Lokalne rzemioslo

22 marzec 2008, sobota

 Rano poszlismy „w miasto” szukac wycieczek. Biura podrozy sa tutaj tak liczne jak miejsca gdzie moga turystow wymasowac od stop do glow. Czyli liczniejsze niz grzyby po deszczu w polskim lesie. I czesto te dwa miejsca mieszcza sie w jednym pomieszczeniu – biuro podrozy i masaz, razem.

Znalezlismy jedno biuro, i zaczelismy dyskutowac o wycieczkach. Bardzo chcielismy sie wybrac na wyprawe do dzungli, gdzie byloby duzo chodzenia, jazda na sloniach, wizyta w wiosce plemiennej, jazda lodzia po wielkich falach rzeki, spanie w chatce w wiosce plemiennej….

Niestety, powiedziano nam, ze z dziecmi to nas nie zabiora, bo to jest meczace i niebezpieczne. Bardzo bylam zawiedziona, zwlaszcza, ze jestesmy zaprawieni w dzungli malezyjskiej.

Ale trudno. Zamowilismy trzy wycieczki – do wiosek, gdzie pokazuja jak wykonuja rozne rekodziela; do parku narodowego; i do wioski plemiennej gdzie jest plemie Karen z dlugimi szyjami (obraczki sobie zakladaja na te szyje).

Dzisiaj wycieczka numer jeden, czyli po rekodzielniczych wioskach. Bylo ich kilka.

 

  • Laka i skorupki z jajek. Pokazano nam poszczegolne etapy wytwarzania i malowania przedmiotow z laki; jak rowniez cudowne rzeczy ozdabiane skorupkami z jajek.

 

  • Dywany – tkane z kaszmiru. Ogladalismy dywany warte ponad 50 tysiecy dolarow!!!! Cudowne, mieciutkie… zmieniaja kolor – z jednej strony ten sam dywan jest koloru slomkowego; przeszlam na druga strone, i dywan zrobil sie ciemno brazowy! Niesamowite. To dlatego, ze one sa tkane pod katem 30 stopni, o ile dobrze zrozumialam. Widzielismy rowniez tzw. jewelerry carpet, czyli dywany-bizuteria. Recznie wyszywane i bogato zdobione cennymi kamieniami. Ceny, oczywiscie, horrendalne.

  • Wyrob srebrnej bizuterii. Odlewanie form, polerowanie, zdobienie.

  • Wyrob parasolek – bardzo tutaj popularne leciutkie parasolki, wykonane z papieru i recznie zdobione pieknymi malunkami. Ogladalismy poszczegolne etapy wytwarzania tych parasolek – od strugania drewienek na szkielet, skladanie szkieletu, oblepianie go papierem, az po malowanie.

  • Fabryka jedwabiu. Kobiety siedzialy w rzedach, jak w starodawnej fabryce, i przedly jedwab. Albo gladki, albo w piekne wzory. Mozna bylo rowniez zobaczyc poszczegolne etapy produkcji jedwabiu – kobiete, ktora trzymala kokony jedwabnikow w goracej wodzie, i przedla z nich jedwabna nic; proces nawijania nici na szupule; oczywiscie proces tkania materialu.

 Po kazdej prezentacji prowadzono nas grzecznie do sklepu, gdzie mozna bylo zakupic produkty wyrabiane w tym wlasnie miejscu. Jest to swietny sposob zarabiania forsy na turystach, bo zabieraja turystow do tych miejsc, a pozniej taki turysta znajduje sie w sklepie, i czuje sie w obowiazku – tak z grzecznosci – zakupic jakis produkt. Ale pomimo wszystko doswiadczenie bylo bardzo ciekawe. No i okazja do wykonania fajnych zdjec 🙂 

Ostatni dzien w Kambodzy, powrot do Tajlandii, Chiang Mai

Z BANGKOKU, 29 MARZEC.

DZIEKUJE ZA KOMENTARZE, WSZYSTKIE CZYTAM, ALE NIE MAM CZASU ODPISAC. W CHIANG MAI DOLACZYL DO NAS MATT, NIE MIALAM CZASU DO INTERNETU USIASC, STAD OPOZNIENIE W OPISACH.

GORACO POZDRAWIAM WSZYSTKICH, KTORZY MNIE CZYTAJA I DOBRZE MI ZYCZA.

JUTRO LECE NA KO SAMUI (WYSPA). MAM NADZIEJE, ZE BEDE MOGLA KORZYSTAC TAM Z INTERNETU.

A NA RAZIE, KAMBODZY CIAG DALSZY. 

