Zdjecia z Bangkoku

Zatem zdjecia beda na osobnej stronie. Tutaj zamieszcze tylko link.

Chcialam sie ograniczyc, wiec wybralam tylko kilka. Kolejne beda nadchodzily, i bede zamieszczala linki. Jesli pisalam o czyms, a nie ma zdjecia, to prosze mi przypomniec, zamieszcze.

Zdjecia zadna rewelacja, ale trudno mi bylo robic fotki z dwojka dzieci (w tym wozek i torbisko). Mam nadzieje, ze choc odrobine pokaza Tajlandie…

Kliknijcie na link ponizej.

ZDJECIA Z BANGKOKU

Zdjecia

Zostaly mi do zamieszczenia zdjecia. Zastanawiam sie, czy dodawac je do wpisow (czyli musielibyscie sie cofac aby je obejrzec) czy tez zamieszczac je w nowych wpisach z krotka notatka nt. czego zdjecia dotycza.

Jak bedzie Wam wygodniej? 

Wycieczki po Koh Samui

Poniewaz to bylo juz dawno, a pamiec bywa ulotna, a notatek nie porobilam, wiec relacja z Ko Samui bedzie krotka i zwiezla.

Hotel byl bardzo uroczy. Pokoj urzadzony ze smakiem, w stylu tajskim. Lazienke od pokoju oddzielala szyba (nie sciana), takze z lazienki podczas kapieli mozna bylo ogladac sobie pokoj, i dalej basen, a za basenem morze…

Po plazy chodzili sprzedawcy (lody, swieze, zimne owoce, jedwabie), mozna sobie bylo zrobic manicure lub pedicure..

Co robilam? Otoz.

Jednego dnia wybralysmy sie z Magda na wycieczke do morskiego parku narodowego. Taka lodzia motorowa, ktora plynie bardzo szybko, i skacze po falach. Na lodzi sami dorosli, a tylko my we dwie z Madzia, MAMUSKI!! Z piatka dzieci (razem), w tym dwoje bardzo malych (moja Ola i synek Magdy). Do tego coreczka Magdy urzadzila awanture, ze ona do lodzi to absolutnie nie wejdzie! Wiec wygladalysmy troche jak walniete wariatki.

Ale wycieczka byla niesamowita. Mijalismy cudowne wyspy, plynac po lazurowej wodzie…

Jednym z pierwszych punktow programu bylo snorkeling (jest jakas nazwa na to po polsku? Plywa sie z maska i rurka, i oglada co jest pod woda). Przezycie super, zwlaszcza dla Zuzi.

Pozniej byla wycieczka kajakiem. Ze mna i z dwojka moich dzieci poplynal przewodnik. I bardzo dobrze, bo zabral nas w takie cudowne miejsca… plynelismy tym kajakiem dookola wyspy, pozniej w jaskiniach (pod wyspa) wydrazonych w kamieniach przez wode, pozniej zabral nas na plaze, gdzie piasek byl bialy i mialki jak maka….

A pozniej pozwolil nam wyskoczyc z kajaka i poplywac na samym srodku morza, a woda byla taka ciepla, taka cudowna… nawet Zuzia i Ola plywaly (oczywiscie w kamizelkach!!).

Wybralismy sie rowniez ogladac lazurowe jezioro. Aby je zobaczyc nalezalo sie wspiac po bardzo stromych schodach, kamieniach, zaulkach… Myslalam, ze ducha wyzione (nioslam oczywiscie Ole). Ale widoki byly tego warte!!

To byla jedna wycieczka. Pojechalysmy tez na druga wycieczke, dookola wyspy. Jezdzilismy odkrytym jeepem z napedem na 4 kola. Widzielismy zmumifikowanego mnicha (medydowal, i umarl, w 1973 roku, i w takiej pozycji siedzi do dzisiaj, zamieszcze zdjecia), wielkiego Budde, kamienie w ksztalcie pochwy i penisa, byla jazda po wertepach, i zapomnialam juz co jeszcze. Moze jak bede przegladala zdjecia, to mi sie przypomni.

Bedzie jeszcze jeden wpis, o transwestytach, a pozniej juz tylko zdjecia.

