Zakupy w internecie.

Uwielbiam zakupy przez internet. Serio. Moge zastanawiac sie przez cztery dni, czy te akurat szpilki mi sie podobaja, czy nie. Moge je ogladac siedem razy na dzien, o kazdej porze dnia i nocy, i zadna naburmuszona ekspedientka nie bedzie niezadowolonych min robila.

Niewatpliwa zaleta zakupow online jest to, ze mozna porownac ceny. I czesto jest o wiele taniej niz w sklepach. Na tej stronie mozemy robic zakupy spozywcze. Wrzucamy do ‘koszyka’ pol kilo mielonego, a strona pokazuje nam tansza alternatywe (jesli taka istnieje). Ale to nie wszystko, mozemy rowniez zobaczyc, ile nasze zakupy kosztowalyby w innych supermarketach (Tesco, Sainsbury, Ocado..). I jesli w trakcie zakupow okaze sie, ze Tesco jest tansze od Sainsbury, to mozemy z latwoscia przeniesc nasz koszyk do Tesco…

Nie mozna zapomniec o wszechobecnych promocjach i kuponach znizkowych.

W internecie kupuje nie tylko artykuly spozywcze, ale rowniez ubrania i BUTY!! Jednym z moich ulubionych sklepow – od lat – jest ASOS. Kiedy zaczynali, sprzedawali ubrania i buty wzorowane na drogich markach, w ktore ubieraly sie znane osoby (ASOS to skrot od as seen on stars). Do tej pory mam czarne szpilki z czerwona podeszwa… (kto sie interesuje, to wie co to oznacza.. a la Louboutin, hi hi hi 🙂 ). Dzisiaj ASOS ma olbrzymi wybor ubran tanszych, i markowych. Juz nie ‘wzorowanych’.

Ostatnio kupilam sobie sliczne szpilki. Nie tylko przesylka jest za darmo, ale dodatkowo tez wieczorem dostalam smsa, ze moja paczka przyjdzie jutro pomiedzy 11 a 12. Hura, nie trzeba czekac caly dzien w domu! Co wiecej, paczka zostanie przywieziona przez “Twojego kierowce, Piotra”. Hej ho, nie kazdy ma “swojego” kierowce, nie?

Najpiekniejsze jest to, ze jesli cos, co kupilismy nie pasuje, albo po prostu sie nam nie podoba, mozemy to za darmo odeslac. Bez problemu.

Zakupy w internecie maja tez, oczywiscie, swoje wady. Kilka razy nacielam sie, a jakze. Zamiast bialego chleba zamowilam sobie chlebki pita, butelka keczupu okazala sie mikroskopijnego rozmiaru (nie zauwazylam, ze pojemnosc jakas taka niska…), a schab mial 4 kilo, kosztowal £40, i jadlysmy go potem przez tydzien.

Czy Wy kupujecie przez internet? Jesli nie, to dlaczego? Jesli tak, to co?

Nieszczescia chodza parami. Albo dziesiatkami.

Wakacje w Kornwalii generalnie byly bardzo udane, poza pewnymi, ze tak powiem, glupimi wypadkami.

Wspomnialam juz o tym, ze zapomnialam walizki. Nie wspomnialam natomiast (chyba) o tym, ze tylek mi marznal przez piec dni. W salonie mialysmy piecyk gazowy. Pol godziny zajelo mi rozpracowanie go. Jak sie toto wlacza? Probowalam zapalniczka, ale tylko sobie paznokcie przypalilam (smierdzialo). W koncu odkrylam, ze wystarczy kurek przekrecic.

W sypialniach za to bylo zimno jak na Syberii. Pewnego ranka obudzilam sie i zanim wyszlam z lozka zabawialam sie ogladaniem pary, ktora mi buchala z ust. Dopiero po pieciu dniach odkrylam, ze w sypialni tez jest ogrzewanie… do konca nie udalo mi sie rozpracowac jak dziala ciepla woda w prysznicu.. albo raczej jej brak.

Taka bylam szczesliwa z powodu ogrzewania w sypialni, ze z tej radosci spalilam recznik, spodnie Oli i getry Zuzi (suszylam za blisko…). Ladne dziury wypalone sie zrobily. Dobrze, ze karawanu z dymem nie puscilam.

