Singapur zaczal sie od kilku momentow grozy. Z Tioman lodka poplynelismy do Mersing, a z Mersing mielismy pojechac autobusem do Singapuru.
Najpierw okazalo sie, ze nie ma juz dzisiaj autobusow do Singapuru. To znaczy sa, ale wszystkie bilety sa juz sprzedane. Co robic?
Wyjscia nie bylo, musielismy pojechac do Johor Bahru (miasto w Malezji, przy granicy z Singapurem), i dopiero tam zlapac autobus do Singapuru.
Ok, udalo sie.
W Singapurze nie mielismy zarezerwowanego hotelu, bo myslalam, ze tam tyle hoteli, wiec na pewno cos znajdziemy na miejscu.
Hotel, ktory wybralismy, byl w pelni zajety. Pani byla na tyle uprzejma, ze zadzwonila do innego hotelu, pytajac, czy maja miejsca. Nie mieli. W trzecim, czwartym, piatym i siodmym tez nie mieli. W osmym mieli miejsca za 600 dolarow (okolo 1300 zlotych) za noc.
Troche za drogo, ha ha ha.
W koncu znalazla nam hotel. Cudem. Pseudo angielski domek w stylu Tudorow, gdzie garbata staruszka pokazala nam pokoj, a pozniej cycata Chinka zainkasowala ze stoicka mina 400 zlotych za noc.
Singapur jest niezwykle drogi, wszystko tutaj jest drogie, poczawszy od hoteli, a na jedzeniu skonczywszy.
Jest tutaj bardzo parno, i goraco. Ubrania lepia sie do ciala. W sklepach za to, ktorych tutaj jest cale multum, mroz.
Singapur to przede wszystkim sklepy, sklepy, sklepy, i jeszcze raz sklepy. Wszyscy znani i mniej znani projektanci. Co krok to sklep. Zwlaszcza na slynnej Orchard Road.
Nic dziwnego wiec, ze dziewczyny w Singapurze wygladaja pieknie. Nie sa ladne, ale ubrane sa wystrzalowo. Znajoma (Singapurzanka? Singapurka?) powiedziala mi, ze dziewczyny w S. wydaja wszystkie pieniadze na to, aby ladnie wygladac. Czasami wrecz sie zapozyczaja. Szalenstwo…
W Singapurze, oprocz zakupow, wybralismy sie do Zoo (bardzo ladne, zwierzeta nie sa zamkniete w klatkach, tylko chodza sobie prawie ze na wolnosci. Udalo mi sie zobaczyc, jak dwa biale tygrysy uprawiaja seks), oraz na nocne safari (nocne safari zaczyna sie po zmierzchu, i podczas niego mozna ogladac zwierzeta 'w swietle ksiezyca'. Bylo tez przedstawienie – karmili hieny i inne nocne zwierzaki).
Zwiedzilismy rowniez Chinatown (Chinatown wszedzie jest podobne. Mnostwo Chinczykow, chinskich sklepow, chinskich latarni, zarcia, sklepow z chinskimi lekarstwami), gdzie jedlismy platki wieprzowiny smazone czy grillowane bezposrednio na ulicy (nie na asfalcie, oczywiscie, ale w budce stojacej na ulicy :)).
Obejrzelismy sobie rowniez jeden z nadrozszych hoteli na swiecie, Raffles. Calkiem ladny, ale czy warty tych pieniedzy? Nie wiem….
To nie sa oczywiscie jedyne singapurskie atrakcje. Jest ich nieco wiecej, ale mielismy jedynie dwa dni, wiec musielismy wybierac.
W Singapurze wydalismy cala mase pieniedzy. Ironicznie, gdy poszlismy obejrzec Fontanne Bogactwa w centrum handlowym Suncity (the Fountain of Welth), fontanna byla nieczynna – w remoncie.
Nasze bogactwo, po wakacjach w Singapurze i Malezji, tez wymaga gruntownego remontu.
Teraz juz tylko dlugi, siedmiogodzinny lot do domu, i proba przestawienia sie na czas katarski. Z pieciogodzinna roznica czasu przez dwa tygodnie wstawalismy o 4 rano, rzescy jak skowronki, a spac chodzilismy o 20. (przynajmniej dzien nam sie wydluzyl, jak sie wstanie o 4 to nagle tyle godzin sie ma w zanadrzu…)