19 marzec

 Dzisiaj dzien odpoczynku – rano na basenie sie wylegiwalysmy. Spieklam sie na raka, kilka dni mnie pozniej bolala skora. Zuzia tez sobie buzke przypalila, mimo, ze miala krem na buzi.

Pozniej lokalny rynek, z pamiatkami. I jedna dziewczynka, slodziutka, 3 latka miala, i za kazdym razem, gdy ja mijalysmy, mowila: „Hellooooooo! Helloooooo!” 🙂

Pamiatki rozmaite, rzezby, figury, plaskorzezby (zwiazane ze swiatyniami, oczywiscie). Kupilam dwie figurki, cudne, za 35 dolarow.

Pozniej czas na obiad w kmerskiej restauracji. Jadlam salatke z kwiatow banana – pyszna. Byla w niej kapusta, orzeszki, chyba gdzies kwiaty banana, ale nie wiem gdzie, i slodko-ostry sos. Mniam.

Zamowilam rowiez lokalna zupe z ryb i warzyw (nieco mdla jak dla mnie) i tradycyjne danie kmerskie, chicken amor, czyli amor z kurczaka. Byly to kawalki kurczaka w sosie, sos nieco gorzkawy. Do tego byly zielone liscie. Zapytalam sie, co to za liscie – z mlodego drzewa oliwnego. Tez byly gorzkie.

21 marzec, piatek.

Wczoraj wstalysmy z samego rana, zjadlysmy sniadanie, i pojechalysmy na lotnisko. Lot do Bangkoku trwal tylko 45 minut, na lotnisku mialysmy sie spotkac z Mattem, ktory przylatywal z Kataru.

Po prawie dwoch godzinach czekania Matthew w koncu przylecial. Dziewczynki byly wniebowziete.

Pojechalismy na stacje kolejowa – wieczorem o 19:30 mielismy pociag nocny do Chiang Mai (miasto na polnocy Tajlandii). Zostawilismy bagaze, a ze mielismy piec godzin do zmarnowania, wybralismy sie tuk tukiem do dwoch najslynniejszych swiatyn (Wat Pho i Wat Kaew. Upal byl niesamowity, parno, po godzinie doszlismy do wniosku, ze wracamy na stacje – ja swiatynie juz widzialam, a Matt byl nimi srednio lekko zainteresowany.

Na stacji usiedlismy sobie w restauracji i przez dwie godziny pilismy zimne piwo.

Pociag nocny jest super. Sa siedzenia, ktore pozniej pracownik kolei rozklada w lozka, daje posciel, poduszki, przescieradla…

Jedna osoba spi na dole, druga osoba spi na gorze. Naprawde wygodnie mi sie spalo.

Pociag jedzie cala noc (wyjazd z Bangkoku o 19:30 a przyjazd do Chiang Mai o 9:30 rano).

W Chiang Mai wybralismy sie najpierw na przejazdzke lodzia po rzece. Doplynelismy do mini farmy, gdzie hodowane sa rozne rosliny, dla nas egzotyczne: imbir, trawa cytrynowa, banany, pieprz… pokazano nam wiklinowe kosze do lapania ryb (normalnych ryb i wegorzy). Zjedlismy kao soi  – zupa z kawalkami wieprzowiny, z zoltymi kluskami (chrupiacymi; stawaly sie miekkie po namoczeniu w zupie). Poczestowano nas owocami (ananas i arbuz) i sokiem z trawy cytrynowej.

Wrocilismy do hotelu na mala drzemke, a wieczorem poszlismy na rynek nocny. Cudo. Wielkie, sprzedaja tam wszystko – figurki Buddy, pamiatki, jedwab tajlandzki i wyroby z niego (poszewki na poduszki, ubrania, obrusy), albumy na zdjecia, bizuterie, lampiony, podrabiane torebki Diora i Prady, walizki (rowniez podrobki znanych marek), rzezby w drewnie, obrazy (sprzedawane przez malarzy, ktorzy maluja swoje obrazy czekajac na klientow), i cala mase innych rzeczy.

Swiatynie w Kambodzy

18 marzec 2008, wtorek

 Dzisiaj z samego rana pojechalismy z Hao ogladac kolejne swiatynie. Chcialam obejrzec Brentai Srei, ktora podobno jest piekna, ale jest daleko (30 kilometrow za Siem Reap). W zwiazku z tym kwota 13 dolarow za dzien za Hao podwoila sie.

Oprocz Brentai Srei widzialam tez kilka innych swiatyn, ale nazwy zapomnialam. Jak poszukam w ksiazce, to dodam.

