Popsulo sie

Popsul sie laptop, a teraz namietnie pracujemy nad tym, aby podlaczyc internet.

Oczywiscie, jak to w Katarze, wszystko jest "za dziesiec dni, in shallah" (czyli jak Allah pozwoli). Zatem bujamy sie z tym internetem, i wciaz go nie mamy.

Stad ta zwloka w Mazusach. Ale miejmy nadzieje, ze juz w przyszlym tygodniu internet bedzie. In shallah.

Wandale

A w Katarze upaly juz na calego. Temperatura przewaznie 40-43 stopnie w ciagu dnia.

W naszym ogrodku rosly sobie drzewa. Cztery. Zasadzilam je tuz po przyjezdzie, i tak sobie rosly. To byla jedyna rzecz, ktora dawala jakikolwiek cien w ogrodku, ktory inaczej bylby jak pustynia.

I wandale (czyli wlasciciel osiedla, ktory wydal decyzje, i ogrodnicy, ktorzy rozkaz wykonali) powycinali wszystkie drzewa na calym osiedlu. Bo podobno korzenie tych drzew za bardzo sie rozrastaja.

I teraz jest pustynia w ogrodku.

Oni tutaj nie potrafia zupelnie niczego uszanowac (oprocz swojego Allaha, oczywiscie). Niszcza budowle (bo sa stare, maja 5 lat, na przyklad; wybuduja nowe, o rownie beznadziejnej jakosci, ktore za piec lat znow trzeba bedzie burzyc), niszcza rzeczy charakterystyczne dla kraju, bo im sie znudzily (jak slynne Parachute roundabout, czyli rondo spanochronowe), wyrywaja drzewa i palmy – tyle razy widzialam dziesiatki wielkich, pieknych palm powyrywanych z korzeniami. Dlaczego? Nie mam pojecia.

Troche jestem rozzalona. 

Singapur

Singapur zaczal sie od kilku momentow grozy. Z Tioman lodka poplynelismy do Mersing, a z Mersing mielismy pojechac autobusem do Singapuru.

Najpierw okazalo sie, ze nie ma juz dzisiaj autobusow do Singapuru. To znaczy sa, ale wszystkie bilety sa juz sprzedane. Co robic?

Wyjscia nie bylo, musielismy pojechac do Johor Bahru (miasto w Malezji, przy granicy z Singapurem), i dopiero tam zlapac autobus do Singapuru.

Ok, udalo sie.

W Singapurze nie mielismy zarezerwowanego hotelu, bo myslalam, ze tam tyle hoteli, wiec na pewno cos znajdziemy na miejscu.

Hotel, ktory wybralismy, byl w pelni zajety. Pani byla na tyle uprzejma, ze zadzwonila do innego hotelu, pytajac, czy maja miejsca. Nie mieli. W trzecim, czwartym, piatym i siodmym tez nie mieli. W osmym mieli miejsca za 600 dolarow (okolo 1300 zlotych) za noc.

Troche za drogo, ha ha ha.

W koncu znalazla nam hotel. Cudem. Pseudo angielski domek w stylu Tudorow, gdzie garbata staruszka pokazala nam pokoj, a pozniej cycata Chinka zainkasowala ze stoicka mina 400 zlotych za noc.

Singapur jest niezwykle drogi, wszystko tutaj jest drogie, poczawszy od hoteli, a na jedzeniu skonczywszy.

Jest tutaj bardzo parno, i goraco. Ubrania lepia sie do ciala.  W sklepach za to, ktorych tutaj jest cale multum, mroz.

Singapur to przede wszystkim sklepy, sklepy, sklepy, i jeszcze raz sklepy. Wszyscy znani i mniej znani projektanci. Co krok to sklep. Zwlaszcza na slynnej Orchard Road.

Nic dziwnego wiec, ze dziewczyny w Singapurze wygladaja pieknie. Nie sa ladne, ale ubrane sa wystrzalowo. Znajoma (Singapurzanka? Singapurka?) powiedziala mi, ze dziewczyny w S. wydaja wszystkie  pieniadze na to, aby ladnie wygladac. Czasami wrecz sie zapozyczaja. Szalenstwo…

W Singapurze, oprocz zakupow, wybralismy sie do Zoo (bardzo ladne, zwierzeta nie sa zamkniete w klatkach, tylko chodza sobie prawie ze na wolnosci. Udalo mi sie zobaczyc, jak dwa biale tygrysy uprawiaja seks), oraz na nocne safari (nocne safari zaczyna sie po zmierzchu, i podczas niego mozna ogladac zwierzeta 'w swietle ksiezyca'. Bylo tez przedstawienie – karmili hieny i inne nocne zwierzaki).