 

Tajski masaz, czyli cala prawda o torturach

27 marzec, czwartek
No, dzisiaj to juz absolutnie nie bylo co robic. Wybralismy sie zatem na zakupy do centrum handlowego. Centrum kiepskie i nic sobie nie kupilam.
Ale mam dla Was ciekawa historie.
Pranie.
Miejsc gdzie robia pranie jest tutaj niemal tak duzo jak kafejek internetowych czy miejsc, gdzie mozna sobie zrobic masaz. Pranie jest bardzo tanie – 30 do 50 baht za kilogram (3 do 5 zlotych; 5 to z prasowaniem!).
Zanioslam dzisiaj zatem nasze rzeczy (bo juz prawie nic nie mialysmy do ubrania) do takiego punktu, wieczorem po zaplaceniu 150 baht (15 zlotych!) moglam odebrac cale 2.5 kilograma naszych majtek, bluzek, spodni i sukienek. Cudownie pachnacych i wyprasowanych tak jak nigdy dotad nie widzialam.
Ach, i poszlam dzisiaj do spa. Aby w koncu zrobic sobie ten tajski masaz. Nie wiem, czym sie tak wszyscy zachwycaja. Ja bym taki masaz tylko swojemu wrogowi zaaplikowala.
Masaz tajski jest wykonywany przez ubranie (dano mi bawelniane wdzianko przypominajace pizame), i nie jest to zadne masowanie, ale raczej uciskanie.
Masazystka pastwila sie nade mna jakbym jej w czyms zwinila! Wbijala mi te swoje kciuki, palce, lokcie, kolana we wszystkie najbardziej bolace miejsca – pomiedzy kosci i w miesnie.
Najpierw zajela sie nogami. Bolalo jak nie wiem, i juz chcialam, aby przeszla do plecow, bo myslalam, ze plecy beda fajne.
Ale jak przeszla do plecow, to sie modlilam, aby juz skonczyla! Wyobrazcie sobie, ze ktos wbija Wam kciuki w to miejsce gdzie kregoslup styka sie z miesniami czy czyms tam. Wzdluz kregoslupa. Albo ze ktos wbija Wam lokcie pomiedzy szyje a kosc ramienia.
Najpierw chcialam dwie godziny, ale cos mnie chyba tknelo, ze poprosilam o godzinny masaz. Dwie godziny to ja bym tam umarla z bolu!
A jutro jedziemy do Bangkoku. Spedzamy tam jeden dzien, i pojutrze lece na Ko Samui (wyspa).

29 marzec, sobota
Wczoraj mielismy leniwy dzien, rano basen, w oczekiwaniu na pociag, pozniej masaz stop, a pozniej stacja i nocny pociag do Bangkoku.

W Bangkoku zostalismy jeden dzien (plany byly wielkie, np. pojechac historycznym pociagiem, ale Matt sie pospal, dzieci tez, wstali wieczorem, wiec nic z tego nie wyszlo). Pojechalismy do centrum handlowego, i spotkalismy sie z Magda i jej mezem, Piotrem.

Teraz juz mi zostaly tylko dwa moze wpisy z wyspy Ko Samui, a pozniej koniec Tajlandii, obiecuje 🙂 

Plemiona Karen

Laptop lecial w czasie awantury z mezem. Kryzysy malzenskie moga drogo kosztowac.

Teraz juz mam nowego, Mac'a, i sie go dopiero ucze 🙂

A wracajac do Tajlandii. 

26 marzec, sroda

Dzis kolejna wycieczka zorganizowana – tym razem do parku narodowego Doi Inhanon, polaczona z innymi atrakcjami (czytaj ponizej). W Tajlandii jest wiele parkow narodowych, wszystkie podobno zapieraja dech w piersiach.

W Doi Inhanon jest najwyzszy szczyt w Tajlandii – 2.5653341 metrow nad poziomem morza. Oczywiscie nie obylo sie bez pamiatkowego zdjecia przy tym punkcie.

Tuz obok najwyzszego punktu jest King Inthanon Memorial Shrine (Swiatynia pamieci krola Inthanona). Tajowie wierza, ze jesli maja jakies marzenie, to powinni zlozyc ‘datek’ (kwiaty, kadzidelka, itp) przy tej wlasnie swiatyni, i to marzenie sie spelni. A gdy juz sie spelni, nalezy ponownie zlozyc datek. Polozylam kwiatka, i pomyslalam zyczenie. Czy sie spelni, kto wie. Ale sprobowac nie zaszkodzi.

W pobliskim skepiku z pamiatkami widzialam tzw. money tree (drzewo z pieniedzmi). Zamieszcze zdjecie. Ludzie wkladaja banknoty w cienkie patyczki, a nastepnie wtykaja patyczki w grubszy patyk. Tworzy sie cos, co wyglada jak drzewo. Tajowie wierza, ze to przynosi szczescie, a poza tym jest to datek na swiatynie. Podobne ‘drzewa’ widzialam w Bangkoku, ale wtedy nie wiedzialam co to takiego.

W parku widzielismy rowniez dwa wodospady – jeden duzy, a drugi bardzo malowniczy.