Przed wszystkimi swiatyniami w Siem Reap jest cala masa kambodzanskich dzieciakow, ktore sprzedaja rozne towary – ksiazki, pocztowki, lokalne instrumenty muzyczne, figurki, i innego rodzaju pamiatki. Potrafia byc dosyc nachalne, a czasem niegrzeczne jesli sie odmowi (jeden mnie epitetami obrzucil: jestes okropna kobieta! Jestes okropna kobieta! Gdy odmowilam kupna jego ksiazki).

W jednej z tych swiatyn grupka dzieciakow dala przedstawienie – ustawily sie w rzadku i spiewaly. A pozniej chcialy dolara, do podzialu na wszystkich 🙂 to im dalam, bo piosenka fajna byla.

Po drodze widzialam takie zycie codzienne – ich chatki, dzieciaki latajace na golasa, piecioletnie dziewczynki opiekujace sie swoimi rocznymi siostrami, kobiety iskajace glowki swoich coreczek, tuz przy drodze….

Kupilam rowniez cukierki z owocow palmy. Najpierw sok z kokosow tej palmy gotuje sie w takich wielkich misach (zapraszam za dwa tygodnie, beda zdjecia, teraz nie mam czasu niestety na zmniejszanie i ladowanie zdjec 😦 ), mniej wiecej godzine. Pozniej sok ten miesza sie przez kolejne pol godziny. Wlewa sie go do obraczek zrobionych z lisci palmy, i po pol godzinie masa zastyga, tworzac cukerki. Cukierki sa niesamowicie slodkie, smakuja troche jak melasa. Pakuja kilka sztuk tych cukierkow w liscie palmy – wyglada to cudownie. Kupilam 3 (za 1 dolara), na prezenty.

 

Rynki, rynki, i odkrycia, czyli trzeci dzien w Bangkoku

16 marzec, niedziela.

Rano postanowilam wybrac sie na przejazdzke lodzia wzdluz rzeki, przez spory kawal Bangkoku. Kupilam bilet za 20 baht, poszlam na przystan (ktora udalo mi sie znalezc po wielu trudach), i wsiadlam do lodzi. Okazalo sie, ze to nie ta lodz, ktorej potrzebuje, ze ta to tylko z jednego brzega na drugi plynie. Ale haracz musialam zaplacic, 10 baht. Wiedza, jak wykorzystywac cudzoziemcow.

A propos wykorzystywania. Kupowalam truskawki. Cena jest 10 i 20 baht. Kupuje ja, a chlopak mi mowi: 40 baht! A dlaczego 40, skoro jest napisane 10? A bo 10 to za male, 20 za srednie, a te, ktore ja chce, to 40!

Albo kupowalam parowki, takie smazone w tych przydroznych smazalniach. Cena stoi jak byk 5 baht. A ja za cztery musialam zaplacic 40. Dlaczego, sie pytam? A oni mi na to, ze 5 to za male parowki. A za te, ktore ja sobie wybralam, to 10!

Po lodzi wsiadlysmy w jeden pociag, potem w metro, i dojechalysmy do Chatuchak market (stacja skytrain Mo Chit). O rany! Z wozkiem nawet sie nie pakowalam do srodka, ale na zewnatrz to miejsce po prostu maniakalne!! Zatloczone, zapchane, kolorowe, pelne smakow, zapachow, i kolorow, sprzedaja tam doslownie wszystko, o czym mozna tylko pomyslec.

Musialam (tak, tym razem naprawde musialam) kupic sobie buty. Bo sie moje wedrowniczki (te, ktore specjalnie kupilam na podroz do Malezji; niezbyt seksy, za to wygodne i do chodzenia super) popsuly wlasnie na tym rynku. Wiec musialam sobie kupic buty. I moglam kupic Birkenstock’i za 100 baht (10 zlotych!!!! Watpie, ze oryginalne ;P). Kupilam takie fajne, za 99 baht. Ciekawe, ile wytrzymaja 🙂

Tuz obok rynku znajduje sie Children’s discovery museum, czyli muzeum odkryc dla dzieci. Miejsce niesamowite, zwlaszcza dla Zuzi. Dzieciaki moga tam odkryc rozne tajemnice np. dzwieku, jak dziala silnik samochodu, proznia, ktore obszary mozgu sa odpowiedzialne za smak, wech, dotyk, co slyszy plod w lonie matki, albo moga pofruwac w telewizji na latajacym dywanie.

