Dodaj gazu! Albo nie.

Zapomnialam napisac, ze nasza podroz do domu z konikow bez przygod sie, oczywiscie, nie odbyla. Jade sobie A2 super Matizem mojej mamy, a tu nagle w pewnym momencie czuje, ze pedal gazu luzny sie zrobil jak guma w znoszonych majtkach. Zjechalam na pobocze. Stanelam tuz za innym samochodem, Audi, ktory tez sie akurat zepsul. Po tym, jak mi peknal pasek klinowy w drodze do Jansowki mialam juz wprawe i doskonale wiedzialam, co robic. Zadzwonilam po pomoc drogowa. W tym czasie przyjechala pomoc do Audi. Pan podszedl do mojego Matiza, popatrzyl, i mowi, ze nic nie poradzi.
Przejezdzala inna pomoc drogowa, zatrzymala sie, i pan tez popatrzyl, i mowi, ze nic z naprawy nie bedzie, trzeba holowac.
Ale ubezpieczenie mojej mamy pokryloby mniej wiecej polowe drogi do domu. Pan mowi, ze do Lodzi to mnie odholuje. A co ja niby w tej Lodzi mam robic? Na pieszo stamtad wracac? Taksowke wziac?
Postalismy tam sobie na poboczu, pogadalismy, w koncu pan pogrzebal mi pod maska, wzial kombinerki, i w ciagu minuty mi ta linke od gazu naprawil. Nie wiem jak, ja sie nie znam, ale sie ucieszylam, ze moge jechac.
Pan pojechal za mna jeszcze jakies 50 km, tak na wszelki wypadek, ale na szczescie udalo mi sie dojechac do domu. Teraz Matiz stoi u mechanika i sie naprawia.

Siniaki na nogach robia sie coraz bardziej czarne. Moja mama gdy je zobaczyla to za glowe sie zlapala. Wierzyc nie chciala, ze mozna tak wygladac. A najsmieszniejsze bylo to, ze zupelnie o tych siniakach zapomnialam i zalozylam spodniczke, po czym poszlam do sklepu spirytus kupowac (wymyslilam sobie, ze w Anglii zrobie nalewke). Czulam sie jakbym byla pobita alkoholiczka 🙂

Noi jeszcze na zakonczenie chcialabym dodac, ze najgorsze z clego tego wyjazdu jest to, ze utylam 2 kilo 😦 I kto powiedzial, ze sport to zdrowie??? A, Zuzia utyla 3 kilogramy. 😀 Ach, te ciasta….

Moj chlopak z Jansowki

Powiadają, że w Polsce z traktowaniem klienta jest krucho. A ja tutaj zaprotestuje.

W ośrodku konnym gdzie byłyśmy obsługa jest na światowym poziomie. Przedostatniego dnia Ola nie chciala jeść makaronu. Powiedziałam jej tak:

– Jak nie zjesz makaronu, to jutro ciasta nie dostaniesz.

Kara to była przeokrutna, ponieważ cista były codziennie, codziennie świeżo pieczone przez panie kucharki. Które zresztą są przemiłe.

Ola siedzi i myśli, myśli… w pewnym momencie poszla do kucharek zapytać, jakie ciasto będzie jutro. Musiało sobie dziecko oszacować, czy opłaca się jeść ten makaron czy też nie bardzo. No bo jak jutro będzie szarlotka, to po co się mordować z makaronem skoro i tak szarlotki się nie lubi, prawda?

Pani kucharka zapytała, jakie ciasto chcemy. Ola zażyczyła sobie ciasto czekoladowe. Ktoś przy stole krzyczał: KARPATKA!!! Ktoś inny miał ochotę na sernik. Jakoś do porozumienia dojść nie mogliśmy.

Zgadnijcie, jakie ciasto upiekły panie? Tak, zgadza się. Wszystkie trzy!!! Czekoladowe, karpatkę, i sernik!!!

