od stolu odkrecili nogi, i tez udalo sie wniesc do domu.

Teraz tylko musze sie zastanowic, jak upchnac zawartosc czterometrowej kuchni na jednym metrze kwadratowym. Jakies pomysly?

A jak juz sie rozpakuje, to urzadze impreze. Coz z tego, ze sciany golymi tynkami pokryte, a farba jeszcze nie? Coz z tego, ze gniazdka jeszcze nie zalozone, a w duzym pokoju brak oswietlenia? Jak szalec, to szalec, bedzie parapetowka w zwiazku z nowym domem, przy swiecach jak trzeba, i bedzie impreza w zwiazku z wykonczeniem prac dekoracyjnych, a co!

 

Nietypowe swieta?

Wiekszosc z nas juz opanowala przedswiateczna goraczka. Czytam sobie gazetki, a w nich, oczywiscie, bozonarodzeniowe wspomnienia.

I ja zaczelam sobie wspominac. A najbardziej pamietam te nietypowe…

Pewna Wigilie spedzilam na lawce w parku. Towarzystwa dotrzymywal mi wtedy chlopak mojej siostry. Dopiero wiele lat pozniej zdalam sobie sprawe, ze tak zachowalby sie tylko prawdziwy przyjaciel. I dopiero wiele lat pozniej to docenilam. Swoja droga szkoda, ze zazwyczaj doceniamy rozne rzeczy dopiero po fakcie, kiedy juz jest za pozno, albo kiedy je stracimy…

Albo swieta spedzone na Hawajach. Zamiast choinki palmy, zamiast karpia ananas, zamiast sniegu piasek i slonce. A wieczorem podzielilam sie hawajskim koktajelm z wspolokatorem, ktory dzielil ze mna pokoj w hostelu.

Albo pierwsze swieta w Anglii. Nie polecialam do Polski, zeby dzieci mogly tate w swieta zobaczyc. Wyszlo tak, ze dzieci tate zobaczyly, a ja bylam zupelnie sama w domu, ‘prawie byla’ rodzina mnie nie zaprosila, przyjaciol jeszcze zadnych nie mialam. Siedzialam na kanapie, opilam sie nieludzko, a rano podjelam decyzje, ktora zawazyla na calym naszym przyszlym zyciu. Bardzo dobra decyzje podjelam, wiec pomimo, ze swieta byly najgorszymi w moim zyciu, to jednak byly do czegos potrzebne.

Pamietam rowniez jedne swieta, kiedy bylam zupelnie malym dzieciakiem, i wtedy jedyny chyba raz przyszedl do nas prawdziwy Mikolaj. Zapukal do drzwi, w czerwonym fraku i z biala broda, i przyniosl prezenty dla nas i dla naszych kuzynow… wiele lat sie dziwilam, skad on wiedzial, jak mam na imie.

A Wam jakie swieta najbardziej zapadly w pamiec? I dlaczego?

Jak sie mama zgadywala.

Na dole angielski robotnik, na gorze polski robotnik.

Przyszla mama robot pilnowac. I zagadala do angielskiego robotnika, troche po polsku, troche po angielsku. Ze na gorze to jest polish. Na co oburzony Anglik – on nie bedzie polish, on nie jest od sprzatania, on jest od budowania!

W autobusie sie mama nieco wkurzyla. Chciala kupic bilet powrotny. Napisalam jej na karteczce ‘return’, ale chyba zapomnialam wymowy napisac. Mama do kierowcy mowi RETURN, RETURN!, a kierowca ni w zab nie wie, o co mamie chodzi. Przyglup taki – stwierdzila.

To mama sposobem zaczela, tlumaczy kierowcy ze chce ‘station-school, school-station’. A kierowca sie upiera, ze bilet dzienny jej da, ‘day ticket’. Mama przy swoim obstaje, stacja-szkola szkola-stacja, a kierowca sie przekonac nie daje, i naciska, ze bilet dzienny. Podyskutowali sobie tak przez pare minut, w koncu mama sie poddala presji, i wziela ten bilet dzienny.

Pozniej oburzyla sie ponownie, bo kierowca jej zle reszte wydal. Caly dzien byla na to oburzona. Dopiero wieczorem patrze na ta jej reszte, no zgadza sie.. O, a ten pieniazek to sa dwa funty? Zdziwila sie mama.

Pecha miala, bo wiekszosc kierowcow to jednak Polacy…

Pomysl na prezent.

Nie wiecie, co kupic komus, kto ma wszystko? To mu kupcie NIC. Za £6.65 mozecie kupic nic, a co najlepsze, koszt przesylki wyniesie tyle samo, ile wart jest sam prezent – nic.

To chyba jest najglupszy prezent na swiecie, ktory ja widzialam. Czy Wy spotkaliscie sie z rownie glupimi, albo i jeszcze glupszymi prezentami?