Pozniej wioska plemienia Karen. Pisalam o nich wczesniej; okazuje sie, ze jest kilka rodzajow Karen. Ci z dlugimi szyjami, ci z wielkimi uszami, oraz ‘biali’ Karen. Dzisiaj widzielismy ‘bialych’. 

Jest to plemie wedrowne, przybyli oni do Tajlandii dawno temu, z Birmy. Uprawiali mak (pewnie na opium) i co sezon musieli sie przemieszczac. Krol i krolowa (lub rzad tajski, nie zrozumialam) zdecydowali, ze dadza ludziom z plemienia Karen narodowosc tajska jesli Karen przestana uprawiac mak i osiada w jednym miejscu. 

I tak sie stalo. Karen osiedlili sie w polnocnej Tajlandii w wioskach rozproszonych po wzgorzach. Przestali uprawiac mak. Pracuja. Ich dzieci musza chodzic do szkoly. 

Mieszkaja w chatach zbudowanych z lisci i bali drewnianych, stoja na wysokich balach (podejrzewam, ze to dla ochrony przed powodziami w czasie pory deszczowej), kobiety zajmuja sie tkactwem (swoje wyroby sprzedaja pozniej turystom). W wiosce, do ktorej pojechalismy, dopiero dwa miesiace temu zalozyli elektrycznosc!

Dowiedzialam sie rowniez o tzw. royal project (projekcie krolewskim?). Jest ich okolo 300. Krol postanowil stworzyc miejsca pracy dla ludzi z plemion. I tak np. Karen uprawiaja ziemie (owoce, ryz, warzywa) lub hoduja kwiaty. Na przykladzie kwiatow – nie moga sprzedawac tych kwiatow gdzie im sie podoba, tylko w okreslonych miejscach. Za kazdy kwiat musza zaplacic panstwu pewna kwote, a jesli sprzedadza kwiat drozej, to roznica zostaje dla nich.

Koncowym punktem programu byla pagoda krola i krolowej. A wlasciwie tylko krolowej, bo ta krola akurat byla w renowacji.

Pagoda krolowej jest otoczona cudownym, ale to naprawde przeuroczym ogrodem. Do pagody krolowa przyjezdza co roku, zazwyczaj w porze zimowej (listopad – luty) i obchodzi tam swoje urodziny. W tym roku nie przyjechala, bo w zeszlym roku miala operacje, a w tym roku zmarla jej siostra.

Po powrocie do Chiang Mai basen, a pozniej kolacja w restauracji znajdujacej sie w stuletnim budynku. Byla Tom Yum :), czerwony kurczak nadziany na patyka, i muzyka na zywo.


Rozwalony laptop

Kilka dni temu w napadzie wscieklosci rozwalilam laptop. Rzucalam nim o podloge, i jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze…

W pewnym momencie rzucilam go do ogrodka, a pozniej musialam go szukac w kaktusach…

Zatem na razie wpisow nie ma, dopoki nie kupie nowego laptopa. Bedzie w przyszlym tygodniu. 

Buziaki dla cierpliwych. 

gorace zrodla i tom yum

25 marzec, wtorek

Nieco nam sie juz skonczyly atrakcje w Chiang Mai (wycieczke do parku narodowego mamy zaplanowana na jutro). W glebokiej desperacji postanowilismy pojechac do goracych zrodel.

Taksowka. W Chiang Mai sa tuk tuki, ale sa tez tzw. pick up taxi, czyli taksowki, ktore zabieraja pasazerow z ulicy, i zawsze ktos sie moze dosiasc. Troche tak, jak w autobusie. Cene ustala sie z kierowca na poczatku podrozy (trzeba sie targowac, bo ceny zawyzaja, oczywiscie). Jesli ktos sie dosiada do taksowki, to czytalam, ze placi 15 baht. Taksowki sa bardzo tanie, wszedzie w Chiang Mai mozna dojechac za maksimum 100 baht (10 zlotych).

Zatem ustaliwszy cene z kierowca (500 baht w obie strony) wsiedlismy w taksowke i po 45 minutach malowniczych widokow, takich jak na przyklad pola ryzowe, znalezlismy sie u zrodel.

Okazalo sie, ze jest to resort wypoczynkowy Roong Aroon, na terenie ktorego znajduja sie owe gorace zrodla – nic specjalnego, goraca woda tryskajaca z zaworu (oczywiscie pod zaworem jest zrodlo, ale zero toto mialo uroku). Na zdjeciach widzialam jak ludzie gotuja jajka (trzymajac je na patykach w specjalnych koszyczkach) w goracej wodzie tryskajacej ze zrodla.