Ale to nie wszystko. Była w ośrodku grupa na zjeździe integracyjnym. I oni na deser mieli lody. My nie. Zuzia wyraziła swoje rozczarowanie zaistniałą sytuacją. Jak to może tak być, że oni mają lody, a my nie?

Właściciel stadniny to usłyszał, i na drugi dzień Zuzia i Ola dostały lody.

Wakacje się skończyły, a ja, z czystym sumieniem mogę polecić Jansówkę. Każdemu, kto chciałby:

– nauczyć się jazdy konnej;

– podszkolić swoje umiejętności (na każdym poziomie);

– zrozumieć te piękne zwierzęta – w Jansówce uczą jazdy metodą naturalną;

– wypocząć w przepięknym otoczeniu, wśród zieleni.

Jedzenie jest przepyszne, konie ukochane, właściciel przystojny (niestety żonaty, zatem pozostaje tylko popatrzeć i powyobrażać sobie 😉 ), trenerzy cierpliwi a atmosfera niemalże rodzinna.

W ciągu 10dniowego turnusu (zaczynaliśmy od podstaw niemalże) zaliczyliśmy “kierowanie koniem”, kłus, galop, i skakanie przez przeszkody. Nieźle, zwłaszcza gdy ma się do czynienia z takimi głąbami jak ja 😀

A poniżej zdjęcie mojego “chłopaka” Dankana.

Zostałam wycieraczką Dankana.

Lubi mnie – pomyślałam o Dankanie. Dankan to koń, na którym czasami tutaj jeżdżę.

Po każdej jeździe Dankan trącał mnie swoim łbem, ocierał się o mnie, dosyć silnie napierając. Myślałam sobie – niechybnie mnie lubi, tak mi okazuje swoją sympatię, swoje uczucia.

Oczywiście, że Dankan okazywał mi swoje uczucia. Tyle tylko, że zupełnie inne niż te, które ja sobie wyobrażałam!!

Konie mają bardzo silną hierarchię. Zawsze jest koń ważniejszy i ten mniej ważny. Każdy koń dokładnie zna swoją pozycję w stadzie. No i okazało się (po moich dociekliwych poszukiwaniach informacji), że tylko koń ważniejszy może ocierać swój pot o konia niższego w hierarchii. Koń, który się ociera mówi: Jestem wyżej od ciebie, ty jesteś moją wycieraczką, będziesz stał tam, gdzie stoisz, a ja sobie pot o ciebie obetrę i ty nie masz nic do gadania.

Oczywiście, jeśli koń delikatnie tyka cię nosem po jeździe to mówi: ale było super! Aczkolwiek w moim przypadku jest to bardzo mało prawdopodobne. Dzisiaj Dankan zdecydował sobie, ze ucieka z parkuru (to taki tor przeszkód dla konia, gdzie się skacze przez przeszkody), po czym tak też zrobił, i poszedł sobie na łąkę. Nie winię go za bardzo. Nie umiem skakać przez przeszkody, wychodzi mi to kiepsko, szarpię konia i sama siebie też napinam. Zatem Dankan sie wkurzył, miał już dosyć braku moich umiejętności, i zdecydował, że sobie idzie. A ja, chociaż bardzo się starałam, nie mogłam go powstrzymać. Dopiero gdy trener ruszył z odsieczą udało się Dankana z powrotem na parkur zagnać. Potem Dankan nie chciał skakać i musiałam kilka razy do przeszkody podchodzić zanim łaskawie zgodził się przez nią przeczłapać.

A zatem, jak sami widzicie, Dankan musiałby być niespełna rozumu, aby mi powiedzieć: ale było super!

Zatem logiczne wyjaśnienie jego zachowania – zostałam wycieraczką Dankana.

Spadlismy.

No i spadlam. Wczorajsze lekcje bardzo się przydały! Dzisiaj galopem jeździłam i skakałam przez przeszkody, takie niskie, na wysokości około 40 centymetrów.