Potem powrot do hotelu. Bangkok to jedyne chyba miejsce, z jakim sie do tej pory spotkalam, gdzie to taksowkarze wybieraja klientow, a nie na odwrot!

Po wczorajszym pokazie kulturalnym taksowkarz podjezdzal, gdy mu lokalizacja, do ktorej chcialam jechac nie odpowiadala, to mowil nie i odjezdzal! Dzis to samo! Podawali mi kwote 200, 250 baht, co oznacza, ze jest to kwota o wiele wyzsza niz z taksometru. I nie chcieli mnie zawiezc, jak sie domagalam wlaczenia licznika!

Dopiero po kilku probach udalo mi sie zlapac tuk tuk. Chcial 200, powiedzialam 150, i od razu sie zgodzil.

Po powrocie do centrum kupilam bilety na pociag do Chiang Mai (pierwsza klasa niestety juz wykupiona, wiec bedziemy podrozowac druga klasa. Chyba bedzie ciekawie, bo jest 40 osob w przedziale!!!!), kosztowalo mnie to 2280 baht (za trzy osoby).

Kolacje zladlysmy w hotelu (salatka z papai i zupa tom yum; obydwa bardzo ostre, wedlug standardow tajskich ‘lagodne’ 🙂 a mnie oczy na wierzch wywalalo, i az mi naczynka krwionosne na twarzy sie pokazaly! A ja nie z takich, co to mdle jedzenia jada. Wiec az sie boje pomyslec, co to jest ‘ostre’ dla Tajow!). Dla dzieci tym razem bylam lagodna, nie zmuszalam ich do jedzenia lokalnych specjalow (zazwyczaj zmuszam, bo chce, aby probowaly roznych kuchni, i nie chce, aby wyrosly na takich, co to jada do wloch i jedza McDonalds), pozwolilam na spagetti bolognese i zupe krem z kurczaka.

A jutro z rana samolot do Kambodzy. Gdy przeczytalam nazwe Kambodza na papierze, to mnie dopiero ruszylo, ze co ja wyprawiam….

Ale trudno. Teraz juz musze. Wyjscia nie mam.

Do uslyszenia z Kambodzy!

Syjam

OK. TERAZ JESTEM W KAMBODZY, ALE NIE MIALAM DOSTEPU DO NETU, ZATEM INFORMACJE PONIZEJ NIECO STARE  (Z 15 MARCA). Zdjecia obiecuje po podrozy wkleje.

15 marzec, sobota.

Udalo mi sie zrealizowac caly plan na dzisiaj, hura!Rano taksowka pojechalysmy do dzielnicy Bangkoku Siam, a dokladniej do centrum handlowego Siam Paragon. W podziemiach centrum znajduje sie Ocean World, czyli oceanarium.

Jak zwykle byla cala masa ludzi usmiechajacych sie do moich dzieci. W pewnym momencie doszlo do tego, ze glowna atrakcja oceanarium byla Zuzia i Ola, bo turysci sie skupili dookola, podziwiali, usmiechali sie, glaskali… czulam sie jakbym malpki w ZOO wystawiala. A jeden turysta z Hong Kongu (ktory bardzo lubil dzieci) dal Zuzi 100 baht (okolo 10 zlotych)!! Zuzia kupila sobie za to pozniej album do zdjec, bedzie miala pamiatke.

Oceanarium fajne (byla min. przejazdzka lodzia ze szklanym dnem, rekiny, pingwiny..), ale to w Hong Kongu bylo o wiele lepsze.

No i film o zyciu w oceanie, ktory nam pokazali, byl NIESAMOWITY!!  Byl to film czterowymiarowy, z efektami specjalnymi, takimi jak psikanie woda czy powietrzem po buziach czy nogach. Zuzia siedziala przerazona, a Ola zakryla sobie oczy moimi dlonmi i tak przesiedziala caly film. Wazne, ze mama dobrze sie bawila 🙂

Po oceanarium byl czas na rozrywki dla mamusi, czytaj ZAKUPY!!!!

Siam Paragon to centrum handlowe typowe dla krajow azjatyckich, pelno tam znanych projektantow, same najwieksze nazwiska (Dior, Ferragamo, Cavalli….). Ciuchy super, ale co z tego, skoro w samych malutkich rozmiarach… znalezc M-ke graniczylo z cudem, a L-ki nie widzialam nigdzie. Wiadomo, Azjatki sa tycie, tyciutenkie.

