13 marzec, czwartek.
Na lotnisko przylecialam dosyc wczesnie, i w sumie dobrze sie zlozylo, bo nie bylo tlumu ludzi, i cala odprawa poszla nam dosyc szybko.Aby sobie dobrze zrobic w zwiazku z ostatnimi stresami, kupilam sobie bransoletke. A co sobie bede zalowac! Piekna.Samolot okazal sie calkowita porazka.
Przede wszystkim moj telewizorek nie dzialal. Typowe, zawsze biore ksiazke, i nigdy jej nie czytam, bo ogladam filmy pokazywane podczas lotu. Tym razem ksiazki nie wzielam, i telewizorek tez nie dzialal!Niedaleko mnie siedzial chlopak, ktory kupil bilet do klasy biznesowej, ale siedzial w klasie ekonomicznej!!!To dlatego, ze linie lotnicze nagminnie sprzedaja wiecej biletow niz miejsc dostepnych – na wypadek, gdyby ktos zrezygnowal z lotu, aby nie ponosili strat.A ze akurat lot do Bangkoku byl przepelniony, to biedaczyne przeniesli – nic mu nie mowiac!!! – do klasy ekonomicznej.Wyobrazcie sobie jego zdziwienie! I nic nie mogli zrobic, bo wszystkie miejsca w biznesowej i w pierwszej klasie byly zajete!!!I tak przyjal to spokojnie, ja bym tam kurwicy totalnej dostala – w koncu bilet ekonomiczny jest o polowe tanszy!No coz. Miejmy nadzieje, ze po niefortunnym poczatku Bangkok powita mnie bardziej przyjacielsko.
Bangkok
Na lotnisku wyplacilam 9000 baht, wzielam taksowke i dojechalam do hotelu. Bhimann Inn sie nazywa, i jest w samym centrum.Dojechalam do hotelu bardzo wczesnie (okolo 8:30, 9), ale nie bylo zadnego problemu z ulokowaniem mnie w pokoju.Hotel jest skormny, ale czysty, i obsluga bardzo uprzejma. Nasz pokoik malutki, i bez zadnych luksusow, ale absolutnie mi to nie przeszkadza.Gdy odpoczelysmy chwilke w pokoju, wybralysmy sie na zwiedzanie Bangkoku.
Punkt numer jeden, to oczywiscie Grand Palace – glowna atrakcja turystyczna B. Wiec chcialam ja odwalic.Grand Palace w sumie nie jest az tak daleko od naszego hotelu, ale w typ upale, i przede wszystkim przy tej wysokiej wilgotnosci powietrza, umeczylysmy sie jak Syzyf. Dzieci spocone i swiata calego dosyc mialy. Zwlaszcza Zuzia, bo Ola spala sobie w wozku.Po drodze buzia mnie rozbolala od usmiechania sie, bo lokalni (Taje? Tajlandczycy?) uwielbiaja dzieci, a juz zwlaszcza te blond. Wiec sie usmiechali, mowili Hallo!, pytali o imie, dotykali, itd, itp. Jeden pan wrecz kupil dwie buteleczki mleka, zeby moje dzieci sie napily.
Dalam sie rowniez wciagnac w pulapke. Na ulicach rozdaja ziarna kukurydzy, ktorymi mozna karmic golebie. Daja ci te woreczki, nie pytaja, czy chcesz, czy nie, nawet jak mowisz, ze nie, to i tak ci je wciskaja. Oczywiscie z dziecmi przyszlo im to o wiele latwiej, bo Zuzia po prostu zlapala te woreczki z kukurydza i zaczela karmic golebie. Bylo super, bo ptaki obsiadaly dookola, z reki wrecz jadly!
Pod koniec przedstawiena trzeba bylo zaplacic. Zaspiewali mi 150 baht (okolo 15 zlotych, chyba). Jak na Tajlandie to bardzo drogo, i oczywiste bylo, ze doja ‘bogata turystke z zachodu’. Ale sie nie klocilam. Zaczelam wyciagac kase, jak zobaczyli, ze mam tylko 120, to sie ochoczo zgodzili na 120 baht.