W pewnym momencie noga wypadła mi ze strzemienia. Trochę spanikowałam, i niestety, musiałam robić lądowanie. Dzięki wczorajszym ćwiczeniom wiedziałam jednak, co robić, i zeskoczyłam z tego konia popisowo.

Tyle tylko, ze nadwyrężyłam sobie potężnie pachwiny, zupełnie jakbym robiła szpagat na siłę, i teraz nie tylko nie mogę chodzić, ale – co najgorsze – nie mogę również koniowi sygnałów dawać. No i bardzo trudno jest mi utrzymać się w siodle.

Miejmy tylko nadzieję, że nie będę musiała mieć przymusowej przerwy w jeździe, w koncu turnus niedługo się kończy 😦

Spadamy!

– A dzisiaj bedziemy spadac! powiedzial trener. Po czym pokazal nam, jak w klusie i galopie zleźć z konia. Wystarczy wyrzucić nogi ze strzemion, złapać konia za szyje, przerzucić nogę nad jego grzbietem i wylądować na ziemi. Łatwizna.

No cóż. Zrobiło mi się słabo. Myślałam, ze zwymiotuję, ale wyjścia nie miałam, musiałam to zrobić. Wsiadłam na konia, trener liczy: RAZ (nogi ze strzemion. Ok, zrobiłam). DWA (złapać konia za szyję. Ok, zrobiłam). TRZYYYY (zeskok). No i tutaj niestety, zawiesiłam się, tak jak komputer się zawiesza. Po prostu nie mogłam.

Następnym razem było już łatwiej, potem to juz bułka z masłem, skakałam z tego konia zupełnie tak łatwo, jak się zeskakuje z huśtawki.

Zuzi zeskoki z konia w kłusie spodobały się tak bardzo, że poprosiła o drugą rundkę. Każdy uczestnik obozu podziwiał ją za odwagę i siłę. Po zakończeniu ćwiczenia dostała brawa!

Spadanie z konia okazało się – jak dla mnie – łatwiejsze od skakania przez przeszkody. Bo to też już robiłam. Niestety, nie potrafię się rozluźnić, i gdy mam skakać przez przeszkodę cała się napinam. Aby tego uniknąć zaczęłam sobie śpiewać tuż przed skokiem: Coś się przypala, siala la la la, chyba kuchnia nawala, siala la la la la… ale zanichałam tego ponieważ koń jak usłyszał mój śpiew tak wyrwał kitę, że prawie wyleciałam za jego zadem przed tą przeszkodą.

Wczoraj również po raz pierwszy spróbowałam galopu. I to było piękne. Prędkość konia i wrażenie, że się płynie daje niesamowite uczucie lekkości.

Konie i komary

– Bardzo dobrze, widzę duży potencjał! – powiedział pan trener.

Na koniu nie jeździłam już od trzech lat, zatem uważam, że koń by się uśmiał z tego mojego potencjału. Chociaż może nie klacz, na której jeździłam wczoraj, bo tej się pewnie wydawało, że z jakiegoś dziwnego powodu wór kartofli kazali jej na grzbiecie wozić. Moje posiniaczone krocze również by się nie zgodziło z tym “bardzo dobrze” trenera. No, ale czymże jest krocze albo koń w porównaniu ze słowami trenera, prawda?

Sama placówka jest przecudowna. Duża, piękna, jest 18 koni, ścianka wspinaczkowa, park linowy. Ba, są nawet koce na tarasie na chłodne wieczory!

Dookoła lata kilka psów, masa komarów, ludzie są przyjacielscy i weseli, jak to koniarze, czego więcej można chcieć!

Zuzia i Ola bawią się bardzo dobrze. Ola zaprzyjaźniła się z Paragrafem i rzuca mu patyki do aportowania. Czasami rzuca też patyki gościom, ale goście do aportowania się nie kwapią. Może dlatego, że te patyki w buzię im są rzucane przez pomyłkę.

