1.
Po calodziennej podrozy dotarlysmy na miejsce zbiorki – miejscowosc o wdziecznej nazwie Male Sworne Gacie.
Noc w namiocie, a rano przydzielenie kajakow (wszystkie dzieci walcza o czerwony kajak, nikt nie chce niebieskiego. Zuzi udaje sie zdobyc czerwony), krotka rozgrzewka, wsiadamy do kajakow, i plyniemy.
Pierwszy dzien byl bardzo trudny – caly czas przez jezioro, jezioro, jezioro. A wioslowac trzeba, a ramiona nie przyzwyczajone…. Zaganialam Zuzie do pomocy.
Juz nie moglam sie przerwy doczekac.
Wieczorem bylam cala bardzo obolala. Bolaly mnie ramiona, kark, szyja, plecy, bolalo mnie wszystko.
Zadzwonilam do mamy. Ten pan, i pani, sa w sobie zakochani, ta pani tego pana chce… (to muzyczka, ktora mama ma na telefonie zamiast sygnalu. Bardzo wpadajaca w ucho, i bardzo irytujaca, bo zostaje w glowie przez bardzo dlugo.
Kielbasa pieczona na ognisku, piwko. Spac.
Dzisiaj bylo 10 kilometrow.
Dzein drugi.
Zuzia wioslowaniem obtarla sobie lapki, zatem celem numer jeden dzisiaj byl zakup rekawiczek rowerowych.
Plynelo sie znow ciezko (ach te miesnie), ale jednak moglam sie ruszac – wczoraj balam sie, ze nie bede w stanie w nosie podlubac z tego bolu.
Przystanek w polowie dnia, poszlam do sklepu, na szczescie mieli rekawice!!! Zuzia uradowana, ja tez.
Koniec przerwy, ruszamy, a tu deszcz leje! Przydaly sie kurtki deszczowe, przydaly!
Znow ognisko, pieczenie kielbasek, piwo, i spac.
Dzis spimy w Mylof. Fajna nazwa. Kibelek – toi toika.
Dzisiaj bylo 15 kilometrow.
Dzien trzeci.
Rano skladamy namioty, spiwory, materace…. to chyba byla jedna z najbardziej monotonnych czesci splywu – to codzienne rozkladanie wieczorem i skladanie rano sprzetu!!!
Wczesniej suszymy nasze przemoczone, zawilgocone ubrania. Nie jest fajnie. Komary gryza, muchy lataja, robactwo wlazi wszedzie.
Ruszmy. Pierwszy dzien na rzece.
Dzisiaj chyba bylo 15 kilometrow….
W polowie zatrzymujemy sie na wsi na posilek. Herbata z cytryna (cytryna kosztuje dodatkowo 50 groszy) smakuje jak woda z cytryna i ma kolor, hmmm, wody z cytryna.
Rzeka byla najezona przeszkodami, podwodnymi konarami, na ktorych mozna utknac, przewroconymi drzewami, ktore zostawialy jedynie 50 centymetrow na przeplyniecie kajaka….
Labedzi bylo dzisiaj mniej niz na jeziorach, ale za to bylo bardzo duzo wazek – zielonych, niebieskich (glownie), szarych… siadaly nam na kajaku, na Zuzi glowie, nogach… rowniez sporo bylo motylkow.
Dzisiaj wpadlysmy z Zuzia na dwie przeszkody. Najpierw wplynelam prosto na drzewo. Widze, ze nie dam rady ominac, bo za szybko kajak plynie, drzewo zbliza sie niebezpiecznie, konar wielki i gruby, zatem krzycze do Zuzi, aby sie schylila.
Zuzia jakims cudem sie nie schylila, tylko wyciagnela rece do gory. Widze, ze glowe jej odrzuca do tylu, i zaczyna wyc z bolu. Przestraszylam sie bardzo, ze wybila zeby, ze buzie ma cala zakrwawiona, ze Bog wie co.
Zuzia odwroc sie, prosze cie, odwroc sie, blagam ja, bo slysze, ze ja bardzo boli.
Okazalo sie, ze na szczescie Zuzia obtarla sobie tylko pache – dosyc porzadnie, to fakt, ale tylko pache, buzia byla nietknieta.
Ledwo odepchnelam sie od tego konara, i buch, wpadlam pod nastepne drzewo, ktore dla odmiany otulilo nas sitowiem, wodorostami, mokrymi, zgnilymi liscmi, plantkonem i robakami.
Alez bylo zabawnie, ha ha ha.
Wieczorem ognisko, i dzieciaki bawily sie w teatrzyk – znalazly stara rame okienna, i zrobily szol pt. “Panienka z okienka”.
Dzien czwarty.
Dzisiaj tylko 9 kilometrow do przeplyniecia. Rzeka juz lepiej opanowana, chociaz wciaz na niej pelno przeszkod. Ale chyba juz wiem, jak sie z nimi obchodzic. I Zuzia swietnie wytresowana – gdy tylko widzi drzewo, od razu sie schyla.
Poniewaz odcinek byl krotki, na pole namiotowe doplywamy dosyc wczesnie. Dzieciaki bawia sie w rzece, lepia z gliny (Zuzia zrobila mi serduszko, z napisem: “Kocham cie mama”. Sliczne i slodkie.
Wieczorem dolaczaja do nas studenci – oni mieli nieco dluzsza trase. Dzisiaj spia na “naszym” polu namiotowym.
Wieczorem odbywa sie bitwa kisielowa. Chlopaki gotuja wode na kisiel, dosypuja krochmal, dodaja farbki… beda dwie druzyny – zielona, i zolta. Studenci i dzieciaki.
Kazdy maluje sobie twarz w barwy wojenne.
Zuzia jest w druzynie zoltej.
Wszyscy idziemy do lasu, na polanke. Cel – zdobycie kamizelki druzyny przeciwnej, ktora wisi na drzewie. Kamizelka, nie druzyna, wisi.
Druzyny ustawiaja sie na przeciwleglych koncach polanki, i dawaj, do ataku! Trzeba bylo atakowac przeciwnika kisielem, zamknietym w torebce.
Wygrala niestety druzyna zielona.
Pozniej, w nagrode, chlopaki zrobili “wodolot”. Grupa chlopa ciagnela chetnego (zapietego w kapok i przyczepionego do liny) pod prad rzeki. Alez byla frajda i zabawa!!! To chyba byl najfajniejszy dzien z calego splywu.
Dzien piaty.
Dzisiaj znow 19 kilometrow, rzeka.
Ale mija szybko. Tuz pod koniec ogarnia nas troche radosci, ze to juz, ze sie udalo, i troche smutku, ze to juz, ze koniec.
Pozniej jeszcze tylko zdjecie grupowe, i juz….
Rozbijamy namioty (w Tucholi), po raz ostatni. Niektorzy juz dzisiaj wyjezdzaja, zegnaja sie.
My wyjezdzamy jutro. Do widzenia, fajnie bylo. 😦