A skoro juz o dymie mowa, to oczywiscie musialam tez przetestowac alarm przeciwdymny. W domu zawsze przy smazeniu nalesnikow robi mi sie dosyc czarno w kuchni, i alarm – wczeslniej lub pozniej – zaczyna wyc. W karawanie tez przetestowalam, a jakze, smazac jajka. Sasiad przylecial, bo myslal, ze wybuchl pozar…

Przedostatniego dnia skonczyl sie nam produkt pierwszej potrzeby – papier toaletowy. Wyslalam dzieci na misje – kradziez z toalet publicznych.

W niedziele (nasz ostatni dzien w Kornwalii) wybralysmy sie na wycieczke do slicznego miasteczka St Ives. Za parking musialam zaplacic £6, ale nie ma nic za darmo w dzisiejszym swiecie, wiec zaplacilam.

Zatrzymalysmy sie na lunch w pubie. Gdy wychodzilysmy, Zuzia odkryla, ze jej kurtka jest cala mokra, spodnie tez. Na siedzeniu bylo pelno wody. Zuzia oskarzyla mnie o to, ze sie posikalam. Jaka to opinie to dziecko musi miec o swojej matce…

Okazalo sie, ze przez przypadek butelka z woda w mojej torbie sie odkrecila. Zalala nie tylko siedzenie i tylek Zuzi, ale rowniez portfel, kindle, telefon… (Kindle przestal dzialac na tydzien, na szczescie po wysuszeniu sie naprawil).

Jesli myslicie, ze to koniec mojej glupoty, to sie grubo mylicie! Na koniec udalo mi sie jeszcze zgubic Ole.

Ostatniego dnia wieczorem poszlysmy na wieczorne rozrywki. Dzieciaki sie wyglupiaja pod scena, ja, tradycyjnie, przy stoliku zlopie piwo.

– Ostatni taniec i wychodzimy – mowie okolo 22. W koncu rano musimy wracac do domu!!

Ale dalam sie poniesc emocjom (i tym piwom..) i pomyslalam sobie – a co mi tam, zatancze do tej glupiej piosenki Chocolate…. i poszlam sie wyglupiac. Jedna piosenka, potem druga, trzecia… w koncu biore Zuzie (ktora tanczyla obok mnie) i rozgladam sie za Ola. Oli nigdzie nie ma!

Gdy ja znalazlam Ola byla zalana lzami, w asyscie pieciu pan strazniczek. Okazalo sie, ze Ola, ktora NIGDY, PRZENIGDY nie robi tego, o co ja prosze w tym jednym, jedynym przypadku zdecydowala, ze skoro mama mowi, ze wracamy po jednej piosence, to znaczy ze wracamy… ech, te dzieci!

A wracajac do domu, stojac w kilometrowych korkach, zastanawialam sie, dlaczego ci wszyscy idioci (wlaczajac w to autorke tego bloga) wracaja do domu po swietach akurat w poniedzialek wielkanoncny….

Chocolate wyglada mniej wiecej tak jak w wideo ponizej (pozyczone z youtube od przypadkowego uzytkownika).

Popoludniowa herbatka.

Nastepny punkt programu, po rozczarowujacym Land’s End – szpital dla chorych ptakow w Mousehole. Szpitala nam sie nie udalo znalezc, ale za to okazalo sie, ze Mousehole jest przeslicznym, malutkim miasteczkiem z setkami lodek zacumowanymi przy brzegu plazy.

Wpakowalam sie niestety w samo centrum. Centrum to trzy ulice na krzyz, ale ulice sa szerokosci samochodu mini. Zdarzalo sie zatem, ze prawie lusterkiem otarlam o dom z prawej, albo z lewej strony. Kilka razy musialam tez cofac kilka metrow, do nieco szerszego miejsca, aby samochod z naprzeciwka mogl sie zmiescic obok mnie (bo uliczki, niestety, nie byly jednokierunkowe). Wyjechalam z Mousehole zlana potem.

Cream teaZaparkowalam poza miastem, i wrocilysmy na pieszo. Znalazlysmy mala kawiarenke, w ktorej postanowilysmy sprobowac slynnej kornwalskiej cream tea. Cream tea to buleczka, do niej podany jest dzem truskawkowy (najlepiej domowej roboty) oraz gesta smietana. No i oczywiscie dzbanek herbaty.