Zuzia z kolei obiecuje non stop, że następnym razem to już tego konia na słup drewniany nie wprowadzi. Ale przecież nie powinna się przejmować, prawda, w końcu koń ślepy nie jest i gdzie idzie widzi. Więc skoro słucha dziewięciolatki i na słupy włazi, to sam jest sobie winien!

Z przygodami na konie.

Jechałam sobie spokojnie autostradą A2. Chociaż co to za autostrada, ja się pytam, skoro muszę się co kilkadziesiąt kilometrów zatrzymywać żeby myto zapłacić? Cztery razy mnie zatrzymywali, za każdym razem po 13 złotych. Razem wychodzi 104 PLN w obie strony. Czyste zdzierstwo w biały dzień, jeśli mnie kto pyta.

No ale jadę sobie spokojnie, dozwolonym 130km/godzinę, podśpiewując ostatnie przeboje za Radiem Zet, gdy tu nagle jak nie huknęło, jak nie walnęło! Odruchowo w lusterku sprawdziłam, czy aby czasem mi tylne kolo nie odpadło, ale nie, nic tam na tej autostradzie nie było.

Zapaliło mi się tylko małe światełko sugerujące, ze coś nie tak z akumulatorem. Przyjmując swoje beztroskie podejście do życia doszłam do wniosku, że akumulator to mi przecież nie wypadł, wiec nie ma się co martwić.

Dla świetego jednak spokoju, swojego, bo nie matki przecież, postanowiłam, że zadzwonię do rodzicielki mojej, a właścicielki samochodu, który gruchnął. Reakcja była dokładnie taka, jakiej się spodziewałam. Panika i wrzask. Ale poradziła mi mama, żebym jednak zjechała gdzieś na stację, i poprosiła kierowcę tira tudzież innego zmotoryzowanego pana o pomoc.

Tak też zrobiłam. Na zjeździe był pan ochroniarz, ktory na pytanie, czy zna sie na samochodach odpowiedział, że nie, po czym bezbłednie odkrył przyczynę tajemniczego huku – pęknął pasek klinowy.

Zadzwoniłam po pomoc drogową. Po 45 minutach przyjechał jowialny pan, ktory załadował autko moje na lawetę, i odholował nas do zakładu. Dwie godziny i 60 złotych później wyruszyłam w dalszą drogę.

Czasu wiele nie minęło, i rozpętała się burza. Z piorunami i deszczem. Zwalniam do 40 kilometrów na godzinę, nic nie widzę, bo wycieraczki też kiepsko działają, a Radio Zet żałośnie zawodzi:

♪♪ Why does it always rain on meeeee♪♪ (dlaczego to na mnie zawsze pada deszcz).

W końcu jednak udało się. Z przygodami, a jakże, w końcu u nas nie może być inaczej, dojechałyśmy. Do stadniny. Na koniki!

Trauma od moczymordy.

Ktoz by pomyslal, ze wiejskie wesele moze sie wiazac z roznorakimi rozterkami. Moze byc rowniez zrodlem niezapomnianych wrazen.

Ale zacznijmy od poczatku.

Sobotnie wesele bylo zabawa w stylu Wyspianskiego. Takim ze schabowym, flaczkami, i wodka na stole. Nie to, żeby u Wyspiańskiego flaczki serwowali, ale tradycyjnie było.

Srednia wieku gosci wynosila 50 lat. Kilku reprezentantów młodzieży, cała masa dziadków i babć, oraz ja z moim weselnym partnerem w wieku młodszo-średnim.

Partner mój, nazwijmy go Janek, jest stomatologiem, a wiadomo, na wsi stomatolog cieszy sie poważaniem. Ale Janek to nie tylko zwykły dentysta, on jest również pracodawcą panny młodej!! Wyobrażacie sobie tą presję?

