Jakbym się martwiła cały czas, to byłabym chuda jak Paryżanka. Bo jak się martwię, to nie chce mi się jeść. A od dawien dawna wiadomo, że nie można być ani zbyt chudym, ani zbyt bogatym.
Ale lata tłamszenia w sobie negatywnych uczuć i odsuwania zmartwień “na jutro” odniosły skutek. Wytrenowałam się doskonale, i teraz już nie chce mi się martwić rzeczami, których nie mogę zmienić, nie rozważam możliwych scenariuszy, nie zastanawiam się, co by było gdyby, nie próbuję na siłę zmieniać rzeczy niezmienialnych. Cieszę się chwilą obecną. Żyję wręcz trochę płytko, bez wgryzania się w głębszy sens rzeczy. Ale tak musiałam, żeby przetrwać.
Ponieważ stresy uparcie upycham po kątach, równie uparcie dopisuje mi apetyt. A w pewnym wieku podobno ubywa już masy mięśniowej i samo wąchanie ciastka (a może i piwa….) przyczynia się do nowych zaokrągleń.
Niektóre z nich, jak na przykład te dwa co mam na przodzie, przy ramionach, zwane piersiami, są nawet całkiem fajne. Ale inne, też na przodzie, ale nieco niżej (brzuch!) już tak nie radują. Również masywne uda, uważane za symbol piękności w starożytnej Grecji, raczej nie cieszą w dzisiejszych czasach.
Dzisiaj jestem w nastroju ‘rozważalnym’, nieco nastrojowym, więc próbuję zdeterminować, czy tak naprawdę wolałabym być gruba, czy też chuda ale z wieczną depresja…
Może na duchu podnosiłyby mnie uwagi ludzi: Ale ty jesteś chuda, powinnaś trochę przytyć!