Kornwalia i Devon sa bardzo dumne ze swoich cream tea. Tyle tylko, ze w Devon kladzie sie na buleczke najpierw smietanke, pozniej dzem. W Kornwalii jest na odwrot – najpierw dzem, a pozniej smietanka. Jak na moim zdjeciu. Kornwalczycy drocza sie z mieszkancami Devon – mowia, ze smietanka z Kornwalii jest przepyszna, ze sa oni z niej tak bardzo dumni, ze klada ja na wierzchu. I ze w Devon to wstydza sie swojej smietanki troche, wiec chowaja ja pod dzemem.

Jak jest, nie wiem, ale bardzo mi sie podoba pomysl na cream tea i jak wroce do domu to poszukam przepisu na takie buleczki.

Wieczorem pojechalysmy odwiedzic moja kolezanke. Spotkalysmy sie w Katarze, pozniej ona wyjechala, nie widzialysmy sie od 4 lat. Ale utrzymywalysmy kontakt glownie na Facebook. Kolezanka uraczyla nas obiadem – cieszylam sie na domowy obiad, bo w domku kempingowym gotowanie ograniczam do przyrzadzenia miesa mielonego – albo bolognese, albo z dodatkiem fasoli chilli con carne. Mozecie sobie wyobrazic moja radosc, jak zobaczylam na stole….. chilli con carne!!!

Na do widzenia kolezanka obdarowala mnie jajkami prosto od kury (hoduje trzy, jako zwierzeta domowe, jajka to przyjemny efekt uboczny), cynamonem z Kataru, i kuponem znizkowym do Eden project, ktory mam zamiar odwiedzic w poniedzialek, wracajac do domu.

P.s. Dzisiaj jest poniedzialkowy ranek. Leje jak z cebra. Byc moze niestety nie odwiedzimy Eden Project 😦

Kopalnia cyny i jak czlowiek potrafi zrujnowac naturalne piekno.

W naturze musi byc rownowaga. Zatem zeby matka nie zglupiala, musi miec odpoczynek od kempingowego lumpu cumpu i nadmiaru tandety. Piatek byl dniem dla matki. Pojechalysmy na zwiedzanie Kornwalii.

Najpierw Geevor Tin Mine – stara kopalnia cyny. Cyne wydobywa sie w kilku tylko miejscach na swiecie, Kornwalia jest jednym z nich. Wycieczka do tejze kopalni wywarla na mnie bardzo duze wrazenie. Pozwolono nam zejsc wglab szybu (okolo 25 metrow pod ziemia), dzieciaki mogly szukac “zlota” i innych cennych kamieni (przesiewajac piasek), mogly tez zobaczyc i doswiadczyc jak dawniej wykuwano korytarze, jak tluczono wielkie kamienie na pyl, i jak gornicy swieczkami oswietlali sobie miejsce pracy. Przewodnikami w kopalni sa gornicy, ktorzy kiedys tutaj pracowali, bardzo chetnie i barwnie opowiadaja historie jak to praca kiedys wygladala.

Zawsze wiedzialam, ze w kopalni jest ciezka harowka, ale nie zdawalam sobie sprawy z tego, jak okrutne to bylo zajecie. W kopalniach pracowali chlopcy 10 letni, a na powierzchni dziewczynki piecio, szescioletnie. Szli do pracy po kilka kilometrow. Pozniej aby dostac sie wglab szybu schodzili po drabinie nawet i dwie godziny – wszystko to zanim jeszcze rozpoczeli prace! W kopalni Geevor wszystkie korytarze byly poczatkowo wykuwane recznie, pozniej uzywano prochu (za ktory gornik musial zaplacic sam!). Ojcowie czesto zabierali swoich synow do pomocy. Chlopcy w wieku 8, 9 lat nosili dziennie po kilka ton kamieni.

Na powierzchni dziewczynki i kobiety za pomoca olbrzymich mlotow rozdrabnialy te kamienie na pyl. Halas jest niewyobrazalny, gornik-przewodnik walnal mlotem raz a ja myslalam, ze ogluchne. A te biedne dziewczynki caly dzien musialy w tym halasie mlotami walic. Co gorsza, jesli ktoras sobie palca zgruchotala, nie bylo przebacz, pracowac dalej musiala.