Biedulek nie wiedział, co ma robić. Mówi tak:

– Jak człowiek nie wypije, to powiedzą, że sztywniak i się wywyższa. Jak wypije i się będzie bawił, to powiedzą, że moczymorda. I bądź tu człowieku mądry!

Jako że Jasiek chłopakiem rozrywkowym jest, wybrał opcję numer dwa i postanowił się dobrze bawić. Ja, oczywiście, jako przykładna osoba towarzysząca, postanowiłam się dostosować.

Jasiu chołubce wywija, muzyka ani partnerka mu w tańcu nie przeszkadzają. Mnie również, po odpowiedniej ilości alkoholu, wydaje się, że tancerka ze mnie przednia. Nie muszę dodawać, że na tle par tańczących tradycyjnie na dwa lub na trzy wyróżnialiśmy się raczej bardzo.

Jedna z babć drżącym głosem wyznała:

– Państwo to tak pięknie tańczą! Napatrzeć się nie mogę!! Długo będę Państwa pamiętała….

No, założę się. Że do końca życia pewnie. Kobiecina się traumy nabawiła przez rozrywkowego dentystę i jego partnerkę..

Spotkanie w dworku.

Spotkalam sie ze swoim glosem rozsadku.Glos rozsadku znam od kilku lat, z Kataru, glos wciaz mieszka w Katarze, a spotkalysmy sie pod Warszawa jako ze obie jestesmy akurat w Polsce.

Uwielbiam rozmowy z moim glosem rozsadku, bo ona zazwyczaj bardzo rezolutnie potrafil sprowadzic mnie na ziemie, gdy bylo trzeba, potrafil logicznie wytlumaczyc, ze nie ma co sie zamartwiac i stresowac, a trzeba dzialac, i najlepiej to zrobic to i owo, co bedzie mialo takie to a nie inne konsekwencje, albo tez mozna zrobic tamto, co w rezultacie spowoduje cos tam. Niezwykle praktyczna jest.

W mojej obecnej sytuacji nawet i glos rozsadku nie mial zbyt wielu pomyslow, pewnie dlatego, ze sytuacja lekko bezwyjsciowa jest. Ja wiem, ja wiem, z kazdej sytuacji jest wyjscie, ale zadne z wyjsc nie bedzie takie, jakie ja bym chciala.

W ramach pocieszenia zatem zezarlam pol kilo polskiej kielbasy, domowej roboty, upieczonej nad ogniskiem, wypilam trzy piwa (w towarzystwie glosu, glos tez pil) i zostalam zywcem pozarta przez komary.

Weselne rozterki.

Czy osoba towarzyszaca idaca na wesele doklada sie do prezentu slubnego? Pytam, bo nie wiem. Kolega mnie zaprosil, wiec pojde balowac, ale nie wiem jakie sa w Polsce zwyczaje.

Czy jest cos, czego absolutnie nie powinnam robic na weselu? Poza, oczywiscie, upijaniem sie na umor i wywaleniem sie na parkiecie?

Wypada isc w krotkiej mini?

Dziekuje za pomoc i dam znac, jak bylo 🙂

Nie moge sie doczekac, ostatni raz bylam na weselu cztery lata temu. Lubie polskie zwyczaje weselne. Lubie wiejskie kapele, lubie wujka z czerwona twarza pijacego wodeczke, lubie majteczki w kropeczki. Lubie “a kto w lipcu urodzony ma wstac, ma wstac, ma wstac”. I odwiecznego schabowego z ananasem.

Wesela zachodnie pozbawione sa takiego folkloru, ba, coraz wiecej polskich wesel jest bardziej nowoczesnych, z didżejem i, powiedzmy, klasa. Ale coz to za frajda, gdy na weselu (np. w Anglii) podaje sie tylko obiad z deserem (nie wyzerka przez cala noc, bron Boze!), cale wesele trwa do godziny 1 nad ranem, a potem goscie ida do – oplaconych przez siebie – pokoi hotelowych?