Konia z rzedem temu, kto zgadnie, co sobie kupilam 😛

Czas na lunch. Przed lunchem kupilam takie jakies suszone rybki, co to jest to nie wiem, ale maciupkie, panierowane, i chyba w glebokim oleju smazone. W calosci, z lebkiem i ogonem. Bardzo dobre. I kupilam rowniez kawalki wieprzowiny, smazone, nieco slodkawe. Tez pychota.Lunch to oczywiscie tajska kuchnia, ryz smazony z wieprzowina, plaskie kluski z wieprzowina (ok, wiem, monotonna jestem z ta wieprzowina, ale musicie mi wybaczyc, wyposzczona jestem!!!),i salatka z zielonej papai z krewetkami, w sosie ostro-slodko-kwasnym. Bardzo, bardzo dobra. Calosc za 330 baht!!! (33 zlote).

W tej restauracji stal sie maly wypadek; mianowicie Ola i Zuzia szalaly, i jakims cudem na Ole przewrocila sie szklana lada. Dobrze, ze sie nie potlukla na drobne kawaleczki. Na pierwszy rzut oka wygladalo, ze Oli nic sie nie stalo, ale wieczorem zauwazylam, ze nie moze na ta noge stawac, bo ja boli. Nie jest zlamana, ale cos jest nie tak. Poobserwuje ja, i byc moze bede musiala z nia isc do lekarza…. oby to nie bylo nic zlego, w koncu pojutrze lece do Kambodzy!!!

Po lunchu wybralam sie na spacer po okolicach Siam. Co mnie zaciekawilo to to, ze tuz przed centrum handlowym (albo gdziekolwiek na ulicy) sa ustawione swiatynie (pokaze na zdjeciu, jak to wyglada) a ludzie dookola sie modla, pala kadzidla…. Tak, na ulicy, tuz przy przystanku, na przyklad…. Spacer to Pchetchaburi Road, z licznymi rynkami i slynna Pantip Plaza (raj dla fanow techniki; niestety, nie weszlam do srodka).

Po spacerze wsiadlysmy najpierw w Skytrain – rodzaj pociagu jezdzacego po miescie, a pozniej w metro, aby dojechac na przedstawienie kulturalne.W pociagu okazalo sie, ze zgubilam mape!!!! Wyobrazcie sobie, jestem w obcym kraju, miescie, w pociagu, z dwojka dzieci, jade gdzies tam, i zgubilam mape! Jestem jak bez oczu, bez reki, nie wiem! Prawie ze spanikowalam! Nie wiedzialam, na jakiej stacji mam wysiasc, aby isc do metra. Nie wiedzialam na jakiej stacji mam wysiasc, aby dotrzec tam, gdzie chcialam!! Zapytalam kogos w pociagu. Poradzili mi. Jak sie okazalo, dobrze. Ale swoje przezylam!

Przedstawienie kosztowalo 1500 baht i bylo calkiem fajne, zupelnie jak w teatrze. Zreszta, scena Siam Niramit (tego teatru) otrzymala wpis do ksiegi Guinessa jako najwyzsza scena na swiecie! Niestety, nie pozwolili robic zdjec (zabierali aparaty przed wejsciem!!).

Powrot do hotelu, piwko kupione w 7Eleven (to ulubiony azjatycki supermarket), i wpis do dziennika z podrozy po Tajlandii…..

bANGKOK DZIEN PIERWSZY

13 marzec, czwartek.

Na lotnisko przylecialam dosyc wczesnie, i w sumie dobrze sie zlozylo, bo nie bylo tlumu ludzi, i cala odprawa poszla nam dosyc szybko.Aby sobie dobrze zrobic w zwiazku z ostatnimi stresami, kupilam sobie bransoletke. A co sobie bede zalowac! Piekna.Samolot okazal sie calkowita porazka.

Przede wszystkim moj telewizorek nie dzialal. Typowe, zawsze biore ksiazke, i nigdy jej nie czytam, bo ogladam filmy pokazywane podczas lotu. Tym razem ksiazki nie wzielam, i telewizorek tez nie dzialal!Niedaleko mnie siedzial chlopak, ktory kupil bilet do klasy biznesowej, ale siedzial w klasie ekonomicznej!!!To dlatego, ze linie lotnicze nagminnie sprzedaja wiecej biletow niz miejsc dostepnych – na wypadek, gdyby ktos zrezygnowal z lotu, aby nie ponosili strat.A ze akurat lot do Bangkoku byl przepelniony, to biedaczyne przeniesli – nic mu nie mowiac!!! – do klasy ekonomicznej.Wyobrazcie sobie jego zdziwienie! I nic nie mogli zrobic, bo wszystkie miejsca w biznesowej i w pierwszej klasie byly zajete!!!I tak przyjal to spokojnie, ja bym tam kurwicy totalnej dostala – w koncu bilet ekonomiczny jest o polowe tanszy!No coz. Miejmy nadzieje, ze po niefortunnym poczatku Bangkok powita mnie bardziej przyjacielsko.