Pozniej pojechalysmy do Land’s End – najbardziej na zachod wysuniete miejsce w Anglii. Mialo byc pieknie. Ale bylo tylko wielkie rozczarowanie. O ile Lizard Point jest przepiekne i naturalne, o tyle Land’s End jest skomercjalizowanym wesolym miasteczkiem ktore obdziera cudowny widok z wszelakiego piekna. Parking kosztuje £5, miejsce jest ogrodzone sznurkami, zagracone restauracyjkami, kinem 4D i innymi tanimi rozrywkami tego typu, i dopiero za tym wszystkim jest skalisty brzeg. Zdecydowanie nie polecam.

Talenty.

Wiekszosc matek nie jest obiektywna przy ocenianiu telentu swoich wlasnych dzieci. Ja jestem. Oczywiscie, ze moje dzieci sa najlepsze 🙂

Zuzia i Ola wziely udzial w konkursie telentow. W poludnie byly eliminacje, z 15 dzieci wybrano siedmioro – w tym Ole i Zuzie (obie tanczyly – Zuzia baleto-jazz, Ola kompozycja wlasna z elementami podskokow, rzucania sie na podloge i machania wlosami).

Wsrod ‘talentow’, ktore odpadly byl chlopak, ktory potrzasal tylkiem, dziewczynka, ktora wyrecytowala slowa piosenki Adele, oraz komik, ktory wcale nie byl smieszny.

Wieczorem byl konkurs. Nie wiem, czy ja odwazylabym sie wyjsc na scene przd wszytkimi tymi ludzmi, kilkaset przynajmniej, zatem wielkie brawa dla wszystkich dzieciakow za odwage. Kilka osob tanczylo, kilka spiewalo. Dziewczynki, ktore spiewaly mialy naprawde piekne, silne glosy, i nalezala im sie wygrana.

Aczkolwiek zupelnie obiektywnie (oczywiscie) stwierdzam, ze Zuzia i Ola tanczyly swietnie. I zdobyly calkiem sporo glosow. A ja nie oszukiwalam, i mialam tylko jeden glos, zatem wszystkie pozostale byly od zupelnie obcych osob, ktorym po prostu podobalo sie to, co moje dzieci zrobily.

A ja ciesze sie tylko, ze udalo mi sie odwiesc Zuzie od spiewania, bo chciala wyjsc i spiewac… glos odziedziczyla, niestety, po mnie…

Kto by tam lata liczyl!

Wiek to pojecie wzgledne. Mam tyle lat, na ile sie czuje – ktoz nie slyszal tego stwierdzenia!

Powszechnie rowniez wiadomo, ze – od pewnego wieku – kobiety lubia sobie lata odejmowac.

Ale gdy sie ma 5 lat, oj, to zupelnie inna sprawa!

Water walkerzZajecia oferowane dzieciom sa podzielone na kategorie wiekowe. Na przyklad takie wielkie kule, pilki, powiedzmy, do ktorych dziecko wchodzi, nadmuchuje sie je powietrzem, i puszcza toto na wode. I dziecko – jak chomik – chodzi w srodku tej pilki po wodzie. “Bomby” – jak to Ola nazwala – sa od 8 lat. Ola ma 6.

– Czy moge Ole zapisac na to?

– No nie, bo to od 8 lat. Bo osmiolatek jest na tyle duzy, ze jakby pilka pekla, to woda w basenie go nie przykryje, bedzie mogl stanac na dnie i sie nie utopi.

– Ale ona umie plywac, i juz to wczesniej robila, a poza tym jest na tyle wysoka, zeby mogla stanac w basenie, wiec dlaczego nie?

– Ja tam nie wiem, prosze isc szefa zapytac.

Szefem jest Shaun, ktory wyglada kropka w kropke jak Karolak. Maniery tez ma podobne, wrecz.

Poszlam zatem do kornwalskiego Karolaka i pytam, czy Ola moze, bo ona tak bardzo lubi, i naprawde sie cieszyla na te kule, i umie plywac, bo od dziecka sie uczy, i bardzo, bardzo prosze, no przeciez….

– Cicho, niech slucha! – mowi szef-Karolak. Ja nie moge pozwolic, bo wiem, ze ona ma 6 lat. Nasi pracownicy pytaja, ile lat ma dziecko, ale nikt tego nie sprawdza. Rozumiesz?