W dodatku tam smierdzialo – amoniakiem, czy innym jakims gazem.

Ale park dookola zrodel byl bardzo ladny, a nad rzeka lataly cudowne czerwone wazki. W zyciu tak pieknych wazek nie widzialam.

Po powrocie relaks z piwem nad basenem hotelowym, a wieczorem obiad w restauracji nad rzeka Mae Ping (Riverside Bar & Restaurant). Juz nie pamietam, co jadlam, ale bardzo prawdopodobne, ze zupe Tom Yum – oszalalam na punkcie tej zupy. Slodko-ostra, z kurczakiem lub krewetkami, trawa cytrynowa, liscmi limonki, imbirem… pychota!

Wyprawa na sloniach przez dzungle

24 marzec 2008, poniedzialek.

Dzisiaj wybralismy sie na wycieczke zamowiona w biurze podrozy. Na poczatku zaznacze, ze cale wydarzenie bylo zbyt turystyczne jak dla mnie, i zbyt latwe, niemniej jednak i tak bylo bardzo ciekawie.

Najpierw wystep sloni. Tresowane slonie graly w pilke, rysowaly (ale jak pieknie! Wstawie zdjecie), podnosily i przenosily klody i tanczyly.

Pozniej glowna chyba atrakcja, czyli przejazdzka na grzebiecie slonia przez rzeke i kawalek dzungli! Siedzielismy dwojkami na siedzeniach, ktore umocowane byly na grzbietach sloni. Alez to bylo przezycie! Jest to dosyc ciezka praca, aby sie na takim sloniu (nawet w siedzeniu) utrzymac, zwlaszcza, gdy slon schodzil w dol z gory – trzeba sie mocno trzymac, aby nie wypasc! Nasz slon w pewnym momencie okazal sie nieposluszny, cos mu troche odbilo, i zaczal bardzo szybko isc do tylu!!! Wystraszylam sie nie na zarty (ze mna byla Zuzia, a gdybysmy spadly z takiego slonia, to moglo byc niebiezpiecznie, slonie sa duuuuze!!!), ale na szczescie ‘kierowca’ poradzil sobie i slon sie uspokoil.

Pozniej przesiedlismy sie na wozek drewniany ciagniety przez muly. Zupelnie jak za dawnych, dawnch czasow, kiedy to takimi wozkami jezdzilo sie do kosciola 🙂

Pozniej lunch, i wsadzili nas na tratwy zrobione z bambusa. Rzeka byla plytka (w sezonie deszczowym, ktory zaczyna sie w kwietniu – maju rzeka jest wzburzona i gleboka), wiec kilka razy utknelismy na mieliznie. Ale bylo ciekawie, bo widzielismy weze wodne, kolorowe egzotyczne ptaki, no i ja mialam okazje sterowac ta tratwa (czyli odpychac sie kijem bambusowym od dna. Ciezka robota!).

Nastepnie w samochod, i pojechalismy do miejsca, gdzie moglismy ogladac plemie Karen z dlugimi szyjami. W Tajlandii zyje kilka plemion, nie sa to Tajowie, a uchodzcy, ktorzy otrzymali tutaj azyl. Plemie Karen przyjechalo do Tajlandii z graniczacej Birmy. Kobiety z tego plemienia na szyjach nosza obraczki, ktore wydluzaja ich szyje do nienaturalnych rozmiarow. Nie jest to, oczywiscie zdrowe, a poza tym musi byc bardzo niewygodne – obraczki sa bardzo sztywne, i bardzo ciezkie. Podobne obraczki nosza na kolanach. Wszystko w celach ozdobnych.

Niektore z tych kobiet mialy rowniez obraczki w malzowinie usznej. Znow, najlepiej wszystko pokaza zdjecia, wiec zapraszam za tydzien (mniej wiecej).

Potem pojechalismy na farme orchidei i motyli (beznadzieja, kilka kwiatkow, a motyla nawet nie widzialam). Tam tez obejrzelismy pokaz malp (malpy wykonywaly rozmaite sztuczki, bardzo zajmujace dla dzieci) oraz pokaz wezy – ci mezczyzni igrali ze smiercia, oblaskawiajac pytony, prowokujac i unikajac smiertelnych ukaszen kobr, calujac kobry!!!

Po wszystkich tych atrakcjach powrot do hotelu, a pozniej dlugi spacer do restauracji nad rzeka, gdzie pozywilismy sie pysznym jedzeniem (ja akurat wzielam wieprzowine w sosie curry z Birmy (znaczy sie w stylu z Birmy, nie przywozili tej wieprzowiny z Birmy, ma sie rozumiec).