Bangkok

Na lotnisku wyplacilam 9000 baht, wzielam taksowke i dojechalam do hotelu. Bhimann Inn sie nazywa, i jest w samym centrum.Dojechalam do hotelu bardzo wczesnie (okolo 8:30, 9), ale nie bylo zadnego problemu z ulokowaniem mnie w pokoju.Hotel jest skormny, ale czysty, i obsluga bardzo uprzejma. Nasz pokoik malutki, i bez zadnych luksusow, ale absolutnie mi to nie przeszkadza.Gdy odpoczelysmy chwilke w pokoju, wybralysmy sie na zwiedzanie Bangkoku.

Punkt numer jeden, to oczywiscie Grand Palace – glowna atrakcja turystyczna B. Wiec chcialam ja odwalic.Grand Palace w sumie nie jest az tak daleko od naszego hotelu, ale w typ upale, i przede wszystkim przy tej wysokiej wilgotnosci powietrza, umeczylysmy sie jak Syzyf. Dzieci spocone i swiata calego dosyc mialy. Zwlaszcza Zuzia, bo Ola spala sobie w wozku.Po drodze buzia mnie rozbolala od usmiechania sie, bo lokalni (Taje? Tajlandczycy?) uwielbiaja dzieci, a juz zwlaszcza te blond. Wiec sie usmiechali, mowili Hallo!, pytali o imie, dotykali, itd, itp. Jeden pan wrecz kupil dwie buteleczki mleka, zeby moje dzieci sie napily.

Dalam sie rowniez wciagnac w pulapke. Na ulicach rozdaja ziarna kukurydzy, ktorymi mozna karmic golebie. Daja ci te woreczki, nie pytaja, czy chcesz, czy nie, nawet jak mowisz, ze nie, to i tak ci je wciskaja. Oczywiscie z dziecmi przyszlo im to o wiele latwiej, bo Zuzia po prostu zlapala te woreczki z kukurydza i zaczela karmic golebie. Bylo super, bo ptaki obsiadaly dookola, z reki wrecz jadly!

Pod koniec przedstawiena trzeba bylo zaplacic. Zaspiewali mi 150 baht (okolo 15 zlotych, chyba). Jak na Tajlandie to bardzo drogo, i oczywiste bylo, ze doja ‘bogata turystke z zachodu’. Ale sie nie klocilam. Zaczelam wyciagac kase, jak zobaczyli, ze mam tylko 120, to sie ochoczo zgodzili na 120 baht.

W koncu dotarlam do Grand Palace. Wiedzialam, ze trzeba sie odpowiednio ubrac, wiec zalozylam dzinsy ¾ (sie w nich upieklam caly dzien!) i bluzke z krotkim rekawem. Okazalo sie, ze ¾ to nie wystarczy, i musialam wypozyczyc (za darmo) spodniczke tajska, ktora sie omotalam.

Grand Palace jest przepiekny, ale o historii nic nie napisze, bo mnie historia nie interesuje. Mnostwo tam zlota, czerwieni, i cudnych budynkow.Po Grand Palace poszlysmy ogladac Reclining Buddha. Jest to OLBRZYMI posag Buddy, ktory sobie lezy I podpiera sie na lokciu. Interesujace.

Pozniej byl czas na lunch w jednej z ulicznych jadlodajni. W Bangkoku na ulicach doslownie co trzy kroki sa miejsca (albo malutkie restauracje, albo wrecz wozki z palnikiem gazowym), ktore serwuja zarcie – rozmaite tajskie dania z ryzem, kluskami, miesami, jakies szaszlyki, parowki i kielbaski, i inne lokalne specjaly; owoce (arbuz, papaja, ananas, pokrojone, z patyczkiem do jedzenia prosto z torebki, wyjete z lodu, wiec zimne i orzezwiajace), soki z mandarynek swiezo wyciskane…. dla mnie raj, bo ja uwielbiam zarcie!!!

I ludzie jedza, jedza te swoje lancze, obiady, ryze i kluski na ulicy, przy maciupkich stoliczkach postawionych posrodku chodnika! Niesamowite!Na lunch zjadlam tom yum (zupa lokalna, z kurczakiem i makaronem, miesza w sobie smaki kwasny i ostry, czuc bylo kolendre i trawe cytrynowa, zupa byla po prostu boska!!!).