Pewnie, ze zrozumialam!

Poszlam do recepcji, i zamowilam kule dla Oli.

– Imie? Wiek?

– Ola. 8 lat. Shaun tak powiedzial! – dodalam obronnie.

Recepcjonistka usmiechnela sie.

– Ola ma dzisiaj 8 lat, mowi do drugiej. Zazwyczaj ma 6.

W kamperze (zwanym przeze mnie wczesniej karawanem) pouczam Ole – pamietaj, masz mowic, ze masz 8 lat!

– Ale ja mam 6!!!

– Nie szkodzi! Jak mama mowi, ze masz 8, to masz 8! – autorytatywnie mowi Zuzia. Wie z doswiadczenia.

– Ale mi nikt nie uwierzy – zali sie Ola – jestem za mala na 8 lat!

– Uwierzy nie uwierzy, jak chcesz do bomby to masz 8 lat i koniec.

Tak. Wiek to pojecie wzgledne. Jutro Ola bedzie miala 4 lata, bo zapewnia to darmowy wstep do muzeum…



Tutaj konczy sie Anglia

W srode rano, tuz po obudzeniu, zabawialam sie ogladaniem pary, ktora leciala mi z ust, gdy chuchalam. Rzeczywiscie, te karawany chlodne sa w nocy!

Caly dzien padalo i wialo. Ale przeciez byle jaki deszcz mnie nie powstrzyma, jestem na wakacjach i zwiedzanie trzeba robic!

Po porannej sesji malowania i cyrkowych sztuczek dla dzieci zjadlysmy obiad ugotowany na mini kuchence, ubralam sie na cebulke – podkoszulek, jeden sweter, drugi sweter, bluza, szalik i wiosenna kurteczka (ktora na szczescie zabralam z domu) i pojechalysmy zobaczyc gore Swietego Michala (St Michael’s Mount). Cala droge deszcz zacinal, ale optymistycznie wierzylam, ze moze przestanie, jak dojedziemy… Dojechalysmy. Deszcz nie przestal zacinac, za to ja zdalam sobie sprawe, ze zapomnialam mojej letniej kurteczki. No coz. Trzeba zacisnac zeby i isc…

Po dziesieciominutowym spacerze po plazy, w deszczu i wietrze, dotarlysmy do miasteczka Marazion, gdzie znajduje sie gora Michala. Jest to wysepka, na ktorej stoi zameczek-muzeum. Gdy jest odplyw, mozna tam dojsc na pieszo. Gdy jest przyplyw, ludzie dostaja sie tam lodkami. Oczywiscie, jak wszystko w Kornwalii, bylo tam bardzo pieknie i widowiskowo.

Pozniej piecdziesiat minut w samochodzie, aby dojechac do Lizard Point – najbardziej na poludnie wysuniete miejsce w Wielkiej Brytanii. GPS doprowadzil mnie do wioski, a pozniej kaze mi skrecac w jakas lesna drozke… opanowalam sie i zawrocilam, i chwala Bogu, bo pozniej poszlysmy na spacer tamtedy, i okazalo sie, ze GPS chcial mojego golfa prowadzic po zboczach kamiennych… Pomimo pochmurnej pogody woda byla przeslicznie turkusowa. Zamieszcze zdjecie jak wroce do domu (robione mini aparatem, niestety… ach, jakie cudowne panoramy moglabym robic, gdybym miala swojego Canona…. ;-(  ). Zobaczylysmy latarnie morska, zobaczylysmy “najbardziej poludniowy dom w Wielkiej Brytanii” (zastanawiam sie, czy bardzo drogi jest w zwiazku ze swoim polozeniem).

Wieczorem zadna z nas nie miala ochoty na disko i krzyki “spiewakow”, wiec zostalysmy w karawanie i bawilysmy sie w gry przywiezione z domu.

Lizard Point

Zdjecie z netu. Niestety 😦

St Ives – nadmorskie miasteczko.

We wtorek byly urodziny Zuzi. Rano otworzyla prezenty, a pozniej obie poszly na lekcje strzelania z luku.

