Bylam u lekarza. Niestety. Diagnoze postawiono.
To jest najgorszy rok w moim zyciu.
Bylam u lekarza. Niestety. Diagnoze postawiono.
To jest najgorszy rok w moim zyciu.
Zuzia ma wiele zyczen. Jednym z nich, takim wieloletnim juz, bylo przeklucie uszu.
Na chrzest dostala piekne kolczyki, i tak bardzo chciala je nosic.
Do tej pory jednak uszy nie byly przeklute, a to dlatego, ze tata sie nie zgadzal. Powiedzial, ze jak Zuzia skonczy 16 lat to sobie moze uszy przekuc.
W tym roku jednak postanowilam, ze Zuzia jest wystarczajaco duza na kolczyki. Poza tym wiem, ze nie jest to przelotna zachcianka, poniewaz Zuzia chciala kolczyki wystarczajaco dlugo i uparcie.
Zatem poszlysmy do salonu, i uszy zostaly przeklute.

Od gory: Zuzia przed zabiegiem. Wciaz usmiechnieta, chociaz odrobine niepewna. Nie wiadomo w koncu, czego sie sapodziewac!
Ponizej: wybieram kolczyki.
Od gory po prawej: dezynfekcja uszu.
Ponizej: Przekluwamy! Bylo na dwa pisatolety – aby oba uszy w tym samym czasie. Niestety, pani sie nacisnelo jeden pistolet za szybko, i bylo wprawdzie na dwa pistolety, ale jednak nie symultanicznie.
Ponizej: juz po zabiegu. Jak widac, Zuzia dzielnie sie trzyma, chociaz oczka troche sie zaszklily. Jednak nie poleciala ani jedna lza!!!
Ostatnie: czerwone oczy i czerwone kolczyki. Ale spelnilo sie marzenie!!!!!
Ona na etapie ‘moje’. Wszystko jest ‘moje’. Sniadanie moje, stolik moje, wlosy moje, buty moje, nawet bajka, ktora leci w telewizji jest moje. Z towarzyszaca awantura, oczywiscie, jesli ktokolwiek smie dotknac ‘moje’.
Wczoraj pojechalam do Warszawy.
Pani jak tylko Ole zobaczyla, to blagalnie mowi: tylko ty mi dziecko nie placz, ja cie prosze!! Pamietala z poprzedniego razu, jak Ola wyla cale badanie.
Ale Ola byla w dobrym humorze i nawet z zaciekawieniem obserwowala co sie dzieje.
Jak wyglada zbieranie potu? Nie jestem pewna, czy juz pisalam o tym, wiec napisze jeszcze raz.
Najpierw mylam jej raczki przez 10 minut – przedramiona, po wewnetrznej stronie, nalezy masowac (z mydlem). Pozniej pani podlacza takie elektrody i piesci przedramiona pradem, rowniez przez 10, 8 minut. Wszystko po to, aby pobudzic dzialanie gruczolow potowych.
Gdy gruczoly juz sa pobudzone, pani przykleja taki plasterek z bibulka, zawija toto folia srebrna, na to gruba warstwa ligniny, a na wierzch jeszcze pielucha tetrowa.
I z takimi pakunkami Ola musiala biegac w sloneczku przez 40 minut. Lekarz kazal z dwoch rak, zazwyczaj robi sie na jednej, ale u Oli sytuacja niejasna, wiec chcial miec dwa wyniki badan.
Po 40 minutach pani odkleila bibule, zwazyla ja, aby zobaczyc, czy nazbieralo sie wystarczajaco duzo potu (bez rewelacji, ale moze byc, jak to pani okreslila) i moglysmy jechac.
Pojechalysmy na zakupy. Kupilam Oli stroj wrozki, Zuzi body na balet, a sobie kilka ciuchow. Ale wyprzedaze juz sie koncza…

Jutro jade do Warszawy, do Instytutu. Zupelnie jak w zeszlym roku. Wizyty u lekarzy, ciagly strach czy badania wyjda dobre, dlugie podroze, zmeczenie, placz Oli….
Jutro znow bedzie test potowy. W mukowiscydozie tak jest, ze test potowy moze wyjsc dobry, a za juz potwierdzi chorobe… wiec bardzo sie boje….
Zupelnie jak w zeszlym roku… ja w Polsce, Matthew w Katarze. Ja po szpitalach, Matthew po barach. Ja z dziecmi non stop, Matthew nawet do nich nie zadzwoni… ja w strachu, ze Ola chora, a Matthew do milych azjatek po pomoc sie zwraca, bo ‘zona zolza’….