Zwiedzilismy rowniez Chinatown (Chinatown wszedzie jest podobne. Mnostwo Chinczykow, chinskich sklepow, chinskich latarni, zarcia, sklepow z chinskimi lekarstwami), gdzie jedlismy platki wieprzowiny smazone czy grillowane bezposrednio na ulicy (nie na asfalcie, oczywiscie, ale w budce stojacej na ulicy :)).

Obejrzelismy sobie rowniez jeden z nadrozszych hoteli na swiecie, Raffles. Calkiem ladny, ale czy warty tych pieniedzy? Nie wiem….

To nie sa oczywiscie jedyne singapurskie atrakcje. Jest ich nieco wiecej, ale mielismy jedynie dwa dni, wiec musielismy wybierac. 

W Singapurze wydalismy  cala mase pieniedzy. Ironicznie, gdy poszlismy obejrzec Fontanne Bogactwa w centrum handlowym Suncity (the Fountain of Welth), fontanna byla nieczynna – w remoncie.

Nasze bogactwo, po wakacjach w Singapurze i Malezji, tez wymaga gruntownego remontu.

Teraz juz tylko dlugi, siedmiogodzinny lot do domu, i proba przestawienia sie na czas katarski. Z pieciogodzinna roznica czasu przez dwa tygodnie wstawalismy o 4 rano, rzescy jak skowronki, a spac chodzilismy o 20. (przynajmniej dzien nam sie wydluzyl, jak sie wstanie o 4 to nagle tyle godzin sie ma w zanadrzu…)

 

Nurkowanie, kokosy, i nietoperze

Na wyspie Tioman robilismy wiele rzeczy: nurkowanie, pilismy sok z kokosow, zwiedzilismy wioske, gdzie nietoperze wisza sobie na drzewie przy glownej ulicy….

[more]

 

 

Zrobilismy kurs nurkowania.. Bylo cudownie! Zupelnie inny swiat. Najpierw pokazali nam wideo z instrukcjami, co sie robi, jak sie robi, jezyk migowy pod woda… Pozniej byla rozmowa z instruktorem, ktory przypomnial nam najwazniejsze rzeczy – jak sygnalizowac, ze nie mamy powietrza, ze koniecznie trzeba wyrownywac cisnienie… Pozniej uczyli nas na plytkiej wodzie. Kazali nam ukleknac (w pelnym rynsztunku) i robic rozne cwiczenia, ktore kazdy nurek musi umiec.

Radzilam sobie najlepiej z calej naszej trojki (ja, Matt, i jeszcze jeden chlopak). Do czasu, gdy musialam napuscic wody do maski, a pozniej ta wode wydmuchnac (jedno z cwiczen; zawsze sie moze zdarzyc, ze maska spadnie; nalezy wtedy zalozyc ja ponownie, i pozbyc sie z niej wody). Spanikowalam. Nigdy nie umialam otwierac oczu pod woda, i gdy poczulam, ze woda oplywa moja twarz, najnormalniej w swiecie spanikowalam, i GLUPIA zaczelam oddychac nosem!!!! Pod woda. Pomimo, ze mialam ustnik od butli z tlenem w buzi!

Wyskoczylam na powierzchnie. Za mna instruktor. Powiedzial mi, ze musze sie uspokoic, bla bla bla.

Sprobowalam jeszcze raz. Znow bym sie wynurzyla, ale mnie przytrzymal. Jakos udalo mi sie uspokoic, i hej, SUKCES!

Po udanym kursie przy brzegu wyplynelismy na gleboka wode – do wyspy koralowej (jest na zdjeciu w poprzednim wpisie). Hop, z lodki do wody. Zeszlismy na dno, i oczom naszym pokazal sie zupelnie inny swiat!