Po lunchu przypadkiem zupelnie udalo nam sie trafic do rzeki, przez ktora przeplynelysmy lodka do kolejnej glownej atrakcji Bangkoku, mianowicie Wat Arun (Wat, o ile sie dobrze orientuje, oznacza ‘swiatynia’. Jest tutaj cala masa rozmaitych wat-ow, jak dla mnie to za duzo, bo ja nie jestem fanka historii, ale niech im bedzie.)Do hotelu wrocilysmy pojazdem spotykanym chyba tylko w Tajlandii, tzw. tuk tuk. Tuk tuk to taki motorek z wozkiem, ja wiem, uzywany jako taksi. Obie dziewczynki absolutnie to uwielbialy!!!

A pozniej sie pospalysmy!!! Na kilka godzin! To znaczy ja i Zuzia, bo Ola sie wyspala w wozku, wiec spiaca nie byla. W zamian psocila – zrobila kupe na wozek, rozmazala po ubraniach z walizki i po walizce….Wieczorem wyszlysmy na spacer po okolicznych uliczkach. Chlonelam atmosfere – uliczki wypelnione wozkami z jedzeniem, ludzmi jedzacymi na ulicach, sklepy z tanimi ubraniami (np. spodnie za 120 baht, 12 zlotych!), tuk tuki i rozowe taksi, pamiatki, masaze wykonywane wprost na ulicy!….Co mnie uderzylo, jest tutaj cala masa mlodych, Europejskich chlopakow – zakladam, ze przyjechali tutaj na tajskie prostytutki, w koncu Bangkok jest znany z prostytutek, lady boys i takich tam… nie widzialam ani jednej samotnej matki z dwojka dzieci J

A gdy dzien dobiegl juz ku koncowi, wrocilam do hotelu, i saczac lokanlne piwo Chang prowbowalam zmusic dzieci, aby poszly spac (4 godziny roznicy pomiedzy Katarem a Tajlandia [Tajlandia-Polska 6 godzin w tej chwili!!!], kopiowalam zdjecia z karty na laptopa, i opysywalam przypadki dnia minionego.

Tajlandia i Kambodza

Znow sie zaniedbalam.. Przepraszam. Niedlugo moze bede w stanie napisac dlaczego, i co, i jak….

A na razie wyjezdzam. Na wakacje do Tajlandii i Kambodzy. Sama z dziewczynkami. Na trzy tygodnie.

Poradze sobie, bedzie ciezko, ale sobie poradze.

A potrzebny mi teraz czas z sama soba bardzo. Oj potrzebny.

Jesli chodzi o Matthew, znajomy (Hi, Greg 😉 ) zapytal mnie, czy z Matthew jest ok, czy jest madry chlopak.

Nie jest madry. Jest glupi.

Jesli chodzi o mlodziez, to Zuzia stracila dolna jedynke, juz jej rosnie nowa (alez byla podekscytowana!!), jest cudowna i opiekuje sie Ola jak przynajmniej dziesieciolatka.

A Ola wazy 10 kilo, mowi coraz wiecej (pika to pic, ama to jesc, ama more to ze jeszcze jest glodna,  akuuujeee to dziekuje), i jest przeslodka.

Moze zaraz wrzuce zdjecia.

Postaram sie pisac z Tajlandii 🙂 Buziaki 

Good bye my love good bye w Doha

W sobote wieczorem wybralam sie z kolezanka na Demis Roussos i na pokaz tanca flamenco.

Oczywiscie nudno nie bylo, bylo po katarsku i z przygodami.

Zacznijmy od biletow. Mozna bylo kupic bilet za 100 riali (miejsca z tylu) lub za 200 (miejsca z przadu). Kupilam te za dwiescie. Ale co na tym bilecie jest napisane, to nie mam pojecia, bo jest caly po arabsku. A numer miejsca to naklejka, ktora pani sprzedajaca bilety nakleila.

Panie, ktore sprzedawaly bilety tez byly niezle. Byly to dwie Arabki; jedna mloda, ktora wykonywala cala robote. Niezbyt dobrze, bo chciala mnie posadzic na kolanach kogos innego (kupilam miejsca C25 i C26, a ona mi daje naklejke na miejsca B15 i B16, ktore juz byly zajete. Gdybym nie zauwazyla, siedzialabym na kolanach jakiegos mlodego, przystojnego dzentelmena… albo starej zlosliwej jedzy… kto wie); druga stara i wymalowana do granic mozliwosci. Byla tam chyba jedynie w roli przyzwoitki, bo po angielsku ani w zab, i w dodatku nic nie robila tylko rozmawiala przez telefon (lub pisala smsy). Bylam tam trzy razy, i za kazdym razem ona na tym telefonie.