Ale wlasnie sie dowiedzialam, ze jak sie jest na srodkach antydepresyjnych (a ja jestem) to sie nie powinno rozwodzic z mezem, trzeba najpierw odstawic, a dopiero potem. I co ja mam zrobic teraz?
I jeszcze ze srodki antydepresyjne zmniejszaja ilosc dopaminy, a dopamina jest odpowiedzialna za zakochanie, dlatego na tych srodkach sie ‘odkochujemy’ (co sie stalo w moim przypadku), ale po ich odstawieniu zakochujemy sie ponownie… to ja na nich do konca zycia chyba zostane, nie chce sie zakochac ponownie w permanentnym klamcy…
Pojechalysmy z mama i Jola do Zlotych Tarasow na zakupy.
Po zakupach ja poszlam zaplacic za parking, a moja mama i Jola wyjmowaly walizke Joli z bagaznika – Jola jechala pociagiem do domu.
Wracam od maszyny do placenia, a tu moja mama ma przerazenie w oczach, Jola niesmialo kroczy w moim kierunku, co sie stalo?
Okazalo sie, ze moja mama zamknela kluczyki od auta. W aucie. W bagazniku!
Nie zeby to byl pierwszy raz.
Raz zdarzylo jej sie to rowniez w Warszawie. Wtedy to, przy pomocy ochroniarzy znalazla pana wlamywacza, ktory jej autko otworzyl.
Do drugiego razu w ogole sie nie przyznala, pewnie jej bylo wstyd, siostra nakablowala. Drugi raz stal sie w T., naszym rodzinnym miasteczku.
No i trzeci raz (albo moze i nie trzeci, kto ja tam wie, moze robi to nalogowo, zamyka te kluczyki, tylko ze sie nie przyznaje? 😀 ) w Zlotych Tarasach.
Biedna mama probowala wszystkiego, aby otworzyc swojego Matiza: kluczykami od domu, od komorki, nawet otwieraczem do piwa, ktory miala w torebce. Wszystko na nic.
Probowal tez i sprzatacz auto otworzyc. Przyszedl z miotla i wiadrem (odstawil na bok, nie przydaly mu sie w otwieraniu auta), obcazkami, drutem, i nozem.
Zaczal podwazac gume dookola malego okienka w aucie, ciagnac, szarpac, nacinac…
Matka czerwona na buzi, z przerazenia, no bo wszystko popsuje, a jak nie otworzy, to podwojne straty! Ale nie smie sie odezwac, aby go nie urazic, bo moze akurat mu sie uda….
Nie udalo mu sie. Trzeba bylo zadzwonic do pana od zamkow (telefon dostalysmy od ochroniarzy parkingu), ktory zgodzil sie przyjechac, i owszsem, za pol godziny. Za 150 zlotych!
Biedna mama! Wyboru nie miala, zgodzic sie musiala, utargowalam jej do 120 zlotych…
Przyjechal pan, za pomoca dwoch poduszek dmuchanych i drucika auto otworzyl w ciagu pieciu minut (powiedzial, ze na czas nie robi, bo by zniszczyl, ale kilka sekund by mu zajelo jakby mialo byc na czas), zainkasowal 120 zlotych i powiedzial: "Do niezobaczenia, mam nadzieje".
Ja rowniez. Ze wzgledu na moja mame. Nie moze sobie pozwolic na takie wydatki zbyt czesto.
Zaproponowalysmy z moja siostra, aby powiesila sobie klucze do auta na lancuchu na szyi. Ale mama sie nie zgodzila. Boi sie, ze jeszcze sie przytnie drzwiami do auta, i wtedy to dopiero bedzie problem!
Wesele w Polsce tez juz sie skonczylo.
Pojechalam pociagiem, z Zuzia, a brat panny mlodej mnie odebral ze stacji.
Jak zwykle, Sylwia (panna mloda) byla swietnie zorganizowana – wszystko bylo, plac zabaw dla dzieci, nianie, kierowcy, kawa i ciasteczka w naszym domku (gdzie spalysmy), nawet obiad przed weselem i przed poprawinami!!
Sylwia jest niesamowita!!!
Nasz kierowca mial niesamowita podroz. Trzy dziewczyny, rozmawiajace o cyckach i o stanikach. Usmiechal sie tylko pod wasem, i nic nie mowil, ale nastepnego dnia zapytal mnie: Nie wypadly ci cycki?