St IvesA po poludniu pojechalysmy do St Ives – przeslicznego miasteczka nadmorskiego. Przez pol godziny szukalam miejsca do zaparkowania, w koncu udalo sie. Warto bylo, bo St Ives jest przesliczne, z waskimi uliczkami, starymi domkami, otoczone woda ze wszystkich stron. Co drugi sklep to galeria, latwo wywnioskowac, ze artysci uwielbiaja St Ives. I trudno im sie dziwic.

Stoimy sobie z Zuzia i Ola nad brzegiem morza, jemy lody w rozku (niewazne, ze wiatr na prawie glowy urywa a nosy sa sine z zimna, jak tu nie zjesc loda bedac nad morzem!), a tu nagle BACH! olbrzymia, tlusta mewa rzucila sie na mojego loda i wyrwala mi go prosto z reki! Taka zuchwala!

Cornish pastyNa lunch kupilysmy slynne Cornish pasty – lokalny przysmak. Jest to duzy pierog z kruchego chyba ciasta (nie bardzo sie znam…) wypelniony miesem – wolowina, albo kurczakiem, doprawionym na rozne sposoby –  i warzywami.

Historia cornish pasty jest dosyc ciekawa – zony gornikow przygotowywaly obiad dla swoich mezow. Stek, ziemniaki i warzywa zawijaly w ciasto, piekly to wszystko razem, i takiego pieroga dawaly mezom – dzieki temu maz mial pelnowartosciowy obiad ktory mozna bylo latwo zjesc, bez uzycia sztuccow. No i wnetrze pieroga pozostawalo cieple przez dlugi czas – a nawet jesli ostyglo, to latwo mozna bylo je podgrzac nad swieca.

Poniewaz rece gornikow czesto byly zanieczyszczone olowiem, zjadali oni nadzienie z ‘pieroga’, a ciasto wyrzucali.

Przyznaje, jadlam to pierwszy raz (chociaz mozna cornish pasty kupic wszedzie) i bardzo mi to smakowalo.

Wieczorem – obowiazkowa rozrywka. Na poczatek – sztuczki. No swietnie – pomyslalam. Ale dzieciom sie podobalo. Pozniej bylo lepiej – pokazywali eksperymenty naukowe – dostosowane do wieku publicznosci, oczywiscie. Gdy na scene wyszla gwiazda wieczoru (znow dwie dziewczyny i facet, troche podobny do wokalisty zespolu Boys) i zaczeli spiewac, zrelaksowalam sie – glosy mieli dosyc przyjemne. Jak sie pozniej okazalo, byla to grupa Scootch, ktora reprezentowala Anglie w konkursie Eurowizji w 2007 roku. Udalo im sie zajac drugie miejsce. Szkoda, ze drugie od konca :D.

Po wystepie wrocilysmy do karawanu i o 22:20 zaspiewalysmy Zuzi Sto lat. Zuzia jest bardzo dumna z faktu, ze teraz juz ma “dwie cyfry” a nie jedna (10 lat, a nie 9).

W nocy lalo, deszcz walil o dach karawanu, wichura bujala karawanem na prawo i lewo. Doslownie. W karawanie zrobilo sie bardzo, bardzo zimno – tak zimno, ze az mam purpurowego nosa.



Nocne rozrywki.

W poniedzialek wieczorem poszlysmy do “centrum rozrywki”, czyli sali, w ktorej odbywaja sie dyskoteki i wieczorne przedstawienia.

Sala wypelniona byla goscmi – w wiekszosci byli to mezczyzni z kolczykiem w uchu i tatuazami od nadgarstka do ramienia, otyle kobiety z tlustymi wlosami, lub mlodociani rodzice z malymi dziecmi – czesto pasujacymi tez do pierwszej kategorii.

Na scenie – tzw. maskotki, czyli ludzie przebrani za zwierzeta. Skacza i spiewaja zbyt glosno. Pozniej na scene wchodzi gwiazda wieczoru. Dwie dziewczyny i lysiejacy mezczyzna w srednim wieku, z piwnym brzuchem. Ubrani w niebieskie kostiumy wyszywane cekinami. Dziewczyny maja szorty – tego samego rozmiaru chyba, bo na chudej szorty wisza, grubej wbijaja sie w uda. Do tego czarne, toporne buty sportowe. Wszyscy wygladaja groteskowo. Spiewaja jeszcze gorzej. Nie moglam pozbyc sie skojarzenia z uczestnikami Idola – tymi, ktorzy biora udzial w eliminacjach i staja sie posmiewiskiem.

