Rano pojechałam do warsztatu.
Przemiły pan kazał mi usiąść i poczekać, że zaraz się mną ktoś zajmie. Usiadłam sobie, i czekałam. Po pół godzinie mniej więcej podszedł do mnie mechanik.
– To ty chciałaś opony zmieniać?
– No tak, ja.
– To daj mi klucz.
Pomyślałam sobie, że chce klucz do odkręcania koła, bo na stronie internetowej, gdzie kupowałam te opony to kazali koniecznie mechanikowi pokazać, gdzie jest klucz.
– O, ale ja nie wiem, gdzie on jest – powiedziałam. To ja z tobą pójdę, pokażesz mi, i będę wiedziała na przyszłość – ucieszyłam się.
Mechanik popatrzył na mnie jakby nie wiedział, o co mi chodzi, ale ja, niezrażona w ogóle, mówie:
– No to chodź, idziemy!
Poszliśmy.
Stanęliśmy przy aucie. Wyjęłam kluczyki z kieszeni, otworzyłam samochód, pewnie klucz gdzieś w bagażniku jest.
On mnie znów o ten klucz prosi. Co on taki niekumaty – myślę sobie. Nie rozumie, że nie wiem, gdzie on jest?
– No przecież ci mówię, że nie wiem, gdzie jest klucz – tłumaczę mu jak dziecku, nieco już zirytowana, bawiąc pilotem do samochodu.
Popatrzył na mnie jakbym była zdrowo walnięta. Po czym wyciągnął dłoń i bez ceregieli wyjął mi kluczyki do auta z ręki.
– Potrzebuję klucz, żeby otworzyć auto i ci te opony zmienić – mówi delikatnie, pewnie żeby wariatki nie urazic.
Zrobiło mi się trochę głupio. To nie potrzebujesz klucza do odkręcenia kół?
Nie potrzebował, bo w moim samochodzie koła jakoś inaczej się zdejmuje….
Teraz sobie pomyślałam, że w takim wypadku powinnam popatrzeć jak, bo pojęcia bladego nie mam jak się je odkręca.