A to dlatego, ze zamiast stanika mialam takie zelowe cudenko, i glosno wyrazilam obawe, ze mi to cudenko wypadnie w trakcie zabawy!
Nie wypadlo 🙂
Wesele bylo super – goscie sie swietnie bawili. Zwlaszcza Belgowie. Swiadek zasnal na laweczce w polowie imprezy, na innej laweczcze inny Belg spal sobie slodko, zerkajac tylko od czasu do czasu czy aby swiatla sie jeszcze swieca 🙂
Pan mlody musial rozpoznac panne mloda dotykajac kolan dziewczat (z zamknietymi oczami). Bardzo sie wahal pomiedzy moim kolanem a kolanem panny mlodej. Na szczescie sie nie pomylil, bo inaczej to by mu zona glowe obciela!! 🙂
Sylwia miala rozpoznac meza po uszach. Nie miala z tym zadnego problemu. Moze dlatego, ze uszy pana mlodego takie duze? 🙂
Pozniej panowie tanczyli z paniami coraz namietniej, niektorzy calowali paniom szyje, panie sie calowaly pomiedzy soba, paniwie zreszta tez …. nastapila wymiana telefonow i maili..
Byc moze zamieszcze zdjecia jutro… i napisze, jak to moja mama otwierala auto za 150 zlotych.
No i juz po slubie.
Jak to wyglada?
Otoz w sobote rano Sylwia (moja kolezanka, ktora zmieniala stan z panienskiego na niewole) pojechala do domu tesciowej szykowac sie. Jej przyszly maz szykowal sie w domu u dziadkow.
Okolo 11:30 zebralismy sie wszyscy, przyszly maz przyszedl zobaczyc zone, i pojechalismy do urzedu. Po urzedzie (10 miut, bardzo szybko) do kosciola.
W kosciele bylo dwoch ksiezy: belgijski i polski. Ksiadz belgijski zartowal sobie, smial sie, z poblazliwoscia patrzyl na dwojke dzieci Sylwii, ktore lataly po oltarzu i niszczyly dekoracje.
Ksiadz polski bardzo powazny, wiadomo, msza to nabozenstwo, a nie cyrk. Na dzieci patrzyl z niesmakiem – jak smia sie jakies szczyle szwedac, zamiast siedziec grzecznie na dupie!
W kosciele byly przemowy (nie wiem, wiersze milosne, czy cos, nie rozumialam ani slowa, bo wszsytko bylo po francusku), piosenki (nie religijne, o nie! piosenki o milosci, np. Edith Piaf) – cudownie spiewala ta kobieta, ludzie klaskali, spiewali…
Pozniej wszyscy pojechali na obiad.
Do tej pory w uroczystosci brali udzial tylko najblizsi – rodzina i przyjaciele.
Okolo 19 obiad sie skonczyl, i zaczeli sie schodzic pozostali goscie. Byl DJ i zabawa do samego rana – ja sie poddalam o 4 rano, ale sporo osob jeszcze tanczylo i sie bawilo!!
Rano bylo sniadanie w formie bufetu. Belgowie patrzyli z niedowierzaniem na polskie kanapki, ktore sobie robilismy. Oni z francuska rogaliki z dzemem i kawa, a my z polska – kanapa z maslem, szynka, do tego jajecznica 🙂
W ta sobote bedzie powtorka – wesele w polsce. Biedna Sylwia, przygotowac jedno wesele to kupa zachodu, a ona nie tylko dwa wesela miala na glowie, ale rowniez przeprowadzke (bo wlasnie kupili dom w Belgii). Zaloze sie, ze juz dosyc ma uroczystosci weselnych 🙂
Oh, witajcie z Belgii!!!
Przylecialam do Belgii na slub mojej kolezanki. Poznalam ja w Katarze… teraz wrocila do Belgii i poslubia swojego ukochanego…
Kupilam sobie piekna suknie – brazowa, dluga, odkryte ramiona…. przylecialam do Belgii (liniami Wizz Air, tanie niby, i bilety rzeczywiscie w cenie znosnej. Spodziewalam sie przewozu typu ‘bydlo w pociagu na rzez’. Milo sie zaskoczylam. Fotele wygodne, obsluga mila, w sumie nie roznil sie ten przelot zbytnio od lotu Lufthansa czy LOT, oczywiscie z wyjatkiem tego, ze nie serwowali posilkow czy darmowego piwa. Ale hej, mozna przezyc, w koncu zarcie to nie wszystko!).