Ogladaliscie Gdzie jest Nemo? No to tak wlasnie tam wygladalo. Dokladnie i zupelnie tak. Widzielismy pomaranczowe blazenki, z domkami w rafach koralowych; widzielismy olbrzymie zolwie, mame i dziecko, ktore ciekawie sie nam przygladaly; widzielismy rekiny – plynely sobie leb w leb, tuz obok nas, zupelnie nas ignorujac; widzielismy cala mase innych ryb, malych i duzych, kolorowych i burych;

a wszystko to obok nas, na wyciagniecie reki…. O MOJ BOZE! W pewnym momencie cala lawica roznych ryb podplynela do mnie, i ciekawie mi sie przygladala; az nasz instruktor patrzyl z niedowierzaniem; chlopakowi, ktory nurkowal z nami ciekawska rybka chciala dostac sie pod spodenki 🙂

A jedna ryba plynela z nami dobre 10 minut! Gdzie my, tam i ona, dokladnie pomiedzy mna a Matt'em!

Niestety, z braku aparatu odpornego na wode, zdjec nie ma. 😦

 

Pilismy sok ze swiezego kokosa. Ola nauczyla sie pic przez slomke 🙂

 

 

Zwiedzilismy wioske Tekek. Oto widoki z wioski. Dom na palach, stojacy sobie w wodzie….

 

 

Kolejne typowe domostwo; w srodku bardzo ubogo, na zewnatrz zreszta tez. Malajowie to biedni ludzie. Przed domem buty – buty trzeba zawsze zdjac, zanim wejdzie sie do domu. To oznaka szacunku dla gospodarzy.

Mnostwo motocykli i rowerow. Wszyscy tutaj jezdza motorkami, nawet najmlodsze dzieciaki ze szkoly sa przywozone na motorynkach; siedza sobie za mama lub tata. Albo jezdza rowerami, jak ten chlopiec na zdjeciu.

Kilka drzew, przy glownej drodze, usiane bylo nietoperzami! Az czarno od tych stworzen.

A tutaj restauracja, gdzie mozna zjesc napredce lunch czy obiad. Albo mozna napic sie soku z owocow.

Tioman – raj na ziemi

Po dzungli byla wyspa Tioman. Tioman jest jedna z 10 najpiekniejszych wysp na swiecie (Times). Pojechalismy, i sie zakochalismy. Kazdy, absolutnie kazdy powinien chociaz raz w zyciu tam pojechac. Dlaczego? Zobaczcie sami na zdjeciach.

[more]

Z KL wybralismy sie autobusem do miasteczka Mersing. Podroz byla dluga – od 23 do 5 rano. Wyladowalismy w tym Mersing o 5 rano, a najblizsza lodz na wyspe Tioman odplywala o 9 rano.

Zatem kilka godzin czekania w zajszczanej poczekalni. Ale za to nad brzegiem morza.

Lodz plynela poltorej godziny. Morze bylo cudownie lazurowo-niebiesko-morskie.

Doplynelismy do wioski Tekek. Tekek to glowna wioska na wyspie Tioman. Na wyspie nie ma drog, ani niczego takiego. Jest tylko jedna glowna droga, ktora laczy Tekek z jakas inna wioska (nie pamietam nazwy), i to by bylo na tyle.

Czekal na nas autobus, ktory zawiozl nas do naszeog osrodka. Po drodze widzialam cala mase sklepow bezclowych (bo Tioman to strefa bezclowa, stad latwo dostac sie do Singapuru). Ale co to byly za sklepy! Przed jednym na przyklad siedziala baba, robila na drutach, i sprzedawala przekaski.

Nasz osrodek, Bejraya, to jedyny miedzynarodowy hotel na calej wyspie. Goscie mieszkaja w domkach. Nasz domek byl z widokiem na morze, tuz przy samej plazy.

Caly osrodek przecudownie zatopiony w zieleni. W osrodku wiele atrakcji, min. SPA, jazda na osiolku, swietne pole golfowe, trzy baseny i kilka restauracji.

W SPA mozna sie poddac np. ayuwerdic massage (ajuwerdura???). Co tez uczynilam.

Wiele pisala nie bede, bo zdjecia najlepiej oddadza urok wyspy Tioman. ale wiem na pewno, ze bardzo chcialabym tam wrocic.

Ktoz nie chcialby wrocic do raju? 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W tle Wyspa Koralowa. Tam plynie sie nurkowac.

 

 

Na gorze jest jeden z barow, gdzie mozna saczyc drinka wsluchujac sie w szum morza, i podziwiajac cudowne wschody i zachody slonca.