O ktorej zaczyna sie przedstawienie? Ha, tego nie wiedzial nikt. Gdy kupowalam bilety godzina byla nieznana. Kazano mi zadzwonic W DZIEN PRZEDSTAWIENIA i sie zapytac. Dobra, zadzwonie.
Zadzwonilam. Powiedzieli mi, ze o 20, albo o 21….

W jednej gazecie bylo, ze o 22.

W drugiej gazecie bylo, ze o 21.

W Internecie bylo, ze o 22.

I badz tu czlowieku madry!

Pojechalam z kolezanka na 20.

Przedstawienie zaczelo sie o 22.

Ale zanim.

Zapytalysmy jedna z pracownic, gdzie jest Al Dafna Hall, sala, w ktorej mialy byc wystepy.

Skierowala nas na lewo.

Poszlysmy na lewo, do konca, sali nie bylo. Pytamy kogos, skierowal nas na prawo.

Idziemy na prawo, ale sali nie ma. Za to jest znow ta pracownica, co to nas na lewo dala.

Pytamy ja ponownie.

Skierowala nas na prawo.

Ale przeciez powiedzialas, ze sala jest na lewo? Pytamy, nieco zmieszane.

Ale teraz jest na prawo! (taka byla jej odpowiedz!!!!). Przeniosla sie ta sala, czy co?

Mialysmy dwie godziny do zmarnowania. Zatem obejrzalysmy sobie wystawe fotografii (glownie robione przez Katarczykow z Qatar Photographic Society. Przepiekne prace.

Odwalona bylam ladnie (czarne szpile, czarna suknia, czerwona szminka…), to i zdjecia mi robili.

Podszedl do mnie Chinczyk czy jakis inny Azjata, i pokazuje na swoj aparat. Myslalam, ze chce, abym mu zdjecie zrobila. Ale nie, on chcial sobie zrobic zdjecie ze mna!

Dobra, niech ci bedzie, mi tam nie przeszkadza, nawet jak mialby sobie dobrze robic do mojego zdjecia, usmiechnelam sie ladnie, i kolega zrobil mu zdjecie.

Potem kolega sie napalil, i tez chcial. To tez mial.

Pozniej jakis fotograf z gazety czy skads tam (wiem, bo mial profesjonalny obiektyw) chcial mi zrobic zdjecie jak ja robie zdjecie zdjeciu (pogubiliscie sie juz? :)).

Chyba nie byl zbytnio zadowolony z rezultatow, bo sie z niego smialam 🙂

Pozniej poszlam do toalety. Aby miec rece wolne do zadzierania kiecy i zdejmowania stringow wlozylam swoj piekny szal, torebke, i aparat fotograficzny do zlewu. I dopiero wtedy zauwazylam, ze kran jest automatyczny, tzn. woda zaczyna leciec jak czujnik poczuje ze cos sie tam dzieje. Chcialam chwycic aparat i wyciagnac go czym predzej z jaskini lwa, ale czujnik byl szybszy, wyczul, i zadzialal, w cholere.

Strumien wody chlusnal, wprost na szal i torebke (pal je szesc) i na moj APARAT!!! Caly mokry! Na szczescie podzespoly sie chyba nie pomoczyly, bo aparat dziala i sie nie zepsul. Na szczescie!

Obejrzalam tez wystawe kaligrafii. Cuda! Te konie to arabskie litery (wyrazy?) ulozone w obraz koni! (jest to tkany dywan).

Tuz przed wystepem Demis'a na sale wkroczyl Emir Kataru ze swoja przepiekna zona Szejka Mousa. Zasiedli w pierwszym rzedzie. W innych krajach gdyby prezydent lub krol przyjechal na wystep, to towarzyszylaby mu gwardia ochroniarzy, z krabinami, oddzielony bylby szyba pancerna od zwyklych 'ogladaczy', przeswietlaliby kazdego wszerz i wzdluz…

A tutaj nic z takich bajerow. Szejk i jego zona weszli sobie jakby nigdy nic (ludzie na sali wstali na znak szacunku), zasiedli w pierwszym rzedzie, i juz.

Musze powiedziec, ze Mousa w rzeczywistosci wyglada rownie przepieknie jak i w gazetach na zdjeciach.

Poznie byl Demis, taniec flamenco, a pozniej do domu.

Przyznaje, ze swietnie sie bawilam.