Wczoraj zaczal sie Ramadan, o ktorym pisalam juz co roku chyba, wiec w tym roku zrobie sobie przerwe i nie napisze nic.
W kazdym badz razie oznacza to, ze kluby zamkniete, ze alkoholu w barach i hotelach niet, i cale zycie towarzyskie przenosi sie na grunt prywatny, czyli tzw. modny ostatnio homing (w przeciwienstwie do clubbing).
Do tego dochodzi wilgotnosc olbrzymia. Tak duza, ze wychodzac z dziewczynkami na dwor po pieciu minutach one mokre jak rude myszy i chca wracac.
A Ola, przyzwyczajona do spedzania calych dni w piaskownicy (w Polsce) od rana juz wola: mama, ajci! ajci (czyli na spacerek). I wytlumacz jej tutaj, ze ajci to nie ma, bo za goraco 🙂 no i piaskownicy niet (sic!).
Jeszcze kontaktu jako takiego z katarskoscia nie mialam, ale pewnie niedlugo sie zacznie – jazda po idiockiemu, wpychanie bez kolejek, namioty ramadanowe z przepysznym jedzeniem…