Zatem przylecialam do tej Belgii, i powital mnie DESZCZ. Ale nie byle jaki. Ulewa!!! Totalna i odjechana. Takiego deszczu nie widzialam od kilku lat chyba. Blyskalo sie, grzmialo, i padalo tak mocno, ze ulicy z auta nie bylo widac.
Dojechalismy do domu Sylwii (tej mojej kolezanki, ktora bierze slub), ubzdryngolilam sie winkiem, pogadalam z para ludzi, ktorzy juz tutaj byli, i poszlam spac.
Rano (ok, nie tak rano, bo okolo 10), kiedy jeszcze spalam, do pokoju wpakowal mi sie Laurent (przyszly maz) z jakims facetem. Facet 2 metry wzrostu, w reku walizeczka…. hej hej! Co za obsluga! Przynosza mi z rana faceta do lozka, nie sniadanie, a calego faceta z walizeczka pelna narzedzi!! Jak dla mnie moze byc! 🙂 (Laurent obiecal mi jutro strazaka, he he he).
Facet przyszedl naprawiac ciepla wode, zeby bylo sie jak kapac.
Naprawil, na odchodnym powiedzial BYE z francuskim akcentem (bo oni tutaj wszyscy po francusku) i usmiechnal sie znaczaco. Ja mu odpowiedzialam BYE z polskim akcentem, i rowniez sie usmiechnelam znaczaco z mojego poslania na podlodze.
Odnosnie francuskiego. Oni tutaj po angielsku chyba nie bardzo, taki jeden przystojny w kawiarni byl, kelner, chcialam machiatto, nie wiedzial, co to jest, chcialam mu wytlumaczyc, ale angielskiego nie rozumial, wiec mu Sylwia po francusku musiala… ale seksownie ten francuski brzmi, chyba sie zaczne uczyc, albo co….
albo w barze – poszlismy na zakupy, to juz dzisiaj, ale sklepy jakies takie beznadziejne i nic tu nie ma, wiec doszlismy do wniosku, ze piwo jest lepsze, i poszlismy na piwo (Belgowie siedza sobie w poludnie i popijaja piwko lub kawke, na skwerach i placach, czyzby oni nie musieli w ogole pracowac??), czworka nas byla, kolega zamawia 3 piwa i coca cole. Kelner uprzejmie mowi YES i zwraca sie do mnie: a co dla ciebie??? ha hah a, jakby kolega sam mial wypic te trzy piwa 🙂
Jutro wielki dzien. jestem swiadkowa, ceremonia po francusku, ja po francusku potrafie tylko zapytac, czy ktos pojdzie ze mna na obiad, jak myslicie, dam rade? 😀
Dobrze. Teraz sie naraze. Zdaje sobie z tego sprawe. Wystawiam sie na lincz!
Nie jestem ekologiczna. A teraz mnie zlinczujcie. Nie jestem i juz. Jestem wygodna!
W moim miasteczku, T., postanowiono ze ekologia to jest to. I w supermarketach przestali uzywac reklamowek. Wiadomo, dlugo sie toto rozklada, i pozytku z tego zadnego. Wiec kazdy teraz jak idzie na zakupy, to musi swoje wlasne siaty brac. Pamietam takie, jak bylam dzieckiem, z oczek, z zylki… Z tego co wiem, nie tylko w T., ale w innych miastach tez wycofuja popularne ‘reklamowki’.
A ja sie buntuje! Ja nie chce pamietac o siatce zawsze, gdy ide na zakupy. Zwlaszcza, ze na zakupy wpadam spontanicznie, gdy mi sie czegos zachce.
Jestem ‘anużką’ – w latach 50 w Zwiazku radzieckim siatki takie nazywano ‘anużkami’ (a nuż uda sie cos kupic) – ale nie chce nosic anużek.
Tzw. green bags (zielone torby), przedmiot szpanu w tej chwili, wsrod gwiazd i tych, ktorzy chca byc na topie, absolutnie mi nie imponuja.
Torby papierowe, rozpowszechnione w US sa zupelnie niepraktyczne – nie wyobrazam sobie latac do domu i z powrotem dwadziescia razy, z dzieckiem pod pacha, po to tylko, aby 20 toreb zaniesc do domu.
W kazdym badz razie, poszlam dzisiaj na zakupy, nie mialam anużki, oczywiscie, i zostalam zmuszona do kupna…. TORBY PLASTIKOWEJ. Za 60 groszy. Torba jakosci marnej, zanim zakupy donioslam do domu torba sie podarla.
Wyrzucilam ja do kosza, i taki z niej byl pozytek. Gdzie tu ekologia?