W koncu dotarlam do Grand Palace. Wiedzialam, ze trzeba sie odpowiednio ubrac, wiec zalozylam dzinsy ¾ (sie w nich upieklam caly dzien!) i bluzke z krotkim rekawem. Okazalo sie, ze ¾ to nie wystarczy, i musialam wypozyczyc (za darmo) spodniczke tajska, ktora sie omotalam.
Grand Palace jest przepiekny, ale o historii nic nie napisze, bo mnie historia nie interesuje. Mnostwo tam zlota, czerwieni, i cudnych budynkow.Po Grand Palace poszlysmy ogladac Reclining Buddha. Jest to OLBRZYMI posag Buddy, ktory sobie lezy I podpiera sie na lokciu. Interesujace.
Pozniej byl czas na lunch w jednej z ulicznych jadlodajni. W Bangkoku na ulicach doslownie co trzy kroki sa miejsca (albo malutkie restauracje, albo wrecz wozki z palnikiem gazowym), ktore serwuja zarcie – rozmaite tajskie dania z ryzem, kluskami, miesami, jakies szaszlyki, parowki i kielbaski, i inne lokalne specjaly; owoce (arbuz, papaja, ananas, pokrojone, z patyczkiem do jedzenia prosto z torebki, wyjete z lodu, wiec zimne i orzezwiajace), soki z mandarynek swiezo wyciskane…. dla mnie raj, bo ja uwielbiam zarcie!!!
I ludzie jedza, jedza te swoje lancze, obiady, ryze i kluski na ulicy, przy maciupkich stoliczkach postawionych posrodku chodnika! Niesamowite!Na lunch zjadlam tom yum (zupa lokalna, z kurczakiem i makaronem, miesza w sobie smaki kwasny i ostry, czuc bylo kolendre i trawe cytrynowa, zupa byla po prostu boska!!!).
Po lunchu przypadkiem zupelnie udalo nam sie trafic do rzeki, przez ktora przeplynelysmy lodka do kolejnej glownej atrakcji Bangkoku, mianowicie Wat Arun (Wat, o ile sie dobrze orientuje, oznacza ‘swiatynia’. Jest tutaj cala masa rozmaitych wat-ow, jak dla mnie to za duzo, bo ja nie jestem fanka historii, ale niech im bedzie.)Do hotelu wrocilysmy pojazdem spotykanym chyba tylko w Tajlandii, tzw. tuk tuk. Tuk tuk to taki motorek z wozkiem, ja wiem, uzywany jako taksi. Obie dziewczynki absolutnie to uwielbialy!!!
A pozniej sie pospalysmy!!! Na kilka godzin! To znaczy ja i Zuzia, bo Ola sie wyspala w wozku, wiec spiaca nie byla. W zamian psocila – zrobila kupe na wozek, rozmazala po ubraniach z walizki i po walizce….Wieczorem wyszlysmy na spacer po okolicznych uliczkach. Chlonelam atmosfere – uliczki wypelnione wozkami z jedzeniem, ludzmi jedzacymi na ulicach, sklepy z tanimi ubraniami (np. spodnie za 120 baht, 12 zlotych!), tuk tuki i rozowe taksi, pamiatki, masaze wykonywane wprost na ulicy!….Co mnie uderzylo, jest tutaj cala masa mlodych, Europejskich chlopakow – zakladam, ze przyjechali tutaj na tajskie prostytutki, w koncu Bangkok jest znany z prostytutek, lady boys i takich tam… nie widzialam ani jednej samotnej matki z dwojka dzieci J
A gdy dzien dobiegl juz ku koncowi, wrocilam do hotelu, i saczac lokanlne piwo Chang prowbowalam zmusic dzieci, aby poszly spac (4 godziny roznicy pomiedzy Katarem a Tajlandia [Tajlandia-Polska 6 godzin w tej chwili!!!], kopiowalam zdjecia z karty na laptopa, i opysywalam przypadki dnia minionego.