Zuzie boli glowa. Ola sie nudzi. Dalam im po dwa funty. Poszly do baru. Wrocily z czterema sprejami do ust i z butelka dezodorantu w kulce do ust (w srodku jakies ulepkowe wynalazki o owocowym smaku). O 23 mialam juz dosyc. Wracamy do karawanu.

Karawany.

Torby spakowane, GPS naladowany, wyjezdzamy na wakacje!! Tym razem do Kornwalii. Kto czyta bloga od dawna wie, ze lubie wakacje intensywne, podczas ktorych cos sie dzieje. Tym razem (troche z braku pieniedzy, troche z lenistwa) postanowilam, ze wakacje beda dla dzieci (ha, dobra ze mnie matka). Miejscem, ktore zapewnia dzieciom rozrywke sa parki karawanowe. Wakacje dosyc popularne tutaj, zwlaszcza wsrod niezbyt zamoznych rodzin z malymi dziecmi.

KarawanW karawanie jest przewaznie pokoj dzienny, lazienka, sypialnie (liczba zalezy od wielkosci karawanu), kuchnia. Wyposazenie – w zaleznosci od standardu – moze byc albo bardzo podstawowe, albo super wypasione, jak w luksusowym domu.

Podczas wakacji w karawanie dla dzieci organizowane sa zajecia – w ciagu dnia i wieczorami. Dyskoteka, przedstawienia, strzelanie z luku, itd.

Znalazlam cos takiego w internecie, i pomyslalam sobie – dzieciom sie spodoba. Ok. Jedziemy.

Torby spakowane. Lista rzeczy do zrobienia “tuz przed wyjsciem z domu” – podlac kwiatki, wylaczyc telewizor, wyniesc smieci – odznaczona.

Jedziemy samochodem. Piec godzin. Wbrew pozorom, wcale nie bylo ciezko, moze dlatego, ze ja lubie prowadzic. Po drodze trzy krotkie przerwy – jedna na siusiu i kanapke, 15 minut. Druga na posprzatanie wymiocin Oli (dobrze, ze duzo tego nie bylo). Trzecia – bo Zuzia myslala, ze jej tez sie chce wymiotowac.

caravan parkPark, w ktorym sa nasze wakacje jest olbrzymi. Nie wiem, ile karawanow, ale duzo. Niektore tuz nad samym brzegiem morza. Nasz, na szczescie, jest tuz obok recepcji i centrum rozrywki. Dobrze, bo mamy blisko na wieczorne przedstawienia, disko, i na basen.

Z karawanami roznie bywa, slyszalam historie mrozace krew w zylach – na przyklad zaplesniala kanapka za telewizorem, albo zdechla mysz pod kanapa… no dobra, krew nie zamarza, ale i tak mozna sie zniechecic. Nasz okazal sie nie tylko czysty, ale rowniez bardzo przestronny – trzy sypialnie, w mojej jest nawet i dodatkowa toaleta!

Zaczelam rozpakowywac torby. Najpierw oczywiscie towar pierwszej potrzeby – piwo do lodowki.

A potem…

Oczywiscie jest to moja historia, nie moglo sie obyc bez przygody, prawda?

Zatem potem okazalo sie, ze zapomnialam….

Walizki.

Tak. To mozliwe. Nie, nie wiem, jak. Widocznie powinnam zaczac wpisywac na moja liste rzeczy do zrobienia tuz przed wyjsciem z domu: ‘zabrac walizki’.

Ale walizka zostala w domu. A w niej aparat fotograficzny (najwazniejsza rzecz). Inhalator Oli. Jej antybiotyk. Szczotki do zebow. Makijaz. Kurtka (lepiej zeby bylo slonce!!). I pare innych rzeczy pierwszej potrzeby…

Bylam w glebokiej rozpaczy, bo bardzo chcialam porobic piekne zdjecia – Kornwalia jest przecudownie widowiskowa – nawet sobie poczytalam jak robic swietne pejzaze… i sie okazalo, ze nie mam aparatu ;(

p.s. zdjecia karawanu i parku nie sa mojego autorstwa, znalezione w necie.